„Maluchy czują się „na luzie”” – z Beą Osowską rozmawia Karolina Mazurkiewicz

22 stycznia 2014 18:352 komentarzy

beataosowska

Beata „Bea” Osowska  to warszawska fotografka specjalizująca się w fotografii studyjnej niemowląt. Mamy przyjemność zaprezentować naszym Czytelnikom próbkę prac Pani Beaty, oraz poznać ją samą i tajniki jej pracy. A o tym jak duże wyzwanie stanowi fotografia dziecięca, zwłaszcza sesje z tak małymi modelami, nie trzeba chyba nikogo przekonywać.  Rozmowę z Beą Osowską przeprowadziła Karolina Mazurkiewicz, której serdecznie dziękujemy za udostępnienie jej do publikacji.

Zapraszamy również  do odwiedzenia  domowej strony i fanpage’a Pani Beaty  na której Czytelnicy znajdą kolejne prace jej autorstwa.

 

Karolina Mazurkiewicz: Jesteś kobietą, matką, fotografem, stylistką, „zaklinaczką niemowląt”? Jak to się zaczęło?

Bea Osowska: Fotografia jest ze mną od kolebki. Mój tato – fotograf amator – odkrył przede mną świat utrwalany na kliszy. Ja, jako małe dziecko do pewnego stopnia nieświadomie chłonęłam fotograficzną magię. Jako dorosła osoba oddałam się tej pasji już w pełni świadomie. Jeśli chodzi o temat – dzieci zapragnęłam fotografować wraz z pojawieniem się mojej córki. Była moim modelem testowym i pewnie dlatego teraz nie przepada za pozowaniem do zdjęć.

Prekursorką tego typu fotografii i dużą inspiracja dla mnie była też Anne Geddes. 10 lat temu nie miałam pojęcia, że istnieją jeszcze inne osoby fotografujące maleństwa. Okazało się, że amerykanki robią to wyśmienicie. Na nich skupiam się i nimi inspiruję, ale przede wszystkim robię zdjęcia wg własnych wizji. Zawsze uważam, że coś można zrobić lepiej, wciąż się rozwijam.

1

KM: Czyli tak całkowicie rodzinnie, najpierw tato a potem córka. Fotografowałaś przed urodzeniem córki?

BO: Bardzo chciałam, od zawsze ciągnęło mnie do aparatu, ale ciągle pojawiały się przeszkody. Na ogół finansowe, bo bywały czasy, gdy klisze były dla mnie dość drogie a ja jako dziecko fotografowałabym bez końca.

KM: Fotografia analogowa to i teraz kosztowne hobby. Rozumiem, że córka była inspiracją do fotografii niemowląt. Ale wraz z wiekiem własnego dziecka zakres wiekowy Twoich modeli nie zmienił się. Nadal fotografujesz przede wszystkim niemowlaki i to takie naprawdę maleńkie. Czym podyktowany jest taki wybór?

BO: To trudno wytłumaczyć. Chyba ta ich bezbronność, słodkość, maleńkość działa na zmysły tak mocno, że ciągle chce się tego bardziej i bardziej. Są fascynujące. Sama się czasami zastanawiam jak silne są takie maleństwa i zarazem ufne. Potrafią też nieźle dać w kość…

 KM: Dać w kość?

 BO: To już nie dzieci naszej ery. Obecne noworodki potrafią bardzo dużo. Mają po kilka dni i gaworzą, rozglądają się świadomie, wsłuchują w głos… Czasami na sesji godzinami walczymy o sen. Momentami są też bardzo uparte, mają swoje zdanie.

4

KM: Na Twoich pracach to takie aniołki!

BO:  Tak, ale kulisy są całkiem inne.

KM: I te kulisy bardzo mnie ciekawią. W jaki sposób trafiają do Ciebie Twoi mail modele?

BO: Najczęściej pocztą pantoflową, ale też poprzez blog oraz mój fanpage, na którym staram zamieszczać nowości.

KM: A przygotowanie do sesji? Zakładasz wcześniej, że będziesz np. korzystać z konkretnego tła, stylizacji czy gadżetu?

BO: Tak, ale zakładanie to jedno a rzeczywistość to drugie. Bardzo często zmieniam cały plan, dostosowuję się do dzidziusia. Na przykład mam w planie położyć go na specjalnej pufie na brzuszku, ale on przez 3 godziny nie daje się tak ułożyć, więc planowana poza nie dochodzi do skutku.

KM. Trzy godziny to całkiem sporo jak na małego modelka. Ile trwa jedna sesja?

BO: Właśnie około 3-4 godzin, w tym przede wszystkim, jedzenie, bujanie, noszenie, siusianie i kilka ujęć.

KM: Zamiast sielanki kawał ciężkiej roboty, jak widać nie tylko fotograficznej…

 BO: To jest ciężka praca, duży stres, duża odpowiedzialność, ale i radość, pasja, narkotyk…

3

KM: Jak wygląda współpraca z rodzicami, bo model wiadomo, zasadniczo współpracą przejmuje się nieszczególnie?

BO: Rodzice wiedzą, czego chcą. Zawsze są bardzo otwarci i w sumie nie denerwują się. Czasami pomagają, a czasami oddają dzidziusia całkowicie w moje ręce.

KM: Nie denerwują się, że tak ich maleństwo zawijasz, układasz, przekładasz, przebierasz?

BO: Nie, zawsze patrzą z uśmiechem na swojego malca przygotowanego do ujęcia.

KM: Przychodzą i mówią, że chcieli konkretnie tą czapeczkę, ten koszyczek i takie tło?

BO: Tak, są też tacy, którzy wybierają sobie w moim morzu gadżetów swoje wizje, ale wielu mówi: zdaję się na panią. Staramy się mocno by zdjęcia satysfakcjonowały wszystkich. Mówię o liczbie mnogiej, gdyż przy sesji pomagają mi nie tylko rodzice, ale i moja mama. W kwestii technicznej jest niezastąpiona – zmiana stylizacji, przebieranie maluchów, grzanie mleka…

KM: Mama – asystentka. Jaka była Twoja najtrudniejsza sesja?

BO: Szczerze mówiąc nie wiem, chyba maleńkie bliźniaki na pewno są ciężkie do „ogarnięcia”. Tak, to mogła być sesja z kilkudniowymi bliźniakami. Dwójkę ciężko „zmusić” do snu w jednym czasie, ale przy odrobinie szczęścia się to udaje. Metodą jest po prostu bujanie, lulanie, noszenie… w końcu maluch robi się znudzony i przysypia na tyle, że można go układać. Wielu rodziców chce mieć natomiast malucha nie śpiącego, a patrzącego ogromnymi oczkami na świat. Bywa, że wtedy zaczynają się schody…

6

KM: Jest coś, co mnie szczerze fascynuje – mimika dzieciaków. Na Twoich pracach widać minki maluchów znakomicie oddające sytuację, w której się znalazł się model. Ciało można ułożyć, ale mimiki już nie. Szczególnie, kiedy maluch nie śpi…

BO: Tak… uwiecznienie tej chwili to istne polowanie: na fajna minkę, na szeroko otwarte oczka i spokojnie leżące rączki. Udaje się, jak tylko ma sie odrobinkę cierpliwość, większą odrobinę.

KM: Ile niemowlaków do tej pory sfotografowałaś?

BO: Ciężko powiedzieć, nie liczyłam tego nigdy, ale liczba na pewno jest trzycyfrowa.

KM: Jak wygląda kwestia publikowania prac? Nie miałaś z tym kłopotów?

BO: Nie, rodzice nawet sami proszą bym opublikowała zdjęcie z ich dzieckiem. Zawsze pytam o zgodę na zamieszczenie kilku zdjęć w Internecie, nigdy nie miałam problemu. Rodzice są dumni ze swoich zdolnych modeli i modelek, i chcą by cały świat ich podziwiał.

5

KM: Z kwestii technicznych: czym fotografujesz?

BO: Fotografuję aparatem. Tak na poważnie, to cyfrowo, lustrzanka, pełna klatka – NIKON D700. Służy mi już ładnych parę lat i mam nadzieje, że posłuży jeszcze trochę.

KM: A oświetlenie w studio?

BO: Jedna lampa błyskowa, która stoi z daleka od tła i modeli. Stanowi jedynie dopełnienie światła naturalnego, choć jak wiadomo np. zimą jest trudno. Używam błysku, bo według mnie na zdjęciu daje to bardziej naturalny kolor.

KM: Wyzwolenie błysku nie budzi modeli?

BO: Lampa? Nie, nie budzi, jeśli coś miałoby to zrobić to uderzenie lustra w aparacie w trakcie naciskania spustu migawki. Lampę kompletnie ignorują.

KM: Komuś, kto nie ma dzieci trudno jest odnaleźć się przy takich maluchach, zazwyczaj ludzie boją się, że zrobią im krzywdę. Czy to, że jesteś mamą pomaga Ci w pracy?

BO: Do pewnego stopnia tak, choć bardziej pomocny wydaje się być fakt, że jestem kobietą. To głównie my robimy takie zdjęcia i mamy styczność z maluchami. Ale z pewnością lepiej być mamą i fotografować. Znam co prawda kilku panów fotografujących maluchy, ale myślę, że to jednak bardziej kobiecy zawód. Kobiety mają więcej cierpliwości. Mężczyźni nie potrafią znieść płaczu malucha i gotowi są np. zrezygnować z danej stylizacji byle tylko maluch przestał płakać. Czasem trzeba odpuścić, ale czasem wystarczy przeczekać i ponowić próbę. Mężczyznom trudniej dostrzec różnicę. Przydaje się też kobiecy zmysł estetyczny, bo i tu również panują trendy i mody.

KM: Mody? Trendy?

BO: Jakby Ci to powiedzieć… Na przykład od jakiegoś czasu modne są na zdjęciach tzw. „flokati” (rodzaj materiału z długim włosiem) i większość pań fotografek pokazuje je na zdjęciach. Albo modny jest jakiś wzór teł i każdy dąży do tego by mieć go u siebie. Modne są np. ubranka do sesji z koronek albo modny jest jakiś kolor i trzeba się trzymać trendów. Nawet na pozy układania maluszka jest moda. Trendy wyznaczają nam drogę, ale tak chyba jest teraz wszędzie.

2

KM: Co uważasz za swój największy sukces?

BO: Na pewno odwagę w stosunku do maluchów. Opanowanie w trakcie zdjęć. Wiele razy chciałam wybuchnąć, spanikować. Na pewno też dużym sukcesem jest organizacja całej sesji, choć dla niektórych to tylko naciśnięcie migawki.

KM: Praca z takimi maleństwami to jest wyzwanie jak wspinaczka na K2

BO: Tak, to jak wspinaczka, choć do dziś tak nie myślałam. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam widzę, że to bardzo trudne zadanie. Nie chciałabym być znowu na początku tej drogi.

KM: Nauka pracy z niemowlętami była aż tak męcząca?

BO: Tak, ale nie tyle fizycznie, co psychicznie. Uczenie się wszystkiego samemu, bo kiedyś nie było warsztatów, koleżanek mogących udzielić rad. Wszystko na wyczucie. Nie było łatwo, ale właśnie ten trud utwierdził mnie w przekonaniu, że chcę robić właśnie to.

KM: Zdarzają Ci się jakieś nieprzewidziane, zabawne sytuacje?

BO: Oj tak! Kiedyś maluch leżał przygotowany w hamaczku, hamak ma spore oka a, że maluch był bez pieluchy to akurat w trakcie bujania przetrawiony obiadek poleciał na tło. Hamak został nietknięty, było sporo śmiechu… Bywają dzieci, które nie zniszczą niczego, ale to są raczej ewenementy. Maluchy czują się na „luzie”… I O TO CHODZI !

Tags:

2 Komentarzy

Zostaw odpowiedź