Rafał Klan: Smak bostońskiej herbaty nad Wisłą czyli dlaczego to se ne vrati

19 marca 2011 18:163 komentarze

     Amerykański, oddolny ruch społeczny, znany pod nazwą Tea Party, analizowany jest i omawiany w Europie, w tym w Polsce,  gdzie wciąż istnieje potencjał do rozbudzenia rewolucji konserwatywnej, w której – co zrozumiałe –  tradycyjne wartości traktowane są jako klucz do ewentualnego przeszczepiania fenomenu amerykańskich, republikańskich społeczników.

/fot. Anna Kolasińska/

Herbaciani pojawili się w USA w 2009 roku za rządów poprzedniego prezydenta, Georga W. Busha,  na fali protestów wobec polityki administracyjnej Waszyngtonu, w czasach kiedy widmo kryzysu ekonomicznego powoli zaglądało w oczy amerykańskiej gospodarce. I chociaż dzisiaj Tea Party umacnia się jako oddolny, opozycyjny ruch republikański, skupiający się na krytyce  politycznych i gospodarczych decyzji Baracka Obamy, to  jednocześnie jest   próbą odzyskania władzy przez Republikanów.

     Dynamika tego procesu  wskazuje jednocześnie na fakt,  że ktokolwiek by nie zasiadał na prezydenckim fotelu w Waszyngtonie, to dzisiaj amerykański  ruch społeczny  funkcjonuje i odnosi sukcesy na fali strachu i frustracji wobec oficjalnej władzy. Oczywiście w konkretnych okolicznościach politycznych, za herbacianymi stoją  polityczne idee, czyli wolność gospodarcza, odzyskanie statusu mocarstwa globalnego, wolność jednostki, brak podatków, kapitalizm a nie socjalizm, itp. Jak z tego wynika, są to doraźne cele, ograniczające się do tego co tu i teraz. Jednak to co jest istotą tego społecznego ruchu wyrasta z  kryzysu zaufania do establishmentu, na tyle poważnego kryzysu, że dzisiaj staje się on pożywką dla wielu osób, w tym w Polsce, próbującą łączyć globalną, może nawet cywilizacyjną niechęć do współczesnej oficjalnej polityki z doraźną, zależną od szerokości geograficznej, krytyką oficjalnej władzy i postpolityki, którą uprawia. 

     Polska fascynacja ruchem jest wynikiem odwiecznego, regionalnego marzenia o wielkim, społecznym zrywie, obywatelskiej aktywności, która oprze swój wizerunek o chrześcijańskie, konserwatywne i wolnościowe tradycje. Mieliśmy kiedyś ,,Solidarność” czyli marzenie o integracji przez społeczeństwo, które to marzenie po 1989 roku zostało zepchnięte na margines, a organizacja społeczeństwa została przejęta przez dwa czynniki: polityczny (partie, instytucje demokratyczne, państwo) oraz ekonomiczny (wolny rynek). Jak z tego wynika oddolny ruch społeczny może pojawić się tylko w oparciu o kryzys polityczny i ekonomiczny i dopiero potem może zacząć się konstytuować, dobierając dowolne hasła w zależności od politycznej i ekonomicznej sytuacji.

     Marzenie o wielkim ruchu społecznym zapewne jest przedmiotem rozmyślań pod każdą szerokością geograficzną. Co zrobić, jak zrobić, żeby społeczeństwo się zaktywizowało, przebudziło, włączyło w życie społeczne, polityczne, ekonomiczne (np. proponując konkretne rozwiązania ustawodawcze).

     Wygląda to dość karykaturalnie i przypadkowo, kiedy zaglądając na stronę Salonu 24 czytamy inicjacyjne ogłoszenie: Rozpoczynamy tworzenie nowego ruchu społecznego – Polska Tea Party (1). Możemy więc za namową pomysłodawców zajrzeć sobie jeszcze na popularny, społecznościowy portal (2)  i kliknąć ,,lubię to” i dzięki temu dowiemy się, że od października 2010 roku polskie marzenie o oddolnym ruchu społecznym ma już poparcie niespełna tysiąca osób [sic!].

     Jak na ponad 30 milionów mieszkańców odgórne organizowanie oddolnego ruchu społecznego wydaje się nadal zajęciem hobbystycznym. I jeżeli przyjąć, że fundamentalną zasadą wszelkiego oddolnego ruchu jest niezadowolenie społeczne, to – prawdę mówiąc – jeżeli nie pojawi się ono w sposób naturalny, może zaistnieć tylko wtedy, kiedy ujawni  się na scenie destrukcyjna, populistyczna zmasowana krytyka obecnego układu politycznego, gospodarczego i społecznego. Kilka takich zrywów w ostatnim dwudziestoleciu mieliśmy  okazję zaobserwować, czego przykładem są Stanisław Tymiński, Samoobrona, Liga Polskich Rodzin – żeby podać te najjaskrawsze przypadki populizmu, które pociągnęło za sobą tłumy.

     Dzisiaj – skoro nadal nie ma odpowiedniego podłoża dla zrywu oddolnego na miarę ruchu solidarnościowego – można jedynie świadomie wprowadzać  do debaty publicznej destrukcyjne akcenty, licząc, że społeczeństwo da się złapać na haczyk. Ale wciąż będzie to sterowane i oparte na mechanizmie, który dzisiaj w Polsce jest dominujący, czyli, że społeczeństwo jest organizowane odgórnie.

     Oddolne inicjatywy obserwowane są oczywiście przede wszystkim  na szczeblu lokalnym i to one mogą przynieść w przyszłości jakąś namiastkę ruchu społecznego. Mogą, gdyby nie fakt, że dzisiaj w polskiej debacie nad społeczeństwem obywatelskim (patrz: debata z 2010 roku, zorganizowana przez Fundację Batorego), dominuje przeświadczenie o projekcie, który się nie sprawdził i wymaga nowego otwarcia, uwzględniając niechęć obywateli w normalnych warunkach do większego, społecznego zaangażowania.

     Wbrew pozorom więc marzenie o ruchu społecznym na skalę tego, co dzisiaj dzieje się w USA za sprawą Tea Party, w Polsce może urzeczywistnić  się tylko za sprawą jakiegoś kataklizmu gospodarczego i politycznego. I to jest zdaje się mniej lub bardziej uświadomiona przesłanka, która  pozwala zwierać szeregi w oczekiwaniu na jakiś krach i jest gotowa zaistnieć w nowej rzeczywistości.  Brzmi to pewnie równie nieprawdopodobnie jak marzenie o wielkim zrywie społecznym, ale warto temu zjawisku przyjrzeć się dokładniej, omawiając je na konkretnych przykładach  Ale o tym przy okazji kolejnego spotkania na łamach Nektultury.

Rafał Klan

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

1.   http://polskateaparty.salon24.pl/243651,polska-tea-party manifest-programowy

2.   http://www.facebook.com/PolskaTeaPartyv=wall#!/PolskaTeaParty?sk=info

Tags:

3 komentarze

  • /to co jest istotą tego społecznego ruchu wyrasta z kryzysu zaufania do establishmentu/

    No właśnie. I dlatego, moim zdaniem, wszystkie projekty stworzenia u nas czegoś na kształt Tea Party to albo (a) mrzonki paru zapaleńców, albo (b) z gruntu komercyjne akcje, które z oddolnością mają akurat tyle wspólnego, co ja z Hilary Clinton. Bo u nas kryzys zaufania do establyszmentu jest absolutnie permanentny, historycznie utrwalony i – co tu dużo gadać – solidnie uargumentowany. Stąd też:

    (a) zdarzają się, co prawda, jednostki wciąż popychane przez ów kryzys do jakiegoś społecznego działania. Jednakże ich siła przebicia jest zgoła żadna, bo większość uważa ten kryzys za stan naturalny i nie tyle się do niego przyzwyczaiła, co chyba nieprzesadnie wyobraża sobie jakiś inny stan. Owszem, można powyrzekać gdzieś przy piweczku, czy kawce, na „kaczystów”, „ciemnogród”, względnie „wykształciuchów” i „sprzedawczyków”, ale na tym się kończy. Bo zaraz trzeba iść spać, a rano do roboty i – aż do następnego piwczenia, czy kawkowania – człowiek nie ma czasu na takie pierdoły, jak jakieś tam rewolucje.
    Jak patrzę na swoich znajomych, pracujących w różnych branżach i posiadających różne wykształcenie, to mam wrażenie, że w znacznej większości przypadków tak to właśnie wygląda. Jeden mój kumpel z lat szczenięcych, obecnie – kto by kiedyś pomyślał… – facet o wysoce konserwatywnym światopoglądzie (w sensie: głęboko wierzący i praktykujący katolik, głowa rodziny i przywiązany do symboli narodowych patriota) utrzymuje, że wszelkie kwestie, które choćby z daleka zalatują polityką, ma głęboko. Na wybory nie chadza, bo nie widzi większej różnicy między premierem Kaczyńskim, premierem Tuskiem, czy ew. premierem Pipsztyńskim. Sam się w żadne ruchy nie angażuje, bo ma żonę, czworo dzieci i własny biznes. Żona i dzieci muszą jeść, a biznes prosperować. Jeśli on sam rodziny nie wykarmi, żaden establyszment tego za niego nie zrobi. Jeśli sam nie zadba o firmę, żaden establyszment mu nie pomoże (grunt, żeby w obu przypadkach nie przeszkadzał).
    Tak sobie myślę, że gdyby R. nie był synem wiecznie wypieprzanego z kolejnych fuch alkoholika i niedostosowanej do przemian ustrojowych nauczycielki, tylko którymś z kolei „dziedzicem” na prezesowskim stołku swojej firmy, to pewnie znalazłby i czas, i ochotę na to, żeby trochę pospołecznikować. Ale że jest, a do wszystkiego, co ma, doszedł własną krwawicą i – co sam ochoczo przyznaje – palcem Bozym/niewyobrażalnym fuksem, to ani czasu, ani ochoty nie przejawia. (cdn)

  • (cd)

    (b) Dla kontratu: poznajcie K. – trzydziestoletnia pani psycholog, bezdzietna, w wolnym związku. Inteligentna, o proobywatelskim zacięciu. Praca zawodowa zostawia jej trochę wolnego czasu, pozazawodowych obowiązków ma niedużo, może zatem pozwolić sobie na wysyłanie listów do przeróżnych ministerstw, gdy coś ją zirytuje. K. mogłaby być idealną przedstawicielką, ba, liderką nawet, ruchu społecznego. Ale (patrz (a) i nie tylko) społeczność nie chce się ruszać.
    Gdyby K. miała mniej samokrytycyzmu, mogłaby się zapisać do jakiejś fejsowej grupy i udawać, że coś w ten sposób zmienia. Dołączyłaby w ten sposób do grona internetowych rewolucjonistów w miękkich kapciach, których to rewolucja polega głównie na podrasowywaniu poziomu własnego samozadowolenia. „Tak, jestem fajny, bo protestuję, nie to, co ta ciemna tłuszcza” – idealny target dla producentów różnych snobgadżetów, prawda?

    ________________

    Co do reszty: wspomniana przez Szanownego Autora Samoobrona to, wg mnie, doskonały przykład rozmazania oddolnego ruchu społecznego (mniejsza o jakość tego ruchu) przez specyfikę polskiej ekonomii. Wbrew wrzaskom Andre Le Perre’a, rolnicy jako grupa zawodowa okazali się jednym z największych beneficjentów wejścia Polski do UE. I gdy tylko zobaczyli, że ciocia Brukselka nie tylko nie pożera własnych bratanków, ale potrafi sypnąć groszem, migusiem zleźli z drogowych blokad i ustawili się w kolejce po dopłaty.

    Kryzys zaufania do władzy to w Stanach rzecz stosunkowo nowa. /Herbaciani pojawili się w USA w 2009 roku za rządów poprzedniego prezydenta, Georga W. Busha/ – i ten fakt zdaje mi się znamienny. Środowisko z gruntu republikańskie głośno i otwarcie zaprotestowało przeciw polityce republikańskiego prezydenta. Bush, przecież republikanin, przestał być prezydentem republikanów.
    U nas to jakby norma. Od sześćdziesięciu paru lat władzuchna jest tam, a my tu. Jasne, stopień niezadowolenia i nieufności do władzuchny na przestrzeni tych sześciu dekad z hakiem wielokrotnie się zmieniał. Ale podział ONI vs. MY pozostawał constans. Była niby jakaś szansa na zmianę na początku lat 90tych, ale została koncertowo utopiona.

    Dla Ameryki to coś nowego, nieprzyjemnego, taki kamyk w bucie, co uwiera i prowokuje do działania. Gdyby ten kamyk wyciągnąć z polskiego buta, but pewnie zleciałby nam z nogi.

  • Jan _ bez zmieni

    A u nas jest Janusz Korwin-Mikke. I potem długo długo nic.

Zostaw odpowiedź