Krzysztof Kolasiński: Torquemady zabrakło, lecz nie z braku chęci

15 marca 2012 14:040 komentarzy

Szymon Wrzesiński
Inkwizycja na ziemiach polskich
Replika,
Zakrzewo 2009

       Obiektywizm w ujęciu historycznym od długiego już czasu „prześladuje” wszelką myśl naukową, zarówno taką, która powoli dojrzewa w cieple akademickich bibliotek, jak i tę jakiej dane jest odmrażać sobie tezy na przystankach, w oczekiwaniu na międzywydziałowy transport. Jakże niepotrzebnie! Rozsypując ziarenka faktów historyk wcale nie musi  patrzeć gdzie indziej. Może jasno i wyraźnie powiedzieć: „nie lubię pomidorowej”, albo „inkwizycja była straszliwą instytucją”. Ot, co komu akurat w duszy gra.

      „Inkwizycja na ziemiach polskich” Szymona Wrzesińskiego jest książką traktującą o niezwykle drażliwych i trudnych sprawach, a jednak autorowi z pewną uniwersytecką gracją udało się uniknąć „wpadek obiektywizmu”. Na samym początku zasygnalizowany  jest podział polskich szkół historycznych pod względem ich stosunku do auto da fe i przyległości: na broniącą instytucji Świętego Oficium (wrocławska oraz lubelska) i potępiającą działania inkwizytorów, a także ramienia świeckiego (tu już precyzyjnie-terytorialnie nie da się siedziby oponentów uściślić). Autor zdaje się opowiadać przy drugiej opcji, przytaczając długie szeregi faktów (także z całkiem niedawno odkrytych źródeł), po zapoznaniu się z którymi ciężko doprawdy pochwalać próby „wybielania” inkwizycji.

      Polskim inkwizytorom co prawda daleko do legendarnego Torquemady, ale jest to w wielu wypadkach skutek jedynie braku możliwości oraz narzędzi, nie natomiast chęci. Wrzesiński z sporą literacką łatwością płynnie przechodzi poprzez dzieje Oficjum na ziemiach śląskich i królestwa Polskiego, rzetelnie trzymając się dostępnych źródeł. Po lekturze poszczególnych rozdziałów czytelnika aż ciarki przechodzą i warto dziękować naturze, opatrzności, tudzież innym siłom nieczystym, że zostaliśmy rzuceni w wieki tak bardzo od doby stosów i „przesłuchań” odległe, w czasy gdy nie czuwa nad nami papieska policja. Osobom „w sprawiedliwości biegłym” przyjdzie cieszyć się z obecnej litery prawa dokładnie za każdym razem, kiedy będą miały możliwość przeanalizowania przytaczanych przez Wrzesińskiego fragmentów przesłuchań, statutów czy przepisów regulujących działalność inkwizytorów. Tu wypada zaznaczyć, iż niewiele się tego ostało, nie jest też do końca jasne, czy efekt to świadomej działalności następców inkwizytorów – Ad maiorem Dei gloriam – czy też po prostu tak nietrwała jest czasem historia. A tym bardziej jej dokumenty.

       Interesujące są także, świetnie przez Wrzesińskiego wskazane, uwarunkowania geopolityczne inkwizycji, dzięki znajomości których nieco łatwiej zrozumieć palącą (jakże dosłownie) „potrzebę” pielenia kąkolu herezji, w dowolnym miejscu, czasie, postaci. Mimo ukazania pełni zawiłości ówczesnej rzeczywistości, olbrzymiemu nagromadzeniu dat, nazwisk i drobnych, acz niezwykle ważnych, faktów-fakcików, czytelnik – dzięki akademickiej skrupulatności autora – nie jest w tym labiryncie pozostawiony samemu sobie. Spokojnie (na ile tylko pozwala sumienie i historyczna wrażliwość) idzie podług nici Ariadny-Wrzesińskiego, aby znaleźć się na koniec u progu nieco przyjaźniejszych czasów.

       Nie jest to bynajmniej praca mająca na celu oczernianie instytucji kościelnych, lecz skutecznie podjęta próba wydania sprawiedliwego osądu pewnego zakresu działalności tychże. Jak już od dawna wiadomo, lepiej, by kolory – rzecz to niezwykle względna i to nie tylko jeśli idzie o dobór krawata –  nie były tylko czarne i białe. Tak tez jest u Wrzesińskiego. Prawda jest tym, co należy poznawać zarówno śledząc dobro, jak i oglądając zło, niezależnie od punktu widzenia na generalia. Prawdziwym człowiekiem jest bowiem ten, który posiadł zdolność postrzegania „własnych” i cudzych błędów i należytego ich klasyfikowania. Myślę iż lektura „Inkwizycji na ziemiach polskich” może stać się jedną z cegiełek, z których można zbudować sobie obraz czasów odległych, lecz mających pewien wpływ na kulturę i myśl dzisiejszą. Starość jest bowiem „przeszłością przemienioną w teraźniejszość, przeszłością  przez teraźniejszość jedynie przytłoczoną” i spogląda na nas zarówno zza węgła kamienic, strzech domostw, ale także z kart historii, nieustannie pisanych, przez wiele rąk.

Rękoma Szymona Wrzesińskiego napisaną książkę, niezbyt może zdobną, ale do poczciwej lektury jak najbardziej zdatną, a z pewnością  w poznaniu potrzebną. Z czystym sumieniem do lektury polecam.

Krzysztof Kolasiński

Tags:

Zostaw odpowiedź