Włodzimierz Barchacz: „Koń by się uśmiał, czyli mój PRL” (fragment – 1)

15 stycznia 2012 16:4118 komentarzy

BAZAR Różyckiego

[…] Wpadnijmy na chwilę na drugą stronę Wisły – na Bazar Różyckiego.

     O terenie tym, położonym na Pradze Północ, mówiono, że będąc tam trzeba na siebie uważać, bo można dostać nożem w plecy.  Przed zdjęciami udałem się więc na komendę milicji, która mieściła się na ulicy Cyryla i Metodego.

     Dyżurny oficer, choć pokazałem mu legitymację prasową i powiedziałem, że chciałbym zrobić trochę zdjęć dla tygodnika „Kobieta i życie”, odmówił mi ochrony –zaczął coś kręcić, tak, by nie wyszło, że kręci, choć nie za bardzo mu się to udawało ;). W końcu stanęło na tym, iż jeśli natknę się na jakiś patrol na ulicy, żebym poprosił o pomoc.

      Napotkałem patrol, dwóch młodych chłopaków, szeregowcy; niewykluczone i prawdopodobne, że odbywali w milicji zasadniczą służbę wojskową, w tym czasie było to na porządku dziennym. Na bazarze szli za mną cały czas, ja oczywiście fotografowałem. Jakoś, może dziwnym trafem, nikt mi nie zagroził, że nóż w plecy wbije, szczękę skrzywi, nos spłaszczy. Natomiast cały czas darły się bazarowe baby. W niebogłosy, wręcz wydając jazgot!

      W pewnym momencie zauważyłem, że brakuje jednego milicjanta. Nadal fotografowałem intensywnie, i może po paru minutach spostrzegłem, iż i drugi zniknął z pola widzenia. Jednak byłem w ferworze, poziom adrenaliny wysoki, i nadal fotografowałem, nie zważając na nic. Po zdjęciach kupiłem sobie w bazarowej budzie kiełbaskę z kajzerką, smakowała niebywale, i butelkę świętej pamięci wybornego piwa „Jasne Pełne” z browaru warszawskiego, 0,33 litra. Puszkowe dotąd mi zalatuje metalem i go nie trawię – brr… To pierwsze – miodzio!

      Zaś następnie spokojnie opuściłem targowisko i udałem się w kierunku szosy, bodaj na Białystok, nie pamiętam, ale północny wschód, by autostopem dotrzeć do kempingu na Mazurach, we wsi Wiartel Duży pod Piszem, gdzie czekało na mnie towarzystwo w domku stojącym jakieś dwadzieścia metrów od tafli wody jeziora o tej samej nazwie, co wieś. W tej chwili, gdy wystukuję te słowa, siedzę sobie co prawda w przytulnym mieszkanku na parterze, przez otwarte okno wdziera się woń kwitnącego tuż pod oknem bzu, acz jednak to Warszawa, nie jeziora…;) Z tym większą nostalgią wspominam fakt, o którym napisałem. No i wtedy miałem dwadzieścia parę lat. Tak, to były, panie, czasy, oj, były!

Na naszym zdjęciu: babska bazarowa siła miejscowa z laską.

 

KILKU LUDZI książki

      Miałem spotkań z tymi ludźmi wiele, najczęściej występując w charakterze fotografa; prawie wszystkie zdjęcia, negatywy w liczbie około tysiąca siedmiuset, przekazałem państwu, resortowi kultury, Narodowemu Archiwum Cyfrowemu (wówczas: Archiwum Dokumentacji Mechanicznej), w 1997 roku (i w początkowym okresie lat dwutysięcznych). Pragnę się pochwalić, że dokument opracowany w Archiwum stanowi, iż przekazane negatywy mają dużą wartość historyczną i naukową.

***

Ryszard Kapuściński.
Któż nie zna tego nazwiska, które jednak kształtowało się w Peerelu? Autora będącego – własnością świata, bo jego książki znane są właściwie chyba wszędzie?

      Swymi reportażami, najpierw z Polski, potem z różnych krajów i kontynentów, pobudzał moją wyobraźnię młodego, ruchliwego, ciekawego wszystkiego dziennikarza, zagrzewał do przygody wnikliwego penetrowania rzeczywistości, do jej celnego, empatycznego i sugestywnego opisywania, piórem i aparatem.

***

      Jako korespondent PAP, wysłany do określonego kraju czy regionu, miał zasadniczo obowiązek pisania i przesyłania na bieżąco suchych relacji o wydarzeniach, komunikatów odpowiadających, najczęściej krótko, na cztery pytania: co, gdzie, kiedy i w jakim celu.

      Jednak, poza tą pracą, MUSIAł dotrzeć wszędzie tam, gdzie coś się działo – ważkiego, dramatycznego. Miał imperatyw, przymus wewnętrzny doświadczenia i spenetrowania sytuacji, wydarzenia, faktu i przekazania jego świadectwa innym ludziom. Ten imperatyw był niebywale silny; tak mocny, że nawet zapominał o ryzyku śmierci. Był świadkiem dwudziestu siedmiu rewolucji. Cztery razy groziło mu rozstrzelanie, zaś nikt zapewne nie zliczyłby przypadków, kiedy w taki czy inny sposób narażał się na nią. W pogrążonym w wojnie domowej Kongu wraz z dwójką czeskich dziennikarzy został aresztowany i skazany na śmierć, cudem uratowali go żołnierze ONZ. W jednej z książek („Wojna futbolowa”) opisał, co czuł, gdy następnego dnia miała nastąpić egzekucja.

      Zbierając materiał do swych książek, nie czynił notatek. Mawiał, że to, co powinno w nich się znaleźć, i tak zapamięta. Bo mocno przeżyje. To właśnie będzie najważniejsze, a ewentualne dane encyklopedyczne znajdzie w materiałach źródłowych. Był osobą o ogromnej wrażliwości, kiedyś zwierzył się, że jest jak różdżkarz – mocno nasiąka klimatami wydarzeń, sytuacji.

      Uczestnicząc w licznych spotkaniach z pisarzem, między innymi w kawiarni „Czytelnika” na Wiejskiej i w Klubie Księgarza przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, rzucała się w oczy jedna cecha: niebywała odpowiedzialność za słowo. Także za każdy ruch, gest. Na pytania zadawane z sali starał się odpowiadać jak najbardziej rzeczowo, komunikatywnie i wyczerpująco, i potrafił sprostać narzuconemu sobie zadaniu. W rozmowach prywatnych zaś wyczuwało się wyraźnie pewną nieśmiałość, swoiste zatrwożenie, subtelność. Niekiedy przyciszał głos, zwłaszcza chyba wówczas, gdy bał się, że może zostać nie do końca przez kogoś zrozumiany.

Na zdjęciu Ryszard Kapuściński przed Klubem Księgarza przy Rynku Starego Miasta w Warszawie, gdzie za chwilę spotka się z czytelnikami; lata już dziewięćdziesiąte.


Teodor Parnicki.
Największy współczesny polski pisarz historyczny. Jeśli czyta mnie dwa tysiące osób, to jest to dużo – tak mniej więcej zwierzył się Wojciechowi Wiśniewskiemu w trakcie jednego z wywiadów.

      Twórczość Parnickiego jest trudna i niebywale oryginalna. Uchodzi za najoryginalniejszą wersję polskiej powieści historycznej ubiegłego stulecia i jedną z najbardziej interesujących w skali światowej. Obejmuje prawie dwa tysiące lat dziejów ludzkości i cały niemal świat, choć punktem wyjścia, i głównym jej nurtem, jest cywilizacja śródziemnomorska, a cechuje ją specyficzna stylistyka i budowa zdania, tzw. styl laokoniasty. Jest różnica między jego opowiadaniami historycznymi, które napisał przed wojną, i na przykład debiutem powieściowym „Aecjuszem, ostatnim Rzymianinem”, a wszystkimi następnymi powieściami. Jedno zdanie wielokrotnie złożone, zajmuje nieraz dwie strony…

      Życiorys miał niebywale barwny. Urodził się w Berlinie, dzieciństwo i młodość spędził w Rosji, gdzie jego ojciec pracował jako inżynier. W 1918 roku zmarła jego matka, ojciec ożenił się po raz drugi, z młodą Rosjanką. Spowodowała ona umieszczenie Teodora w korpusie kadetów w Omsku, który po pewnym czasie przeniesiony został do Władywostoku. Mając dwanaście lat, Teodor, posługujący się na co dzień językiem rosyjskim lub niemieckim, uciekł do Harbinu, miasta położonego w północno-wschodnich Chinach. Z pomocą przyszła mu Polonia tego miasta, umieszczając chłopca w polskim Gimnazjum imienia Henryka Sienkiewicza. Z trudem opanowując język, mając piętnaście lat postanowił przyjechać do Polski i zostać polskim pisarzem. W 1928 roku podjął w kraju studia z dziedziny filologii polskiej, orientalistyki i anglistyki. Jako znawca wygłaszał na Uniwersytecie Lwowskim cykle wykładów o literaturze rosyjskiej. Debiutował w Harbinie 1928 artykułem o Sienkiewiczu i Aleksandrze Dumas (ojcu). W 1934 napisał pierwszą powieść historyczną Hrabia Julian i król Roderyk (wydana została w 1976 roku).  W latach II wojny światowej był attaché kulturalnym ambasady polskiej (rządu w Londynie) w Kujbyszewie, potem w Teheranie, Jerozolimie i w Anglii. Tuż po wojnie pracował w poselstwie polskim w Meksyku. Na stale powrócił do Polski w 1967 roku.

No, na tyle życiorysu.

Jak go odebrałem w trakcie zdjęć? Jako sympatycznego i bezpośredniego, spokojnego i wyważonego, zarazem naładowanego wewnętrzną energią ekspresyjnego człowieka.

W trakcie fotografowania w pewnym momencie przerwał rozmowę z koleżanką, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i powiedział:

Polubiłem pana.
– Dlaczego? – zapytałem zaskoczony.
– Bo jak byłem młody, to byłem taki sam nerwus jak pan. – zaśmiał się.

Rzeczywiście, w chwilach napięcia/naprężenia nerwy u mnie uzewnętrzniały się, teraz niekiedy też, choć z wiekiem w mniejszym stopniu. Ale gdy miałem dwadzieścia lat z hakiem, będąc w napięciu, ruchy stawały się, no, niezbyt skoordynowane.

Na fotografii Teodor Parnicki w swoim mieszkaniu przy ulicy Filtrowej w Warszawie, w trakcie wywiadu ze znaną dziennikarką, Urszulą Biełous; 1972 rok.


BUDOWNICTWO MIESZKANIOWE

Spójrz, Czytelniku, na następne zdjęcie (tym razem osiedlowe, choć samochód, i jego właściciel – „talonowy”? – też na nim widnieje).

Budynki mieszkalne, całe osiedla i blokowiska budowane były w zgodzie z niepisanym acz rzeczywistym postulatem, by klasa robotnicza miała MAŁO PRACY W TRAKCIE PRACY.

Zapewniała to budowlanym nie tyle zła organizacja pracy, co wielodniowe często przestoje, zwłaszcza, zdaje się, w dostawach cementu, a – bez niego ani rusz.

Wówczas w modzie było picie – cóż innego robić? 😉

Środowiska robotników budowlanych poznałem, myślę, dość dobrze. Po kilku tygodniach trzymiesięcznego okresu próbnego w arcyczerwonym tygodniku „Walka Młodych” pozbyto się mnie.

Dlaczego?

Ano posłuchajcie…

***

Na cotygodniowym zebraniu zespołu redakcyjnego niefrasobliwie powiedziałem, że socjalizm nie zda egzaminu, bo nie jest oparty na racjonalnym fundamencie ekonomicznym, i wszystko to wcześniej czy później runie. I wyraziłem przekonanie, że aby było sprawiedliwie, musi być stała, formalna i faktyczna kontrola społeczna. Uderzało to oczywiście w istotę systemu, który nie tolerował pluralizmu. Jesienią 1976 roku, po zajściach robotniczych w Ursusie, Radomiu i innych ośrodkach przemysłowych, i gdy powstawał KOR (dla tych, co nie wiedzą: Komitet Obrony Robotników) oraz gdy władza zaczęła się już trochę bać opinii społecznej i nieco poluzowała, zostałem zwerbowany z czasopism Instytutu Wydawniczego „Nasza Księgarnia”, w którym pracowałem, do jednego z popularnych tygodników młodzieżowych, jednak bardzo upolitycznionego. Zwerbował mnie starszy o kilkanaście lat fotoreporter o znanym już nazwisku oraz poglądach antykomunistycznych. Polityka była taka: obsadzano wtedy etaty dziennikarskie osobami o poglądach antykomunistycznych i postępowych, zmniejszając tym samym liczbę zatrudnionych osób-członków partii oraz współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Zarazem miałem być grzeczny, kłaniać się nisko pryncypałom, ale i tu przejawiałem podobne niedostosowanie, co w „Walce Młodych”, i co było moim błędem politycznym, jednak zabrano się za mnie ostrzej. W końcu nie byłem już na okresie próbnym i miałem kilkuletni staż pracy i bano się już mnie z redakcji wyrzucić (co wówczas dla mnie byłoby mniejszym złem, bo i tak łatwo mógłbym się utrzymać ze współpracy z prasą), by nie powstał szum w środowisku dziennikarskim, i chyba nie tylko w nim.

Nagłaśniano więc o mej skromnej osobie dziwne rzeczy, by wreszcie, po około dwóch latach, dokonać nagonki. Nowoprzybyły następny redaktor naczelny wydał mi polecenie pojechania na daleką wieś w Lubelskie i sfotografowania… wylatujących z ula pszczół w pasiece wskazanego mi jednego z mieszkańców. Niczego lepszego mój świeżo upieczony pryncypał, który teraz wali kasę na handlu prasą, nie wymyślił. Pszczół nie sfotografowałem, odmówiłem wyjazdu, życie mi miłe, i tenże wyrzucił mnie za, wedle kodeksu pracy, „ciężkie przewinienia”. Dyrektor wydawnictwa zaś, które wydawało to między innymi czasopismo, bo do niego niezwłocznie się udałem, cofnął następnego dnia decyzję, przywracając mi prawa pracownicze.

Jednakowoż towarzystwo mi się znudziło i po około miesiącu uciekłem z redakcji. Nagonka ta więc, ani następna, która miała miejsce, gdy runął socjalizm i współwłaściciele Peerelu (czytaj tu: kierownicy redakcji kilku czasopism jednego z wydawnictw) byli już na wylocie i chcieli, abym i ja padł, okazała się być nieudana, nieskuteczna, zdemaskowana, obśmiana też przez myślącą i odważniejszą część dziennikarzy, choć – nie ukrywam – kosztowały mnie obydwie akcje trochę nerwów. Bardziej nieprzyjemne były represje Służby Bezpieczeństwa w postaci permanentnego zaszczuwania plotkami i wytwarzania wokół mnie próżni. W pewnym momencie plotki, nazwijmy je, psychopatologiczne, których SB nie skąpiła, widać, nie starczyły, i puszczono w obieg środowiskowy następną, i ostatnią.  że cierpię na… schizofrenię bezobjawową. Kamień z serca mi spadł, bo aktem tym ostatecznie utwierdzono mnie w przekonaniu, że jestem psychicznie zdrowy jak byk: wiadomo było, że tę bzdurę wymyślono na wschodzie, by stosować ją w odniesieniu do osób, co do stanu psychicznego których nikt nie mógł nawet odrobinę się przyczepić.

Tak,
stąd ów katar bezkataralny.
Przepraszam: grypa bezobjawowa.
Nogi złamanie rzekome ;).
Ból zęba utajony :D.

Tym bardziej nagłaśnianie przez konfidentów rzeczy, które płodziły mózgi oficerów SB na mój temat, ani nie doprowadziły do myśli samobójczych, ani nie popadłem w alkoholizm, co niestety było udziałem niejednej ofiary systemu. Myślałem przede wszystkim o czytelniku, dla niego pracowałem, a nie dla awansów, „znaczenia” i pieniędzy, a wilczego biletu mi nie zaaplikowano, więc byłem przez kilka lat aktywnym freelancerem. Sympatia dla ludzi, chęć dawania, postawa prospołeczna, którą wyniosłem z domu rodzinnego – zwłaszcza wynikiem atmosfery, jaka tworzył ojciec i jego wychowania – a wałczył już przed wojną o sprawiedliwość, zaś w kilkanaście lat po wojnie odsunięto go od wszelkich stanowisk – chroniła mnie przez lata, a Sierpień ’80. zagrzał mnie jeszcze bardziej do sprzeniewierzania się niesprawiedliwości i walki z upokorzeniem i pogardą (bo bunty robotnicze były nade wszystko walką z nimi). Piszę więc o tym, co było, i mam się skromnie acz nieźle, gdyż mogę bez poczucia winy spojrzeć w lustro, mając świadomość moralnej wygranej, a to najważniejsze. Nie mówię tego z pychy. Mówię o tym – bo po cóż miałbym skrywać..?

Cechą realnego socjalizmu, czy – jak się powszechnie mówi – komuny, w tym dekady gierkowskiej, były więc represje za wszelką nieprawomyślność. Za każde wręcz „wychylenie się”. Także na przykład, co ważne, przejawianie „zbyt dużej” inicjatywy, włącznie z myślą twórczą w różnych dziedzinach, i humanistycznych, i technicznych. Wiele osób obdarzonych inwencją i pragnących wdrażać w życie nowe rozwiązania i upowszechniać nową myśl, niszczono. To określenie nie jest – wierz mi, Czytelniku – na wyrost. Ludzie tacy byli dla systemu totalitarnego niewygodni, nawet groźni: bo to MY rządzimy, ustanawiamy reguły gry i niech nikt się nie wtrąca! Jeśli więc, ktoś „się wychyla”, często jest traktowany jak intruz, i należy albo go uciszyć, albo go się pozbyć. Zresztą to oczywiste.

***

Ale do rzeczy. Powiedziałem za dużo, wyrobiłem sobie papiery, i przez rok byłem pracownikiem w charakterze instruktora fotograficznego w Przedsiębiorstwie Usług Socjalnych Budownictwa Warszawa. W czterech w sumie hotelach robotniczych, bo takie wtedy były; nie to, co dziś. Tak, i lecznictwo darmowe, i wczasy pracownicze, i imprezy różnorakie, rekreacyjne, kulturalne – wszystko to socjalizmowi przyznajemy, bo istniało, i basta.

W jednym z hoteli natknąłem się na młodego bardzo, niewinnie skromnego, niskiego wzrostem i jąkającego się chłopaka z jakiejś zabitej dechami wsi, nie pamiętam, gdzieś może z Rzeszowskiego czy Bialostockiego. Nie chciał pić, chciał pracować. Nie było to w dobrym tonie, gdyż na budowie – tej i setkach innych – pracowało się na ogół leniwie. Kult małorobienia, i „walenia” gorzały, były oczywiście dla robotników upokarzające –nieróbstwo przecież nie pracowitość frustrują ludzi. A frustracja zawsze prowadzi do agresji (i autoagresji, jak chlanie wódy). Zrobiono więc z niego tego, kogo nie lubili najbardziej – kapusia, esbeka. Chłopiec załamał się i trafił do kliniki psychiatrycznej na ulicę Nowowiejską. Po powrocie na budowę chodził na kółko fotograficzne, które prowadziłem, i często czekał, aż koledzy wyjdą już z pracowni, by powrócić do tego tematu, zwierzyć się, wyżalić, spotkać ze zrozumieniem.

Takie to były realia.

[…]

cdn

[w numerze 2(12)]

Tags:

18 komentarzy

  • Wydaje mi się, że ustęp o Kapuścińskim jest przepisany skadś.
    W każdym razie – te mrożące krew w żyłach historie, jak to Kapuściński był prawie rozstrzeliwany, podpalany itd były wielokrotnie kwestionowane. I chyba są tylko częścią legendy…

    • Wydaje mi się, drogi czytelniku, ze kiedy się stawia zarzut autorowi oryginalnego tekstu, ze jakis passus jest skądś przepisany (zatem plagiat), to stawiac się go powinno mając na to konretne dowody. W innym wypadku taka opinia zakrawa na potwarz, o którą w rzekomo anonimowym internecie łatwiej, niż w realnej rzeczywistości. W związku z tym – ja na swój prywatny uzytek uznaję – że to dowcip, i to nie tylko dlatego, ze „wydaje mi się” z wagą decydującą to w Polsce tylko śp. Kazimierz Górski mawiał.
      W kwestii drugiej – jeden Domosławski „wiosny” nie czyni;) nadto chciałbym zwrócic uwagę, że Autor „Konia” nie prezentuje tutaj podręcznika historii PRL, ale swoją sentymentalna wizję tamtych czasów.

      • Oczywiscie, zadnego plagiatu nie popelnilem. Nie lezy to w moim „usposobieniu”. Sam bym mial w takim przypadku pretensje do siebie. Dziekuje, Yarre.

    • Szanowny Panie Ems!

      Czuję się w przykrym obowiązku przypomnieć Panu, iż jedną z podstawowych zasad netykiety jest odnoszenie się we własnych wypowiedziach do tekstów, bądź komentarzy, nie zaś ich twórców in personam. Jestem święcie przekonany, że wśród Czytelników Netkultury znalazłoby się pokaźne grono osób zainteresowanych Pańskimi poglądami nt. twórczości śp. Ryszarda Kapuścińskiego. Niemniej, jako członek Redakcji tego periodyku, jestem zmuszony chronić wszystkich naszych Czytelników. Także – przede wszystkim! – tych, którym agresja Pańskiego ostatniego, a nie zatwierdzonego komentarza, poszłaby zapewne wyraźnie nie w smak.

      Z prawdziwą radością poczytamy Pana w spokojniejszej formie.

      Pozdrawiam!
      Zygmunt M. Pawłowicz.

  • Och, nie sądzę, żeby _moje_ poglądy byłyby aż tak interesujące dla bezkrytycznych czytelników.
    Natomiast zablokowanie mojej odpowiedzi odbieram jako bezsensowną cenzurę. Zwłaszcza że odnosiłem się do konkretnego tekstu tu zamieszczonego, a nie ad personam.
    No cóż pozwolę sobie w takim razie opublikować tę opinię gdzie indziej. Z opisem zajścia.

    • Cóż, wypada chyba jedynie podziękować za chęć reklamowania naszej strony jako miejsca, gdzie dba się o kulturę wypowiedzi. Pańskie zdanie od „zwłaszcza” do „personam” najzwyczajniej w świecie mija się z prawdą. Upraszam o wybaczenie, ale Pana opinia nt. sensowności cenzury na Netkulturze nie może, niestety, być dla mnie wiążąca. Co zaś się tyczy „bezkrytycznych czytelników” – ani słowem o nich nie wspomniałem. Nie znam takich.

      Kłaniam się.
      z.

    • No, no, no, toś mi waść dołożył;) Też czytam netkulturę (i na tym nie kończę przygody czytelniczej), znaczy „bezkrytyczna czytelniczka” ze mnie z definicji. No, no, no!

      • Droga Pani Majko!

        Czytelnikami Netkultura stoi. Śmiem twierdzić, że to właśnie Państwa krytycyzm, którego nie chciał dostrzec Pan Ems, w głównej mierze motywuje nas do działania. Niemniej, chciałbym zaproponować, abyśmy już do rewelacji pana Emsa nie powracali. Jest to prośba skierowana tak do Pani, jak i do wszystkich naszych Czytelników.

        Dajmy już temu pokój. Pan Ems doskonale sobie radzi rozlewając swe żale gdzie indziej, a dzieło p. Barchacza zasługuje w końcu na więcej, niźli oczywistej przecież treści dysputy o netykiecie:)

        Pozdrawiam!
        z.

  • A mnie tu zaciekawia sprawa trwałości negatywów. Czy z nich, czterdziestoletnich, w tym archiwum mają pożytek? Czy można teraz zrobić takie odbitki jak dawniej?
    No, żeby ziarna większego nie było itp. A i żeby cokolwiek było widać?
    Czy można „konserwować” stare klisze?

  • Do Z-M-P
    Coz za idiotyczna ksywka, nawiasem mowiac – czy Pan za komuny nie pracowal przypadkiem w cenzurze? Wpadlem znowu przypadkiem i widze ze znowu naduzywa Pan swojej pozycji. No coz, nie pozostaje nic innego, jak znowu wyzalic sie ‚w innych miejscach’, opisujac Panskie metody dzialania. Na szczescie internet (poza niekorymi miejscami, np. netkultura) nie lubi cenzury. Oj, nie lubi. Uklony…

    • Run, Forrest, run…

    • 🙂

      Jakkolwiek pańskie zdanie nt. moich inicjałów, przebiegu kariery zawodowej i sposobu działania w Netkulturze wydaje mi się mało interesujące, po raz kolejny czuję się w obowiązku wyrazić wdzięczność za pański nieokiełznany zapał w promowaniu naszego Magazynu. Całe szczęście, że przypadki chodzą po ludziach i jeden z nich ponownie pana do nas zagonił.

      Niemniej, muszę zauważyć, że ani o mnie, ani o pańskich żalach w książce p. Barchacza ani słowa. Upraszam zatem ponownie (i chyba ostatecznie), aby zaczął pan komentować publikowane u nas teksty, nie własne rojenia i frustracje. W przeciwnym razie z (sic) żalem będziemy zmuszeni pana stąd wyprosić.

      pees.
      Niniejszym proszę – jak zwykle w takich przypadkach – wszystkich Czytelników o powstrzymanie się od wypowiedzi w tym temacie.

  • Drogi Z-M-P,
    Alez oczywiscie, moze sobie Pan wypisywac tutaj cokolwiek Pan sobie zazyczy. Ale to zaklinanie zaklinanie rzeczywistosci (charaterystyczne dla PRLowej tzw. nomenkltury) naprawde niczego nie zmienia. Ja z kolei moge pisac bez przeszkod to co ja sadze o Panu w innych miejscach internetu. I zapewniam Pana ze nie jest to ‚dobra reklama’ dla Netkultury.
    Uklony
    Ems

    • No cóż, wypada jedynie podziękować za informację. Pozwoli Pan, że zastosujemy naszą ulubioną cenzurę – autocenzurę wynikającą z reguł dobrego wychowania i szacunku dla rozmówcy i nie będziemy już podejmować dyskusji w tej sprawie. Określił Pan jasno swoje stanowisko w sposób jawny dla pozostałych Czytelników Netkultury, ma Pan prawo do swoich ocen i prezentowania ich gdziekolwiek Pan zechce, pozwoli Pan jednak, że skoncentrujemy się już na innych sprawach. Jest mnóstwo znacznie bardziej ciekawych /i coraz ciekawszych/ rzeczy w Netkulturze ku którym, jak podejrzewam, chcieliby się zwrócić Czytelnicy i Redakcja. Dlatego też prosimy o zakończenie tego wątku i raczej nie będziemy już publikować komentarzy w tej sprawie.

      Z wyrazami szacunku

      Jacek Rojewski

  • czy zeczywiscie kazdy niezarejestrowany moze to wejsc i wpisac jakiekolwiek glupoty???Widocznie tak.

    Ta ksizka jest wspaniala
    ta ksiazka to chlam

    Autor to geniusz
    Autor to Ubek

    Do admina netkultura.pl, obowiazkiem hosta jest odpowiednie kierowanie dyskusja a nie pozwolenie na dowolne zejscia z tematu. Kierowanie dyskusja moze rowniez znaczyc zablokowanie komentarzy albo uprzedni „Aproval”.

    „Zdrowa” cenzura jest wrecz wymagana do czystosci przekazu, posty typu „ktos cos powiedzial lub sie czegos domysla” nie wprowadzaja nic i powinny byc skasowane.

Zostaw odpowiedź do Hufnagiel