Z-M-P: Kolor nadziei

15 listopada 2011 19:004 komentarze

Historia…

    Dwadzieścia cztery lata temu świat szykował się do zmian. Na Północy już za chwileczkę, już za momencik miał runąć pierwszy, okrągłostołowy klocek domina, który nie do poznania przeobrazi naszą (i nie tylko) część Europy. Na Południu, konkretnie w Nowej Zelandii i częściowo Australii, też oczekiwano epokowego wydarzenia. Właśnie rozpoczynał się pierwszy Puchar Świata w rugby*. Pozornie trudno jest znaleźć płaszczyznę porównań dla obu zjawisk. Tu – dziesiątki nowych organizmów państwowych, grube miliony ludzi, których życie stanęło na głowie (czy raczej: wreszcie stanęło na nogach), rewolucyjne zmiany w gospodarce, geopolityce, etc., etc. Tam – trzydziestu facetów przez niespełna półtorej godziny uganiających się za nadmuchanym jajem. Gdy się jednak przyjrzeć bliżej, gołym okiem widać, że wydarzeń z przełomu maja i czerwca 1987 zwyczajnie nie można lekceważyć.

     Powiedzieć, że rugby jest na półkuli południowej czymś więcej, niźli tylko sportem, to nie powiedzieć nic. Od Auckland do Melbourne, od Sydney do Kapsztadu rugby łączy ludzi ponad podziałami etnicznymi, rasowymi i wyznaniowymi. Ten pierwszy Puchar Świata był poważnym testem tej łączliwości. Próbą dowiedzenia, że rugby potrafi gromadzić rzesze ludzi wokół wspólnej idei. Wreszcie – last but not least – szansą na wyłonienie tej pierwszej pośród możnych ekip rugbowego świata.

     Opinie w kwestii szans na powodzenie tych prób były podzielone. Wielu twierdziło, że rugby jest sportem zbyt niszowym, zbyt amatorskim, pozbawionym medialnej otoczki przypisanej już wtedy choćby piłce nożnej. Dziś trudno w to uwierzyć, ale inauguracyjnego RWC nie dało się obejrzeć na żywo w żadnej europejskiej telewizji! Organizacji imprezy podjęli się Nowozelandczycy do spółki z Australijczykami. Więcej chętnych – co obecnie także jest nie do pomyślenia – tak naprawdę nie było. 22go maja All Blacks rozbili Włochów 70:6. Zaczęło się.

/ilustr. Filip Żywica/

Zabawy grupowe.

     We wszystkich sześciu edycjach poprzedzających tegoroczny Puchar Świata Nowozelandczycy rozegrali dwadzieścia spotkań grupowych. Wygrali… dwadzieścia, notując piorunujący stosunek punktów 1274:238. Trudno zatem było się spodziewać, aby na własnym gruncie, będąc zdecydowanym faworytem do końcowego triumfu, pozwolili sobie ten piękny bilans zapaskudzić. Najpierw w pokonanym polu pozostało Tonga (41:10, pierwsze koty za płoty), potem Japonia (83:7, wynik mówi wszystko), aż wreszcie 24go września naprzeciw gospodarzy stanęli Francuzi.

     Historia spotkań All Blacks z Le XV de France jest dość burzliwa. Obejmuje choćby dramatyczny ćwierćfinał PŚ sprzed czterech lat (18:20). Co więcej, to właśnie rugbiści znad Sekwany i okolic zdawali się stanowić jedyną nadzieję Północy w grze ostatnimi laty zdominowanej przez Południe. Graham Henry i jego podopieczni spodziewali się zatem znacznie cięższej przeprawy, niż w pierwszych dwóch meczach. I początkowo zdawało się, że mieli rację. Pierwsze pięć minut to huraganowe ataki Francuzów, którym… akurat na tyle właśnie starczyło energii i odwagi. Gospodarze szybko opanowali sytuację na boisku, wygrali 37:17, osiem dni później w meczu bez historii rozjechali Kanadę i do ćwierćfinałów przystąpili zgodnie z oczekiwaniami jako zwycięzcy swojej grupy.

Polowanie na Pumy.

     Rugby jest w Argentynie sportem numer… Nie, jedynka jest zarezerwowana dla futbolu. Dwa? Ale są przecież jeszcze koszykówka, (tak, tak!) polo, może jeszcze siatkówka i piłka ręczna. Najbezpieczniej będzie chyba stwierdzić, że rugby należy w Srebrnym Kraju do grupy pościgowej dyscyplin dążących do detronizacji kopanej. I jeśli rządy Julio Grondony w AFA [1] jeszcze trochę potrwają, ta mission wcale nie jest taka znowu impossible. Dość powiedzieć, że Pumas (tak określa się rugbistów odzianych w białe i błękitne pasy) uczestniczyli we wszystkich dotychczasowych edycjach Pucharu Świata. Największy sukces osiągnęli cztery lata temu, przywożąc z Francji brązowe medale. Stałe postępy Argentyńczyków docenione zostały przez konsorcjum SANZAR [2], które zaprosiło ich do udziału w nieoficjalnych mistrzostwach półkuli południowej, turnieju Tri Nations (Four Nations, jeśli Argentyna dołączy w 2012).

     Niestety dla siebie, Pumy potknęły się w fazie grupowej na Anglikach, a potem tylko o włos ograły Szkotów, co ostatecznie skazało je na konfrontację z gospodarzami już na poziomie ćwierćfinału. Goście bronili się dzielnie, pokazując ogromną determinację i nieustępliwość. Szkoda, że z Wyspiarzami poszło im uprzednio znacznie gorzej. Szkoda, bo Pumas zasługiwali na coś więcej, niż ćwierćfinał. Najpierw jednak zostali rozstrzelani przez Piriego Weepu (siedem skutecznych karnych na siedem prób!), potem ich podmęczona defensywa puściła dwa przyłożenia i to by było na tyle. 33:10 i All Blacks wmaszerowali do strefy medalowej.

ANZAC [3] do rezerwy!

     Kiedy szukam europejskiego odpowiednika relacji łączących Australijczyków z Nowozelandczykami, automatycznie przychodzą mi do głowy Dania i Szwecja. Dwa kraje złączone historią i obopólną sympatią, widoczną zwłaszcza na gruncie sportowym. Entente cordiale All Blacks i Wallabies, wsparta mitem ANZAC, przetrwała wieloletnie zmagania o prymat na Południu. A chwiać się zaczęła dopiero ostatnio, gdy Australijczycy nie poparli kandydatury Nowej Zelandii do organizacji tegorocznego PŚ.

     Jeśli podopieczni Robbiego Deansa chcieli dalej psuć humor swym współbraciom, to po meczu powinni się tych chęci wstydzić. 20:6 to i tak najniższy wymiar kary. Gospodarze byli o klasę lepsi w każdym elemencie gry. Gościom pozostało pogratulować zwycięzcom i życzyć im powodzenia w finale. Co zresztą – oddajmy im to – skwapliwie uczynili.

… kołem się toczy.

     Dwadzieścia cztery lata temu to też była Francja. All Blacks też byli faworytami (gwoli ścisłości, są nim, a przynajmniej jednym z nich, co cztery lata). I też wygrali. Podobny był także poziom spotkania.

     Niestety, podobny znaczy w tym przypadku co najwyżej przeciętny. W 1987mym Nowozelandczycy wygrali 29:9 po meczu, który po prostu się odbył, a rewelacyjnym półfinałom nie dorastał do pięt. W tym roku zwyciężyli 8:7, a spotkania nie da się nazwać antyreklamą rugby wyłącznie ze względu na postać Stephena Donalda. Jeśli ów łącznik ataku na półtora miesiąca przed finałem planował wziąć w nim udział, to chyba jedynie w roli kibica. W momencie rozpoczęcia turnieju nie było go w kadrze gospodarzy. Znalazł się w niej wyłącznie dlatego, że trzy (!!!) inne „dziesiątki” (Dan Carter, Colin Slade i Aaron Cruden) All Blacks doznały kontuzji [4]. Prawdziwe „od zera do bohatera”. O ile oczywiście do bycia bohaterem wystarczy zdobycie zwycięskich punktów finale. Bo niczym innym się Donald nie wyróżnił.

     Najlepszym podsumowaniem i meczu finałowego, i całego turnieju będzie chyba przywołanie obrazu pewnej leciwej już nieco fanki All Blacks tuż po zakończeniu spotkania. Jej twarz nie wyrażała ekstazy, euforii, radości. Wyrażała ulgę.

     Nowa Zelandia to specyficzny kraj. Położony po drugiej stronie świata, na uboczu wielkiego sportu. Nowozelandczycy nie przejmują się za bardzo Ligą Mistrzów, w nosie mają NBA. Interesuje ich rugby. I to widać, od pierwszych taktów Haki, poprzez duszę wkładaną w każdy ruch na boisku, aż po reakcje na trybunach. W Nowej Zelandii kolorem nadziei jest czerń. 23go października 2011 ta nadzieja została spełniona. Dwudziestoczteroletnie oczekiwanie dobiegło szczęśliwego końca.

z-m-p

[z uwagi na zniewalające walory sportowo-artystyczne – i tym razem materiał ilustrujemy znakomitym portretem ręki Filipa Żywicy]

– – – – – – – – – – – –
1) AFA – Asociacion del Futbol Argentino, Argentyński Związek Piłki Nożnej.
2) SANZAR – organizacja, w skład której wchodzą federacje rugby RPA, Nowej Zelandii i Australii; organizator rozgrywek Super Rugby i Tri Nations.
3) ANZAC – Australian and New Zealand Army Corps, wspólna, australijsko-nowozelandzka formacja wojskowa z I Wojny Światowej, źródło legendy o egalitaryzmie i niezwykłej bliskości obu nacji (‘Anzac spirit’).
4) Przepisy zezwalają na zastąpienie (bezpowrotne) kontuzjowanego gracza w trakcie trwania turnieju. Obowiązuje 72-godzinna karencja dla nowego zawodnika. Donald miał prawdziwe szczęście (w nieszczęściu kolegów), bo urazów doznali nie tylko łącznicy ataku oryginalnie powołani do kadry (Carter i Slade), ale także Cruden, który zastąpił Cartera.

– – – – – – – – — – –
* – inne netkulturowe publikacje o rugby, również pióra z-m-p:
1) – Włochaty człowiek
2) – Puchar naprawdę sześciu narodów

Tags:

4 komentarze

  • Jestem zagorzałym fanem twoich tekstów na tematy rugbowe. Ten powyższy zastąpił mi transmisje z PŚ, na które nie znalazłem czasu.
    A co powiesz na to, ze ty oceniasz finał jako słaby a dyżurny polsatowski magik rugbowy – monsieur Iwańczyk piał po tym finale z zachwytu. W czem rzecz?

    • Kurczę no… Trzeba by chyba spytać red. Iwańczyka. Finałowi trzeba oddać, że był zacięty. I tyle.

      Kiedyś na jakimś jarmarku widziałem gonitwę facetów, którzy mieli spętane nogi i zawiązane oczy. Też była zacięta. Ale żebym chciał ją jeszcze raz obejrzeć, to nie powiem.

  • Fatalny finał.
    Brzydkie mistrzostwa.
    Kompromitacja kopaczy.
    Znakomity Albiceleste10 vel Z-M-P!

  • Finał odbył się ponad miesiąc temu, a ja od tamtej pory nie widziałem żadnego rugbowego spotkania.
    Rozczarowanie powoli jednak mija.
    Jutro mam zamiar obejrzeć sobie jak Barbarians na Twickenham radzą sobie z Australią. To będzie pożegnanie Victora Matfielda. Koniec pewnej epoki.
    Ostatni mecz jaki Barbarians rozegrali w Londynie z Wallabies, odbył się na… Wembley. Jako nr 15 wystąpił w nim Percy Montgomery (tak mi się przypomniało a propos kompromitującej formy kopaczy na RWC 2011).

Zostaw odpowiedź