Jarosław Kolasiński: Czyrak na rzyci dobrego samopoczucia

20 września 2011 10:469 komentarzy

     Dobre samopoczucie to podstawa. Rzecz oczywista. Obcując z zabytkową architekturą mam się z reguły świetnie, ponieważ stare cegły i kamienie spojone zaprawą uwielbiam oglądać. Bywa jednak, że wolałbym nic nie widzieć, bo strach, bo niesmak, bo samopoczucie złe – ale to się okazuje post factum. Nie lubię tak.

     Gdybym był masochistą, do tego zamku pojechałbym już dawno. Ale nie jestem. Ruszyłem tam dopiero parę tygodni temu. Trochę sobie wcześniej, wprawdzie niedokładnie, poczytałem i spodziewałem się architektonicznej perełki. I pewnie taką zamek był, póki dychał. Teraz już tylko agonalnie rzęzi. Jedyne „dychanie”, z jakim ma się tu do czynienia, „czuje się” w rozmowie z przewodnikiem, który oprowadza po ruinie. Ruina sama w sobie jest bardzo malownicza, a przerażenie ogarnia na myśl, że niebawem ten jej walor zasadniczo wzrośnie. Na zwiedzanie zamku namówił mnie Zbyszek Makulski, który dzięki rowerowi widzi „szybciej” i więcej od innych. Byłem pewien, że koloryzuje, gdy pośród głównych atrakcji zamku wymienił właśnie przewodników. Nietypowych.

     Przyjeżdżamy i od razu widać, że nic a nic nie przesadził. Nieco inaczej ich sobie wyobrażałem, ale nie narzekam – wrażenie lepsze od spodziewanego. W zamkowej bramie wita nas (kilkunastu fotografów z FotoAzylu – wraz z Szerpami) – pan Marcin, obecnie raczej niezatrudniony, o czym zaraz na wstępie informuje. Rozpoczynając ciekawą, aczkolwiek niezbyt zrozumiałą dla niewprawnego ucha, gawędę o ruinie, na której tle prezentuje się całkiem nieźle – zaprasza do zwiedzania pod jego przewodem. Widząc spore podekscytowanie zgromadzonych fotografów, a także zapewne i to, że osoba uzbrojona w aparat z półmetrową „rurą” jest skłonna zainwestować w „bilet” więcej niż jakieś pięćdziesiąt groszy – pan Marcin idzie na całość. Oświadcza, iż oprowadzi nas jak wycieczkę z Niemiec. Ku zaskoczeniu zgromadzonych zrzuca dres i ukazuje się w pełnej bawarskiej krasie: skórzane porcięta na szelkach, pasiaste polo, elastyczne skarpetki, półbuciki i na koniec zielonkawy kapelutek z piórkiem. Nie jodluje. Jakie w tym stroju robi wrażenie na uczestnikach heimatreisen – nie wiem. Naszych doznań chyba nie da się spójnie opisać, zbyt są mieszane.

/fot. Barbara Wilczyńska/

     Prowadzeni przez pana Marcina posiłkującego się iście rokokowym kijaszkiem – ruszamy na dziedziniec. Pierwsze odczucia – palce lizać! Oczywiście u kogoś, kto jest zaopatrzony w tzw. oczy wyobraźni. Kiedy się ich bowiem nie ma, nie sposób widoku płatów podartej folii powiewającej w oknach zastąpić wizją szyb w kunsztownych ramach, nie da się też nie widzieć łaciatych elewacji prawie doszczętnie pozbawionych tynku, nie sposób pozbyć się wrażenia, że wieża z Pizy idealnie pasowałaby tu do kąta nachylenia niektórych ścian.

     Wyobraźnia jest też zwiedzającemu potrzebna choćby po to, by wyobraził sobie, co wyobrażał sobie decydent wydający zgodę na zabudowę części jednego ze skrzydeł dziedzińca sklepem. Co się w  nim kupowało?!

     Kiedy krzywiąc się z niesmakiem stoimy pod nieczynnym już koszmarem, pan Marcin otwiera drzwi. Nie, żadnego drutu nie odkręca, nie szamocze się też z żadną zardzewiałą kłódką. Błyszczący kluczyk wyjęty z kieszeni tyrolskich porciaków przekręca i już. Wchodzimy „na pokoje”, zastanawiając się, jak tu się jakiś czas temu „zwiedzało” ze sklepowym koszykiem w ręku. Teraz jest pusto. Po ścianach wije się kilka pędów dzikiego bluszczu. – Zamkowa oranżeria – rzuca ktoś i pan Marcin krztusi się ze śmiechu.

Z „oranżerii” schodzimy w podziemia. Żadnych dodatkowych drzwi, zabezpieczeń, tak po prostu – kręte schodki. Światło z lamp. Ktoś dba, znaczy, o zabytek. Na większą troskę zapewne nie starcza środków. Ale jest jasno – prądu zatem nikt nie odciął.

/fot. Barbara Wilczyńska/

     Idziemy. Przeciąg co rusz przygasza ikeowskie świeczki i cmentarne znicze. Nastrój jednak –  ależ skąd! – grobowy nie jest. Skutecznie dba o to pan Marcin. Stwierdza autorytatywnie, że zakurzone butelki stojące co krok, to resztki (zrabowanych przez ruską dzicz w czterdziesty piątym) zapasów jeszcze sprzed wojny. Niektóre kształtem zdają się popierać tezę przewodnika, inne (to nie złudzenie?) „bukietem” zadają jej kłam – chyba jednak opróżniono je raczej dużo później, całkiem niedawno. Indagowany na tę okoliczność, nasz cicerone kategorycznie zaprzecza, snując jednocześnie opowieść o przestarym winie w postaci zabutelkowanej galaretki. Mocne, oj mocccne! – i zanosi się śmiechem – upraszam, by butelek nie ruszać i nie wypijać, co po ruskich mogło zostać.

     Lochami dochodzimy w końcu na parter, potem wyżej i wyżej, schodami bez poręczy czynnymi zapewne – jak to u nas – do pierwszego trupa. W komnatach sfalowane wspomnienie po parkietach; niektóre, już na pierwszy rzut oka, grzechu historyka sztuki warte. Gdyby nie wilgoć, smród, brud i gryzonie. Ściany robią jeszcze grosze wrażenie niż elewacje, jako że będąc „ukrytymi przez wzrokiem niepowołanych”, większy komfort twórczy oferują miejscowym (a zapewne i przyjezdnym) grafikom. Amatorskie  „murale” informują, kto jest kim tu w okolicy, kto kogo fuck oraz co komu w co. Lista jest tasiemcowa. W kilku miejscach precyzja informacji narusza ustawę o ochronie danych osobowych. Ale czym tu się właściwie przejmować, nie takie rzeczy umieszczali na murach mieszkańcy Pompejów. Jednak pan Marcin (na stronie) ze smutkiem zauważa: – to k…a narkomani smarują, nie ma na nich siły. Dzicz. Nie pytając, czy znowu ruska, ze strachem na ramieniu wspinam się na najwyższą kondygnację; nie sposób pomylić jej z niższymi, jako że „lasery” światła z zewnątrz padają tym razem pionowo, z góry. To zasługa dachu miejscami parodiującego szwajcarski ser.

/fot. Barbara Wilczyńska/

     Pan Marcin w bliżej nieznanym kierunku kieruje pretensje: niechże tu jakiś hotel zrobią, czy sanatorium, to ile ludzi prace dostanie?! Tymczasem mowy nawet o tym nie ma. Tymczasem nie ustaje trzask kilkunastu migawek. Aż się grzeją. Ruina doświadcza utrwalania na setki, dosłownie, setki sposobów; utrwalania w pikselach… Zapewne nie pierwszy raz i może dlatego aż pęka… z dumy. Tu cudny pęcherz w podłodze, tu kapitalny liszaj na suficie, tam znów genialnie obłupana poręcz. Stań, no, koło tego okna zabitego dechami, nie! Lepiej pod tą pajęczyną. Podziw dla mroczno ponurych wnętrz miesza się z niesmakiem i czasem oburzeniem na tych, „dzięki którym” zamek tak pięknie się teraz kadruje. Padlinożerstwo to, takie fotografowanie katastrofy, czy nie? Jeśli patrzeć na dogorywający zabytek – określenie padlina broni się tu całkowicie. Żertswo? No, niby tak. Ale czy bez niego ktoś kiedyś będzie wiedział, jak zamek wyglądał zanim (pewnie już w drugiej połowie XXI wieku) rozsypał się całkiem?

/fot. Barbara Wilczyńska/

      Wychodzimy na porosły trawą dziedziniec. Magię momentalnie diabli biorą – przechodzi w przaśną swojskość, jako że jeden z kolegów (zmienników?) pana Marcina daje głośne acz mocno niezrozumiałe świadectwo temu, że „do pracy” nadciągnął zdecydowanie przedwcześnie. Zarzucić mu że jest wczorajszy, byłoby nadużyciem – on jest odprzedwczorajszo-dodzisiejszy! Koniec pieśni. Przewodnikowi dziękujemy hurtem, kilkoro nadto detalicznie. Jest wyraźnie zadowolony: że zarobił, że coś zrobił, że znowu jedni poszli a drudzy – już widać, jak nadchodzą. Jeśli Niemcy, pan Marcin ubrany jest akuratnie.

     Jeden z nas, z odchodzących, rzuca: ten zamek to czyrak na zadku dobrego samopoczucia…  Nie słychać czyjego, niestety – zasadniczą część oskarżenia zagłusza pan Marcin, uradowany tym, że tak naprawdę, w oryginale mowa jest nie o zadku, a banalnej rzyci. Jak zwał, tak zwał – ważniejsze, kto jest czyraka właścicielem? Ktoś tutaj, na miejscu? A może wyżej? W województwie? Albo w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego (Czasami w Ruinie)? Obecny minister? Poprzednik? Wszyscy razem wzięci, czy może ci, którzy stosowne prawa uchwalają, które utrudniają odebranie ginącego zamku prywatnemu właścicielowi, którego prawdopodobnie rzecz przerasta?

      Para eleganckich, napotkanych u wyjścia z czyraka, wypachnionych starzyków z Katowic twierdzi, że to jest, panie, celowe. To jest, panie, spisek, żeby prywatyzować po to, żeby popadało w ruinę i potem Niemcy wykupili za grosze i się, panie, zawaliło całkiem. Próbuję wytknąć brak logiki, że bzdura, że przyczyny są inne. – No to jakie? – pytają i celują we mnie wzrokiem jak w tarczę. Ale ja odpowiedzi nie znam, choć chciałbym. Mogę sobie chcieć. Żegnam się  nimi. I idę. I jakoś lepiej się czuję, im jestem dalej i coraz dalej od czyraka.

/fot. Barbara Wilczyńska/

     Że też mnie przygnało właśnie tutaj. Do zamku, w którym tak  Oppersdorffowie ugościli Beethovena, że aż zadedykował im V symfonię c-moll. Do zamku, w którym półtora wieku przedtem król Jan Kazimierz zamoknięte od szwedzkiego potopu suszył monarsze koronki, a Sienkiewicz kazał mu bratać się z Babiniczem. Bo zamek jest (dopóki jest) w Głogówku. Niby niedaleko skądkolwiek, a jednak o tysiące kilometrów oddalony od uwagi możnych. Coś, co zasługuje na los oczka w głowie, jest zaledwie czyrakiem na rzyci.

Jarosław Kolasiński

– – – – – – – – – – – – – –
cd relacji z wędrówek autora po Opolszczyźnie, nieco jednak bardziej optymistycznych niż powyższa w numerze 5(15)2012 Netkultury  – reportaż „Diabeł tkwi w szczegółach, czyli Szlaku Polichromii Brzeskich sen zimowy”

Tags:

9 komentarzy

  • Jaro jak ja lubię te twoje pisanie ,a zamku szkoda bardzo ,tym bardziej że jeszcze w nie kompletnej ruinie , ale muszę napisać że w tej okolicy jest jeszcze kilka takich perełek między innymi folwark ,za który mi się oberwało :)), zamek a właściwie już ruiny zamku książąt opolskich , gdzie jeszcze parę dekad temu mieściło się przedszkole gminne , a w ogóle to większość zamków i pałaców w tamtym regionie znaczy południowy zachód nie miało szczęścia i nie wpisano ich w rejestr zabytków , między innymi piękny okazały zamek w Kamieńcu Ząbkowickim .

    • Zbychu;) Folwark oczywiście pamiętam (nikt cię za niego nie rypał, a za drogę doń:))]. Czyraków typu zamku w Głogówku to faktycznie i w okolicy i nie tylko mamy zatrzęsienie. Samo wpisanie w rejsetr zabytków też sprawy nie załątwi. Głogówek dowodzi, że ich prywatyzacja również, a moze jeszcze bardziej. Można spróbowac sporządzić mapę Polski Czyrakowej ale ona moze być upstrzona jak lep tym, co po sobie muchy pozostawiają.
      Chce jeszcze dodac, bo nie jestem pewien, czy z tekstu to wynika:
      ja jestem zadowolony, że p. Marcin nie zarabia w gorszy sposób, problem w tym, że jego działanośc ceicceronowska tak się komponuje z zamkiem, że lepszej groteski sobie nie można wyobrazić. geeralnie to oczywiści dziękuję za zaprowadzenie mnie do czyraka. Żal wyrażony w ostatnich akapitach dotyczy stanu zamku a nie tego, że tam byłem, Choć oczywiście wolałbym obiekt ujrzeć w lepszym stanie.;)

  • Jarku i tu muszę się z tobą zgodzić w 100% p. Marcin + ekipa w brew pozorom czyni kawał dobrej roboty dla zamku oczywiście ( nie popada w dewastację przyspieszoną ), bronią chłopaki zamku oj bronią , odkryłem ten zamek kilka lat temu , mniej więcej w tym samym stanie był…, dla tych ludzi mimo ich przypadłości to jakiś sposób na życie , myślę że zdają sobie sprawę że po ruinach już nikogo nie oprowadzą , a tu przynajmniej dach nad głową …

    • no to ja też w 100%. się zgadzam. Jednocześnie – o ile ktoś się za tę ruinę serio weźmie – to mam nadzieję, że p Marcin z kolegami nie dostana kopa w zadki, a coś się dla nich przy zamku znajdzie

  • nie no przewodnik.. wow ;D
    i te napisy na murach
    pasują tak jakoś 😉

  • A zdjęcia udane nadzwyczajnie, tak – że już właściwie nie muszę tam jechać 😉

  • A „dech” przewodnika z „rokokowym kijaszkiem” czuję węchem wyobraźni.

  • Kurcze, ale mi żal tego czyraka…

Zostaw odpowiedź