Jacek Gulanowski: Jeszcze raz w sprawie Gutenberga

13 czerwca 2011 21:431 komentarz

Chyba zostałem wywołany do tablicy. I właściwie sam sobie jestem winien, bo pisząc o końcu galaktyki Gutenberga popełniłem błąd skupiania się na sprawach drugorzędnych (takich jak zmiany cywilizacyjne) bez wnikania w istotne kwestie. Tym razem także nie będzie ostatecznych rozstrzygnięć, tylko próba sformułowania podstawowych pytań i wskazania możliwych dróg poszukiwań odpowiedzi.

Przede wszystkim należy odróżnić przedstawienie cudzych poglądów z ich obroną. Marshall McLuhan nie we wszystkim miał rację, ale jego tezy warto znać, a ta o końcu galaktyki Gutenberga jest do przyjęcia. Należy też rozróżnić opis sytuacji, przyjęcie zaistnienia określonej sytuacji do wiadomości i niechęć do lamentu od euforii i popierania zmian. I dlatego jako motto tego krótkiego tekstu mógłbym przywołać słowa Ernsta Jüngera, którymi poprzedni esej zakończyłem. A na lament albo euforię nie ma miejsca – ponieważ tak naprawdę chodzi o kwestie ważniejsze niż mowa, druk, książki, telewizja i Internet.

Zanim ustalimy, jaki jest nasz stosunek do końca galaktyki Gutenberga, trzeba odpowiedzieć na pytanie, co on właściwie oznacza? Jeśli kres klasycznej cywilizacji piśmiennej, oznacza upadek kultury, zdziczenie ludzkości, tryumf otępiającej rozrywki i niemożność jakiejkolwiek sztuki – to można rozważyć bycie przeciw. Jeśli jednak oznacza zastąpienie jednych mediów innymi, a wraz z końcem panowania słowa drukowanego miałby przyjść kres „obiektywnych” ostatecznych prawd wypracowanych przez nurty myślowe kojarzone z tzw. „odrodzeniem”, „oświeceniem”, antropocentryzmem, materializmem, racjonalizmem itp. – można rozważyć bycie za. Tutaj pojawia się pytanie o to, z którymi nurtami w myśli zachodniej człowiek się utożsamia, a które uważa za niewłaściwe. I to jest właściwa perspektywa, z której należy oceniać zmiany, nie miłość albo niechęć do książek. Dochodzimy do kolejnego pytania, które może zajmować czytelnika –  jakie stanowisko zajmuje autor niniejszego tekstu. Przede wszystkim – dystans. Nie jestem entuzjastą ani tego, co odchodzi, ani tego co nadchodzi. Inaczej: nie płakałem po Gutenbergu. Ale też nie wznosiłem radosnych okrzyków po jego pogrzebie. I ta postawa wynika z odpowiedzi na kolejne pytanie – jaką wizję historii przyjmujemy? Optymistyczną, pesymistyczną? Neutralną? Jaką koncepcję czasu – linearną czy cykliczną?  Są to stanowiska, których nie można pogodzić, wypracować konsensusu. I co więcej – obawiam się, że nie można też ostatecznie, za pomocą przekonywujących – najlepiej w liczbowych – wyników badań żadnego z nich ostatecznie zweryfikować ani sfalsyfikować. Kwestia wiary. Według nas: nie jest dobrze i nie było od dłuższego czasu. Na razie jest tak sobie, potem będzie gorzej, a na poprawę sytuacji nie ma co liczyć przez jakieś 426 900 lat.

I po tym niejasnym postawieniu sprawy, należy wrócić do kwestii, którą tak naprawdę należałoby poruszyć jeszcze wcześniej, czyli do przypomnienia tego, że koniec galaktyki Gutenberga i przejście do cywilizacji post-piśmiennej wcale nie oznacza kresu słowa drukowanego. Tak jak przejście z cywilizacji przed-piśmiennej do piśmiennej nie oznaczało zaniku słowa mówionego. Oznacza jednak zmianę postrzegania świata przez tzw. „człowieka” i zmianę medium najważniejszego, którego zasady funkcjonowania mają wpływ na ludzkie Weltanschaung . Słowo drukowane nie zniknie, ale ustąpi pola mediom elektronicznym i to w o wiele większym stopniu one wpłyną na to, jak ludzie będą postrzegać słowo drukowane, a nie na odwrót. Jak to będzie wyglądać – jeszcze nie wiemy, kilka prognoz możnaby postawić, ale to nie miejsce i pora ku temu.

Skoro w XIX wieku posługiwano się formą, która wtedy zdobywała największą popularność, a więc powieścią (np. na temat wyobrażonego XXI wieku), aby dać przykłady na potwierdzenie swoich tez, spróbujmy w XXI wieku w tym samym celu odwołać się do formy, która najwyraźniej zaczyna przeżywać swoje najlepsze lata, a więc serialu telewizyjnego (np. na temat wyobrażonego XIX wieku). Proponuję przyjrzeć się uważniej Deadwood, w którym ukazano przenikanie się trzech cywilizacji: przeszłej – przedpiśmiennej, teraźniejszej – piśmiennej i nadchodzącej – postpiśmiennej. Tę pierwszą reprezentuje przede wszystkim Al Swearengen i jego poplecznicy. Brak sformalizowanych struktur politycznych, spisanego prawa, umowy słowne, kształtowanie sytuacji poprzez kontrolowane rozpuszczanie plotek, zasada wzajemności w stosunek międzyludzkich, altruizm grupowy, relatywizm etyczny, egoizm, realizm graniczący z cynizmem, korumpowanie poprzez wyświadczanie niejawnych przysług. Mamy też Indian i chińskich imigrantów, którzy reprezentują ten sam typ cywilizacji, aczkolwiek w bardziej tradycyjnym wydaniu, z jaśniejszymi zasadami etycznymi. Dla tego typu cywilizacji najważniejszym medium jest mowa. Druga cywilizacja, piśmienna – to wkraczające na tereny Deadwood państwo amerykańskie, instytucje polityczne, monopole przemocy (armia), spisane prawo, oficjalna prasa, urabianie opinii publicznej poprzez manipulowanie dziennikarzami, etyka biblijna, jasne zasady etyczne, podejmowane wciąż próby opisania i uporządkowania świata. Tę cywilizację reprezentują też ludzie spoza państwa, ale utożsamiający się z takim pojmowaniem świata, jak Seth Bullock czy pastor Henry Weston Smith.Tutaj najważniejszym medium jest właśnie prasa i książka (przede wszystkim – Biblia). Trzecia cywilizacja, postpiśmienna – to George Hearst i jego wielka korporacja. Mamy tutaj do czynienia z odrodzeniem tego, co znane z cywilizacji przedpiśmiennej, tylko wszystko bardziej rozmyte, umowne, większe pole do improwizacji, na dodatek podlane quasi-mistycznym sosem w postaci „new age’owych” historii o głosach Ziemii. Tę cywilizację reprezentują budowane słupy telegraficzne. W Deadwood jasne jest, który typ cywilizacji dominuje i narzuca swoje normy pozostałym poprzez silne struktury państwowe – nowoczesna cywilizacja piśmienna. Oczywiste jest, kto znajduje się poza prawem, i stanowi swoisty margines – zarówno ci zbyt przestarzali, jak i ci zbyt nowocześni. Dlatego właśnie Hearst i Swearengen, mimo że są śmiertelnymi wrogami, potrafią się nawzajem zrozumieć i grają wedle podobnych zasad.

Tutaj dochodzimy do istotnego pytania: jaką wizję kanonu kulturowego przyjmujemy? Muzealną? Pomnikową? Wybór najważniejszych dzieł dokonany przez licencjonowaną komisję autorytetów, przed którymi tzw. „reszta” bije pokłony? Czy raczej kultura jako życie i przeżycie? Żyjąca, zmienna, stale wzrastająca… Dzieła, które przeżywa się wciąż na nowo, odczytuje, razem z autorem dochodzi do pewnych sformułowań, którą można akceptować, negować, reinterpretować, wchodzić z nią dialog, karmić nią swoje życie wewnętrzne, podsycać natchnienie… I kto jest w stanie wejść z nią w prawdziwy dialog? Czy gdyby dzieła Conrada albo Dostojewskiego mogły być w pełni zrozumiane przez przeciętnego licealistę, to czy rzeczywiście byłyby ważnymi dziełami, wyrastającymi ponad ówczesną i dzisiejszą przeciętność? I co właściwie my (w tym wypadku – pluralis modestiae) o tym myślimy? Jak zauważył poeta: rym ma być taktem, nie wędzidłem. Parafrazując: medium ma być środkiem, nie celem, a kultura ma być życiem, nie eksponatem. Wprowadzanie w ten kanon kulturowy kolejnych pokoleń to wymagające zadanie, ale jakże wiele dające satysfakcji, gdy kolejni adepci zaczynają poruszać się samodzielnie po grząskim gruncie. Nie chodzi o to, żeby zabronić komuś czytania książek dzieciom, uczenia kolejnych pokoleń szacunku do słowa pisanego. Koniec końców – ani nikt nie ma prawa, żeby wtykać nos w nieswoje sprawy, ani też nie powinien się nimi zbytnio interesować. Jednak zakomunikowanie tego, że wszelka nowoczesna idolatria, fetyszyzm medialny, jest nie tylko bezwartościowa, ale i śmieszna – dla takich wzniosłych celów warto posiedzieć stukając w klawisze. . Chodzi więc nie tylko o to, żeby czytać dzieciom, ale także oglądać z nimi filmy, odwiedzać muzea, podziwiać obrazy, a także chodzić po lesie i oglądać wschód słońca w górach.

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy: nie chodzi o medium, ale o przekaz. Tym medium może być zarówno literatura, jak i muzyka, sztuki wizualne, dramat, film – i wszystkie inne środki, za pomocą których twórca będzie w stanie wyrazić to co naprawdę ważne. Jak pokazał (czy może raczej: przypomniał) Yukio Mishima – nośnikiem konkretnej idei mogą być powieść, opowiadanie, dramat, wiersz, film, kaligrafia, ale także ciało (które można kształtować poprzez systematyczne stapianie w jedno woli i działania), ruch (uporządkowany przez tradycyjne sztuki walki), czyn (np. akcja polityczna) czy własna biografia. I to właśnie dlatego Mishima jest przeze mnie pamiętany jako jeden z najważniejszych twórców XX wieku – ponieważ potrafił za pomocą mistrzowskiego opanowania wybranych form dać wyraz określonym ideom.

Można się naśmiewać z wizji niebogatych idealistów, którzy przeszukują zasoby Internetu w poszukiwaniu cyfrowych wersji niemożliwych do zdobycia książek, emerytów, którym załatwianie spraw przez Internet umożliwia normalne funkcjonowanie w sytuacji stopniowej utraty sprawności. Można przypominać, że owszem, tak, ale jednak wielu marnuje czas oglądając śmieszne filmiki, ściągając pornografię, a przez skype’a kontaktują się także terroryści. Ale nie można zapomnieć o tym, że Internet umożliwił powstanie drugiego, trzeciego i czwartego obiegu, którego nie jest w stanie na dłuższą metę skontrolować żaden rząd. Pornografia dziecięca, terroryzm, mafia – to wszystko istniało bez globalnej wioski, a teraz znajduje nowe drogi komunikacji i dystrybucji. Ale to dzięki tym samym możliwościom komunikacyjnym istnieje prawdziwie wolna nieoficjalna wymiana myśli. Na jakimś poziomie jest to oczywiście ciekawe, do jakich celów tzw. „zwykły człowiek” wykorzystuje nowe media, poziom zadumy nad marnowaniem szans. Ale jest też poziom braku zainteresowania przeciętnością i codziennością, zimna obojętność wobec wielokolorowej, podzielonej na plemiona masy, która dąży do zaspokojenia głodu, popędów, względnego dobrostanu psycho-fizycznego i minimalizacji cierpienia między innymi poprzez unikanie poważnej refleksji i brzemiennych w skutkach wyborów światopoglądowych. Wybór jest pomiędzy patrzeniem na przyklejonych do Facebooka nadaktywnych społecznie ludzi, a przeglądaniem hipertekstowych opracowań tekstów Thomasa Eliota.

Tygrys też ma ogon, a jako kot (co prawda dziki) szczególnie nadaje się do obrócenia go ogonem. Jednak nas interesuje dylemat człowieka bez strzelby – kły czy grzbiet tego drapieżnika.

McLuhan pisał, że „medium is the mesage”. Jednak można sięgnąć po teksty Ernsta Jüngera i spytać: „azaliżwdy, panie McLuhan?”. Według Jüngera to człowiek jest i powinien być panem form, a sytuacja odwrotna jest zaburzeniem naturalnego stanu rzeczy. Przypomnijmy też poglądy włoskiego barona-reakcjonisty, który przypomniał chińskie porzekadło o ujeżdżaniu tygrysa. Nie tylko należy przyjąć do wiadomości zachodzące zmiany, ale także wskoczyć na grzbiet drapieżnika, gdyż tylko w ten sposób można przetrwać – a być może nawet pokierować jego biegiem. Warto przypomnieć Cantos Ezry Pounda, które nie tylko były próbą pokazania poza- i ponad-czasowości medium, którym jest epopeja, ale także przekroczenia medium jako takiego, zerwanie dystansu między twórca i dziełem, rzeczą i przedstawieniem, przedmiotem i podmiotem. Wracając do McLuhana – być może medium wymusza określone treści, ale tylko na poziomie niezaawansowanego i przeciętnego korzystania. Trzeba rozróżnić rzemiosło od sztuki. Gdyby niemożliwe było przekroczenie uwarunkowań medialnych nie byłoby żadnego z dzieł, które niezależnie od miejsca i czasu są w stanie wciąż poruszać zdolnych do refleksji ludzi. Przypomnijmy koncepcję archetypów – pozostających poza tymczasowością, miejscem, czasem, człowiekiem, które manifestują się wciąż w nowy sposób, ale istnieją nietknięte przez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.

Zahaczając jedynie o problem wykształcenia, który wymagał i wciąż wymaga wielostronicowych dyskusji: czy możliwe jest wykształcenie bez książek? Tutaj oczywiście ważniejsze jest inne pytanie – wykształcenie – tak, ale: jakie? Czy wykształcenie polega jedynie na przyswojeniu sobie określonej wiedzy? Poznaniu kulturowego i cywilizacyjnego kanonu? A może również uwewnętrznieniu określonych norm etycznych? Powiedzmy jedynie prowokująco – jeśli wykształcenie oznacza coś więcej niż zbiór humanistycznych frazesów i humanitarnych przesądów, to nie tylko Internet nie wystarczy, ale książki to też za mało. Jeśli jednak o to właśnie chodzi, a nawet nie o to, ale o stwarzanie pozorów poprzez zręczne posługiwanie się określonymi frazesami – bez paniki, Internet wystarczy.

Ogonem można obrócić także węża. A raczej: sam się obraca – w nieskończoność.

Nie chodzi o to, żeby przekonywać, wykładać całościowo swoje poglądy, głosić ex cathedra niepodważalne prawdy, recytować wobec „ogółu” swoje credo, streszczać poglądy autorów, których można przy niewielkim wysiłku odnaleźć; chodzi o wygłoszenie kilku w miarę prostych do rozszyfrowania aluzji, sparafrazowania zapomnianych cytatów zaczerpniętych z ręcznie spisanych zwojów. Cel jest taki sam jak w przypadku zakładania pierścienia w kształcie Ouroborosa, pisania na murze „V.I.T.R.I.O.L.” czy wtrącania dziwnie brzmiących haseł do rozmowy: pokazanie że istnieje inny sposób pojmowania rzeczy, inne odpowiedzi na gnębiące stropionych pytania; sprowokowanie do niezgodnego z duchem epoki myślenia; wskazanie drogi całożyciowych poszukiwań, odkryć, rozczarowań, niepokojów, bez obietnicy spełnienia; przypomnienie o istnieniu niesformalizowanej wspólnoty, poza miejscem i czasem, poszukiwaczy „z jedną ręką na sercu, a drugą na ziemi”. Tymczasem są wzburzone wody, nieznane lądy, wicher, sztorm, niepewność i ryzyko. I mimo że – jak pisał Tomasz Gabiś – nie ma mapy ani kompasu, są na niebie gwiazdy, poza i ponad tym światem, które stanowią dobry punkt orientacyjny, aczkolwiek wymagający ciągłego poddawania w wątpliwość swoich dotychczasowych pomysłów. A idee, które odkryje się w gwiezdną noc, są w stanie trwać, gdy nie będzie już nocy, a nawet gdy nie będzie już gwiazd.

No dobrze – a co z Gutenbergiem? Owszem, nie żyje…

 

Jacek Gulanowski

– – – – – – – – – – – – – – –
Żródło ilustracji – Wikimedia, podpisy pod ilustracjami – J. Gulanowski

Tags:

1 Komentarz

  • Dziękuję za kolejną porcję mądrego spoglądania na ważne sprawy.

    „Według Jüngera to człowiek jest i powinien być panem form, a sytuacja odwrotna jest zaburzeniem naturalnego stanu rzeczy.”
    I – jak lubią mawiać tzw. zwyczajni ludzie – tej wersji będziemy się trzymać!

Zostaw odpowiedź