Hobbes: Chaos na froncie wschodnim

15 grudnia 2011 14:060 komentarzy

Prit Buttar
„Pole Walki Prusy
– szturm na niemiecki front wschodni 1944-1945”
tyt. oryg.: „Battleground Prussia”
tłum.: Robert Bartołd, Adam Bukowski, Jacek Środa.
Rebis, Poznań 2011

     Z zainteresowaniem sięgnąłem po tę pozycję. Temat niby znany, ale solidnego opracowania obejmującego całość okresu walk o Prusy po rozpoczęciu operacji Bagration próżno szukać na księgarnianych półkach.

     We wstępie pt.: “Słowianie I Teutonowie” autor postanowił wdrożyć czytelnika w temat, przedstawiając skróconą historię Prus. Jego siedmioletnie badania nie wystarczyły jednak na to, by zebrać wiedzę o jeszcze jednej grupie etnicznej – Bałtach, a konkretnie o samych Prusach, od których to sama kraina wzięła nazwę. Buttar z jednej strony powiadamia czytelnika, że od 1226 roku tereny te były niemieckie, bo.. przybyli tam Krzyżacy, tylko po to, by kilkanaście stron dalej wytknąć aliantom podobną beztroskę w nazywaniu “Rosją” terenów polskich zagarniętych przez ZSRR podczas wojny. Na próżno też szukać wzmianki o Grunwaldzie, czy hołdzie pruskim – wydarzeniach historycznych istotnych dla Prus, bo nadających im niezwykłe miejsce w historii.

      Cóż, nie pierwsza to książka przetłumaczona na język polski, choć pisana na rynek wyłącznie zachodni,. I to tyle tytułem potknięć autora. Niby nic wielkiego, ale trochę razi. Razi też znikoma liczba mapek sytuacyjnych. Utrudnia to znacznie przyswajanie tekstu I rozumienie opisywanych zdarzeń.

      Napiszę to od razu, książkę czyta się ciężko. Ciężki jest temat, mroczne opisy ówczesnej rzeczywistości: beznadziejne sytuacje I wszechobecne okrucieństwo. Taki gatunek.  Relacje świadków poruszają, czyta się je z bólem, choć chodzi przecież o naszych najeźdźców . Autorowi udało się uciec od moralizatorskiego tonu spotykanego niekiedy u anglosaskich historyków. Szczególnie pasjonujące są ukazane kulisy I mechanizmy podejmowania decyzji na różnych szczeblach dowodzenia armii i władz odpowiedzialnych za ewakuację ludności.

      Kuleje przyjęta konwencja nazewnictwa. Widać brak redakcji merytorycznej w obszarze nazewnictwa geograficznego – nazwy miast, miasteczek, lasów, rzek zdają się dziwnie wymieszane. Ówczesne Prusy podzielone są dzisiaj między Polskę, Rosję I Litwę. W Polsce nasz kawałek Prus Wschodnich podzielony jest między województwa: pomorskie I warmińsko-mazurskie. Jako mieszkaniec zupełnie innej części kraju, nieczęsty gość pomorskiej i mazurskiej krainy nie mam bladego pojęcia, gdzie leżą ówczesne Aulenbach, czy Breitenstein. W pierwszych rozdziałach mamy prawie wyłącznie niemieckie nazwy, prócz tych miejscowości, które są teraz w granicach RP, nazwy litewskie I nie wiedzieć czemu – nazwy rzek po polsku. Czytamy więc o Nemmersdorfie nad Węgorapą.  W dodatku mapki mają nazwy raz tylko po polsku, raz po polsku I niemiecku albo nawet po litewsku.  Przykładem może być mapka obrazująca natarcie Bagramiana – nie ma tam za grosz konsekwencji: jeśli Priekule to niech będzie Liepaja, a w tekście Venspils, ale jak Lipawa, Szawle i Możejki, to może już nie Palanga, tylko Połąga. Z jednej strony nie tłumaczone są nazwy niemieckie w tekście autora, a z drugiej pojawiają się np. Koszwały (Gottswalde) w relacjach niemieckich świadków – ciężko mi wyobrazić sobie, aby posługiwali się oni spolszczonymi nazwami.

     Przy braku map to doprecyzowanie konwencji nazewniczej byłoby naprawdę pomocne – albo nazwy współczesne albo ówczesne wraz z odpowiednimi przypisami I słowniczkami skonsultowanymi ze specjalistami. Rozumiem, że mnogość polskich nazw rośnie wraz z przesuwaniem się walk w głąb dzisiejszych granic Polski, ale to za mało. Bardzo przydałaby się jedna mapa referencyjna teatru działań ze wszystkimi ważniejszymi miejscowościami I dwujęzycznym nazewnictwem z ówczesnymi nazwami pod spodem w nawiasie z zaznaczonymi granicami administracyjnymi. Po prostu człowiek czyta I wie mniej więcej, gdzie to się działo I jak ma sobie to odnieść w głowie bez zerkania do internetu lub atlasu.

     W rezultacie wszystkich opisanych tutaj niedoróbek dostajemy opisy działań wojennych w okolicach niemieckiego miasteczka, nad polską rzeką w litewskiej dolinie lub w dowolnie innej kombinacji. Nie wiem czy “zwiad w kierunku Wystruci” maszeruje na Czerniachowsk, a może chodzi o Intersburg, a może o rzekę o tej nazwie. Galimatias nie do pojęcia.

      Kuleje też stylistyka polskiego tekstu. W pierwszych rozdziałach nagminnie używany jest spójnik “ale” – co daje nużący efekt w postaci powtarzających się zwrotów typu: “Bronili się dzielnie, ale ulegli”,  “strzelali jak szatany, ale zniszczyli im dziala”, “wojska radzieckie przeprowadzily natarcie, ale zostało zatrzymane”, “nieustanne ataki z powietrza zniszczyly niewiele dzial, ale liczba ofiar stale rosła”, “ w świetle dnia trzymali Rosjan na dystans, ale w nocy..”. Można powiedzieć, że ogólnie książka z potencjałem, ale do bani.

     Końcowe stwierdzenie o “utraconej Heimat” nie brzmi dobrze. W potocznej polszczyźnie heimat jest rodzaju męskiego – więc korzystniej byłoby napisać albo o “utraconej ojczyźnie” albo o “utraconym heimacie” – bo “verlorene heimat” tak się właśnie tlumaczy.

      Nie wiem, czy pomimo tylu uchybień książka ucieszy miłośników historii, choć mnogość bardzo szczegółowych opisów jednostek I ich działań może pomóc członkom historycznych grup rekonstrukcyjnych.

Dominik Miklaszewski

Tags:

Zostaw odpowiedź