Koniory: Puchar Świata 2011 – wątpliwości kibica.
Puchar Świata 2011 rozgrywany w Japonii przeszedł do historii. Cel został osiągnięty – awans na igrzyska w Londynie stał się faktem. Drugie miejsce w końcowym układzie tabeli cieszy i zarazem wywołuje, powiedzmy, uczucie lekkiego niedosytu. O ile przed turniejem liczne grono ekspertów, jak i kibiców ostrożnie mierzyło potencjał naszej reprezentacji, o tyle w trakcie samego już turnieju apetyt rósł w miarę jedzenia. Jedyna, nieplanowana porażka z Iranem nie zachwiała wiary w naszą reprezentację, gdyż ta pozbierawszy się natychmiast w następnym już meczu udowodniła, że było to zaledwie potknięcie na wyboistej – rządzącej się swoimi prawami, turniejowej drodze. Na trzy mecze przed końcem całego turnieju głośno i odważnie mówiło się nie tylko o awansie na igrzyska, ale i nawet zdobyciu Pucharu Świata. Jak najbardziej słuszna korekta pierwotnego planu – chęć zgarnięcia całej puli w istocie okaże się zalążkiem moich tutaj przedstawionych wątpliwości. Pojedynek z Włoskimi siatkarzami pokazał, że ostatnia i zarazem najtrudniejsza faza turnieju będzie obfitować w nieoczekiwane zwroty sytuacji. Psychika oraz fizyczne zmęczenie wyraźnie zaczynały kreślić swoją odrębną kartę w historii turnieju. Ostatnie dwa mecze – z Brazylią oraz Rosją – dobitnie tylko potwierdziły taki stan rzeczy. Czy tylko to, czy może jeszcze coś dodatkowego, zgoła innego sprawiło, że gra naszych siatkarzy przypominała zabawę na dobrze działającej huśtawce (?!). Zapewne nikt teraz i nie wiem, czy kiedykolwiek będzie w stanie odpowiedzieć na takie i podobne pytania. Warto jednak spróbować, choćby tylko dla samej zasady postarać się przeniknąć w toczące się wydarzenia. Gdy wojsko nie zwycięża, albo też zwycięża ponosząc zbyt dużo nieoczekiwanych strat pierwszą osobą, którą stawia się w ogniu krzyżowych pytań jest bez wątpienia generał. Andrea Anastasi w swojej trenerskiej karierze nie może narzekać na brak spektakularnych sukcesów. O ile dobry wynik, bądź też osiągnięcie wyznaczonego z góry celu, bronią każdego trenera, o tyle towarzyszące temu okoliczności mogą, a nawet powinny dostać się pod wnikliwą lupę chłodnej analizy. Oczywiście jest jeszcze sporo za wcześnie na chłodną i konstruktywną ocenę. Jednakże, mnie osobiście, pewne, powiedzmy personalne roszady i niejasne posunięcia naszego trenera – zarówno podczas trzech ostatnich, kluczowych pojedynków z udziałem naszych siatkarzy, jak i w przekroju całego turnieju – niepokoją i zarazem prowokują do wyrażenia, co najmniej wątpliwości. Na wstępie jednak zadam sobie pytanie, czy moja skromna osoba w postaci kibica ma prawo w ogóle mieć jakiekolwiek wątpliwości w obliczu tak znakomitej trenerskiej persony, jak Andrea Anastasi. Oczywiście, że każdy z nas ma takie prawo, ale pod jednym warunkiem – jeżeli tylko wątpliwości przychodzą niejako automatycznie, na skutek dość sporej porcji niejasnych, że tak powiem w tym przypadku trenerskich manewrów.
Trzy ostatnie mecze Pucharu Świata z udziałem Polskiej drużyny dały nam dość solidny obraz aktualnie panującej na świecie, siatkarskiej rzeczywistości. Trzy ostatnie mecze zrodziły i również wiele pytań w głowie zwykłego kibica siatkówki. Oto niektóre z nich: w jakim tak naprawdę miejscu – pod względem siły gry – znajduje się reprezentacja Polski. Następnie; Jaką drogą zmierza trener Anastasi? Następnie; jakich zawodników i dlaczego faworyzuje trener Anastasi? I wreszcie; czy niektóre decyzje trenera można bezkrytycznie zaakceptować – biorąc oczywiście za punkt wyjścia istotę rzeczy, czyli pytanie zasadnicze – czy nasi siatkarze wykorzystali wszystkie swoje atuty? Większość z tych pytań ma wspólny fundament, ściśle związany z personalnym ustawieniem wyjściowego składu biało-czerwonych podczas trwania tegorocznego Pucharu Świata. Przejdźmy zatem od razu i bezpośrednio do osoby Pawła Zagumnego, jako, że tutaj się kryje – jak dla mnie – wiele nie do końca zrozumiałych faktów. Dlaczego – będący ostatnio w szczytowej formie lider drużyny z Kędzierzyna Koźle nie otrzymał od trenera Anastasiego wystarczającego mandatu zaufania? Oczywiście, Łukasz Żygadło, jak najbardziej i nie raz potwierdził swoją niewątpliwą klasę. Nic jednak nie zastąpi regularnego grania w klubie, a tutaj doskonale wszyscy wiemy, kto jest zawodnikiem numer jeden. Siła gry Pawła Zagumnego leży w kreowaniu gry, a co za tym idzie kombinacyjnemu urozmaiceniu z akcentem na grę środkiem poprzez min. tzw. krótką piłkę. Tutaj bezsprzecznym argumentem jest choćby pokaz klubowej współpracy w duecie z Patrykiem Czarnowskim. Łukasz Żygadło natomiast dość często się zdarza, że pomija środek ataku na rzecz skrzydeł. Wynika to z tendencji Łukasza ku uproszczeniu gry. Brak odpowiedniej kreatywności, bo o tym przecież mowa, jest w przypadku Łukasza dość powszechnym i znanym zjawiskiem. Zapewne ma swoje korzenie i również poprzez 'Itas Diatec Trentino’, gdzie Łukasz występuję już od wielu lat, gdzie super skrzydłowi bombardierzy, jak Matej Kazijski oraz Jan Stochr pozwalają na grę z pominięciem środka. W przypadku naszej reprezentacji każda inna taktyka, sprowadzająca grę kombinacyjną do minimum, bądź też schematu – automatycznie wiąże się z utratą wielu atutów. Pozostanie więc dla mnie zagadką brak Pawła Zagumnego np. w podstawowym składzie w arcyważnym meczu z Włochami. Zresztą, w każdym z trzech ostatnich meczów (i nie tylko) – zauważmy – zaczynał Zygadło, a kończył Zagumny. Czyżby więc trener w ten oto sposób przyznał się do swojego, jednakże błędu(?!) Zapewne, my kibice, jako że daleko od centrum wydarzeń nie znamy i również wielu istotnych faktów. Osoba Patryka Czarnowskiego, a właściwie to jej brak skłania do różnego rodzaju refleksji. Rozumiem, trener postawił na Marcina Możdżonka oraz Piotra Nowakowskiego. W tym składzie formacja środka okazała się być mocną i basta. Dlaczego jednak wcześniej swoją szansę otrzymał, jakby nie było debiutant, Łukasz Wiśniewski. Gdy tym czasem sprawdzony w niejednym boju Patryk Czarnowski oglądał mecz z wysokości trybun. Tym bardziej, że sam trener w jednym z wywiadów zaraz po ustaleniu osobowego składu kadry na Puchar Świata, wypowiadając się o nominacji – Czarnowskiego stwierdził, jak to już od dawna „polował” na osobę środkowego Zaksy Kędzierzyn Koźle. Być może taki stan rzeczy ma swoje bezpośrednie powiązanie z osobą, usuniętego w cień Łukasza Żygadło Pawła Zagumnego. Świetnie sobie poczynający w plus lidze duet, Zagumny – Czarnowski w niełasce u trenera Anastasiego(?!). Wiele na to wskazuje, ale i też niekoniecznie należy wyciągać aż tak daleko posunięte i wyrafinowane wnioski.
Zbigniew Bartman i Kuba Jarosz. Ten pierwszy, nad wyraz faworyzowany, a w konsekwencji przetrzymywany na parkiecie do absolutnego wyczerpania limitu nieudanych akcji — choć Kuba Jarosz już nie raz udowodnił swoją świetną grą, jak bardzo pożytecznym i skutecznym potrafi być zawodnikiem. Dlaczego więc trener Anastasi tak często zwlekał i dopiero, gdy nóż na gardle sięgał po Jarosza. Czy Kuba Jarosz nie zasłużył sobie na coś więcej, jak tylko rola zmiennika – zbyt często, szczególnie w krytycznych momentach nieskutecznego Zbyszka Bartmana. Warto teraz – nie tylko w kontekście – zatrzymać się i omówić sam aspekt zmiany zawodnika. Oczywiście, doskonale wszyscy wiemy – piłka siatkowa, to nie piłka nożna, gdzie zmiana jest trwałym i nieodwracalnym zjawiskiem. Nie rzutuje to jednak na ogólnie pojętą definicję słowa „zmiana” i wynikających z tego tytułu – subtelnych okoliczności. Nie można przecież nie doceniać priorytetów, które to kryją się za każdą zmianą gracza. Tak też z punktu widzenia psychiki samego zawodnika każdy, nawet najmniejszy awans w hierarchii drużyny może nad wyraz wzmocnić, jak i również osłabić rzeczywistą wartość danego siatkarza, a w konsekwencji drużyny. Tutaj więc trener powinien mieć na uwadze nie tylko sensu stricto sportowy potencjał, ale i ten ludzki, o wiele bardziej złożony i często oparty jedynie na intuicyjnych przesłankach.
Bartosz Kurek, czyli potęga w ataku oraz problemy w polu zagrywki. Dając Bartoszowi nie kończące się zielone światło w polu zagrywki trzeba mieć stalowe nerwy tudzież wiarę w trafienie głównej wygranej godną wytrawnego hazardzisty. Zapewne, zarówno pierwsza, jak i druga cecha nie są obce – nie tylko Anastasiemu – ale i wszystkim szkoleniowcom, jak dotąd prowadzącym młodego siatkarza Skry Bełchatów. Michał Ruciak. Mówiąc przewrotnie – siatkarz, który nie zawodzi, ale i również nie zawsze dostaje swoja szansę, gdy pozostała część drużyny zawodzi. Wypada tylko pogratulować Trenerowi Anastasiemu, że wyciągnął wnioski z nieudanego, półfinałowego meczu podczas ostatnich ME z Włochami i tym razem czujnie sięgnął po Ruciaka w meczu również z drużyną z Włoch. Podobnych, niejasnych okoliczności – nie raz graniczących z przypadkiem – jak dla mnie, jest o wiele za dużo, jak na ten jeden turniej. Oczywiście, daleki jestem tu i teraz od krytyki naszego trenera. Chciałbym jedynie – poprzez tych kilka słów – wyrazić swoje obawy odnośnie dalszego w perspektywie igrzysk kreowania drużyny. Gdzie w walce o najwyższe cele, jak to jaskrawo pokazały trzy ostanie mecze Pucharu Świata z udziałem biało-czerwonych, będzie decydować każdy, nawet ten najmniejszy szczegół boiskowej rzeczywistości. Póki co, dobre wyniki naszej reprezentacji poparte wykonaniem, powiedzmy, jednak planu minimum bronią trenera Anastasiego i niech tak zostanie. Jednakże, zarówno niedosyt, jak i niesmak szczególnie po ostatniej fazie turnieju pozostał. Zarówno teraz, jak i podczas MŚ 2006 w Japonii – plan minimum został wykonany. Jesteśmy na podium. Do maksimum, niestety, ale znowu tego czegoś zabrakło. Osobiście mam nieodparte wrażenie, że będąc mentalnie oraz fizycznie znakomicie do tego turnieju przygotowanym teamem, nie wykorzystaliśmy wszelkich realnych – kryjących się w potencjale poszczególnych zawodników – atutów.
Koniory
http://koniory.blog.onet.pl/




02:10
No nareszcie coś słodko-gorzkiego zamiast samych peanów. Wątpliwości są, bo byc powinny. Ja mam zresztą jeszcze większe (niewiele większe) i w nieco innych kwestiach. Troszkę się też nie zgadzam w jednym elemencie oceny pary Guma-Żygadło. Nie zmienia o jenak faktu, że nie wszystko złoto, co się w tym naszym srebrze świeci. Warto czasem trochę zinej wody wylać, co autor z sensem uczynił – brawo.
00:17
Dziękuję za miłe słowo. Oczywiście, przedstawione przeze mnie wątpliwości absolutnie nie wyczerpują istoty tematu. Tak prawdę powiedziawszy są tylko i wyłącznie wstępem, bądź też zalążkiem tematu. Przeplatając wątek personalny – niektórych naszych siatkarzy z wątkiem natury psychologicznej, a dokładniej – psychologii sztuki walki – przede wszystkim chciałem otworzyć drzwi dla głębszej myśli. Mentalność naszych gwiazd, jak i również ogólnie – całej drużyny – wciąż nie jest ukształtowana na miarę mistrzostwa. Jak to pokazała końcówka PŚ nadal znajdujemy się na etapie MŚ z Japonii w 2006r., gdzie po osiągnięciu finału zarówno trener Lozano, jak i nasi zawodnicy wykazali się kompletnym brakiem profesjonalizmu. Zarówno wtedy, jak i teraz – dysponowaliśmy, jako sportowa drużyna, wystarczającym do osiągnięcia mistrzostwa potencjałem. Czego więc zabrakło? Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku daliśmy się przyłapać, że tak powiem na psychologicznym wykroku w drodze na najwyższy stopień podium. Ulegliśmy – nie przeciwnikowi, ale własnej słabości. Weźmy mecz z tegorocznego Pucharu Świata z Brazylią — gdyby do trzeciego miejsca potrzebny był nam jeden mały punkcik – to co wtedy? Zdobywamy ten jeden mały punkcik i przegrywamy cały mecz stosunkiem setów 0 – 3 (1:25), (0:25) i (0:25). Parodia? Nie! Tylko i wyłącznie jaskrawo podana wypadkowa gry naszej drużyny. Najwybitniejszy trener ostatniej dekady, Rezende – powiedział: Sukces usypia! Dlatego moi siatkarze po każdym sukcesie już na drugi dzień meldują się na boisku i przystępują z jeszcze większą energią do kolejnych treningów. To moja w tym głowa, jak wykrzesać z nich motywację – dodał trener Brazylii. Ale przecież nie z nami takie numery! Tylko ŚP Wagner był w stanie naszą mentalność po sukcesie poskładać do kupy i nadać właściwy rytm. Anastasi – nie można powiedzieć – zrobił wiele dobrego, ale ja osobiście dostrzegam tutaj bardziej rolę przypadku niż trenerskiej, twardej i konsekwentnej ręki. Anastasi idzie z rozpędu i jak dotąd dobrze się toczy. Ma swoją wizję drużyny i tego się trzyma. Zdobyte po kolei medale na ME, LŚ i PŚ – wszystkie brązowe – są jego argumentem. Jednak na ME pokpił sprawę w półfinałowym meczu z Włochami. Ruciak grzał ławę, choć był w formie, choć Kurek był ewidentnie słaby. To był przejaw – niestety, ale ignorancji – trenerskiej ślepej wiary w reaktywację pupilka. Następnie – PŚ Japonia. Zbyszek Bartman – kolejny przykład trenerskie ślepej wiary w kolejnego pupilka. Nie boję się tego powiedzieć, ale Zbyszek ewidentnie zawalił nam wiele, bardzo wiele końcówek w poszczególnych setach. Jakie były tego konsekwencje – tak naprawdę oczywiście nie wiemy. Możemy się jedynie domyślać. Zbyszek nie radzi sobie z emocjami tudzież własną ambicją. Mówiąc potocznie – Zbyszek się spala. Zbyszek płonie, a Anastasi nie reaguje. Żygadło – Zagumny. Tutaj rzeczywiście można dyskutować. Jest dla mnie tajemnicą postawa Łukasza, jak i Pawła. Można wiele gdybać odnośnie ich gry oraz przydatności pod kątem zespołu, bądź też trenerskiej koncepcji. Jednakże nie zmienia to faktu, że Łukasz został przez Anastasiego wyraźnie namaszczony. Bez względu na wszystko. Nie będę dalej się rozpisywał aż nadto, bo i przecież miało być jedynie w formie komentarza, a właściwie to odpowiedzi na Twój komentarz. Jeszcze raz dziękuję za miłe słowo i serdecznie pozdrawiam.
10:45
Że też mnie podkusiło, żeby skomentować ten tekst… Następnym razem dam sobie po paluchach i to zdrowo. Dostałem w odpowiedzi rekomentarz, który karze mi wyrzucić do kosza prawie skończony już felieton „Wątpliwości ciąg inny…”. Psiakość.;) Trudno(((
To w takim razie tutaj kilka uwag z mojej strony i będziemy mieli temat „odfajkowany”.
Guma-Łukasz
Moja optyka jest o tyle inna, że jednak mimo iż faktycznie trzy ostatnie mecze zaczynaliśmy z Łukaszem a kończyliśmy z Gumą, to argumentem za tym ostatnim nie może być to, że ponieśliśmy dwie porażki. Co gorsza – to co niezbędne z Brazylią „ugrał” Łukasz, a końcówkę ”zawalił” Guma. Cudzysłowy stąd, że zawaliła cała drużyna. Identycznie z Rosją – przy 14-9 zamiast grac na zmanierowanego Kurka (no, niestety, nie lubię faceta) trzeba było powtórzyć z Możdżonkiem, bo jeden blok na nim to przecież był wypadek przy pracy (albo pokusić się o jedną kiwkę – była taka możliwość przy 14-12). Mam wrażenie, ze Paweł się zagotował. Czy był to efekt utraty pewności w wyniku zrównania go z Łukaszem? Nie wiem. Miejmy nadzieję, że jest tak, jak mówił młody Wagner – Paweł bez fochów tę zmianę przyjmuje.
A co do Łukasza… Za Castellanim powinno się wysłać list gończy za to, że ma MŚ zamiast niego zabrał sympatycznego (i nic poza tym) Woickiego (jako nr 2) i rzemiochę Łomacza, który toporniejszy jest od Łukasza nawet bez formy. Za to powinien pupil Bełchatowa i Polsatu (do czasu) iść siedzieć;) [a poza tym, to Łukasz jednak we Włoszech dośc sporo gra, tam się aż tak jak u nas nie eksploatuje zawodników, choć pozory są inne – vide wykończenie Świdra]. A na koniec tego wątku – będę się upierał, że zamiast Łukasza trzeba ogrywac do bólu młodego Drzyzgę, który – w odróżnieniu od Łukasza – ma tę dozę szaleństwa a la Grbic (znaj proporcje, Mocium Panie) i talentem za wiele młodemu Gumie nie ustępuje.
Czarnowski – zgoda. Ale nie co do diagnozy przyczyn. Pamięta Anastasiego z innych czasów i jakoś mi nie po drodze ze stwierdzeniem, że ma pupilków. Mogę się mylić.
Bartman-Jarosz
Jak by nie było, to wariant Grusza poza kadrą (przy całej mojej wielkiej sympatii dla niego) to wielki krok naprzód. Całe zawirowanie moim zdaniem wzięło się z tego, że Kuba miał beznadziejny sezon ligowy. Gdyby nie to, to grałaby jako jedynka, a Bartman byłby próbowany jako zmiennik (tak zresztą kiedyś trener stwierdził). Nie zmienia to faktu, że po kontuzji Zbyszka to Jarosz (w moim przekonaniu) powinien grac i grać… Niestety – presja wyniku na ME i LŚ okazałą się za wielka i postawiono na kopletnie niegotowego Gruszkę. Przy okazji – czy to nie swego rodzaju kompromitacja, że taka potęga jak my na pozycji atakującego kadry ma albo strażaka-ćwierćemeryta, albo przestawianego Bartmana albo chimerycznego Kubę? Gdzie są inni? Gdzie ten wspaniały system szkolenia, o którym bredzi Mazur? Żeby od 2006 nie dochować się atakującego z prawdziwego zdarzenia…
Jarosz – tak! Ale niech go ci Włosi podszkolą i mentalnie poustawiają, to będzie dobrze i – jednak! – stawiałbym wówczas na to, że – tu się rozmijamy – Anastasi aż ta się do nazwisk nie przywiązuje.
Teza, że mentalnie jesteśmy w tym samym miejscu co przed w finale MŚ 2006 – niestety, jest absolutnie słuszna. Powiem więcej – zrobiliśmy w PŚ kilka wielkich kroków wstecz. Można było ograć Brazylię? (co z tego, że zastanawiająco słabą) Można było i udało się przegrać. Można było ograć Rosję podtrzymując przekonanie, że potrafimy im wybijać zwycięstwa z głowy? Można było. Szkoda słów. Teraz w głowach będzie siedziało, że umiemy z nimi przegrać nawet kiedy wystawią rezerwy, a Alechna usiądzie na krzesełku (coś niepojętego).
Co jeszcze? Porażki z Iranem nie odróżniam od przegranych w dwóch ostatnich meczach. Jeśli odrzucimy bowiem spiskowe teorie, że z Brazylią przegraliśmy by Włochom zapewnić udział w eliminacjach, czyli bicie się z Serbami i Bułgariami o Londyn, to wszystkie trzy porażki bardzo źle świadczą psyche naszej drużyny. Oto bowiem oddaliśmy pole w trzech meczach, które mieliśmy wygrane. Dwa ostatnie na boisku, a ten pierwszy na papierze. Pomijając już, że skutecznie zaciemniająca obraz układu sił w siatkówce LŚ serwująca do znudzenia wciąż tak samo nieskutecznych Japończyków, stojących w miejscu Koreańczyków wraz z cofającymi się w zastraszającym tempie Chińczykami – kazała nam lekceważyć Iran. Dobrze, kibic mógł. Ale jak mogła drużyna? Kryzys typowy dla tak wyczerpującego turnieju? Niech będzie. Ale skoro – jak wszyscy chyba twierdzili – mieliśmy najdłuższą ławkę ze wszystkich, powinna ona starczyć na Iran z naddatkiem. nie wystarczyła. A powinien być to mecz oddechu dla Winiarskiego, jednak Kurka, może Możdżonka. Nie był. Co ciekawe, nasi medialni eksperci dość szybko przestali się tą sprawą interesować, a szkoda wielka. Chciałbym przypomnieć, że w LŚ udawało nam się już przegrywać z Egiptem a w innych rozgrywkach z Portugalią.
Nadto – niestety – nasza gra wciąż (z braku armat) oparta jest na przyjęciu i obronie (słabszej niż za Castellaniego). Zacznie przeciwnikowi wchodzić zagrywka, spadnie przyjęcie? Leżymy.
A ta na koniec: mylę się przeczuwając, że grałeś ta ciut przynajmniej inaczej niż amatorsko w szkole;)?
I oczywiście – szczęśliwego siatkarskiego Nowego Roku (nie Opaniach mówię, bo ta degrengolada sięgnęła albo dna, albo Playboya – jak kto woli).
pozdrawiam z wrocławskiej siatkarskiej pustyni
15:05
Witaj. Dobrze piszesz i masz wiele ciekawych refleksji. Odniosę się do porażki z Iranem. Polegliśmy tylko i wyłącznie na kanwie psychologicznej zapaści. Co to znaczy? Otóż: Po trzech pierwszych pojedynkach i zarazem zwycięstwach (mecz z Iranem był czwartym w kolejności meczem) drużyna stanęła przed nowym problemem natury tylko i wyłącznie psychologicznej. Wraz z dobrym wynikiem pojawił się bowiem spory bagaż odpowiedzialności. Mając komplet punktów po trzech bardzo ważnych i z trudnymi rywalami pojedynkach – przyszła świadomość, że oto można już nie tylko zyskać, ale i wiele stracić. Takowa sytuacja, co zrozumiałe – rozwija się i narasta w miarę postępu i przypływu materialnych – punktowych korzyści. W pewnym momencie urasta do rangi problemu, który może się okazać zbyt trudną do pokonania przeszkodą – – szczególnie w przypadku drużyny o niepewnej, nieustabilizowanej psychice. Tak też się stało z naszymi siatkarzami. Przegrana z Iranem (wiemy, że nie tylko z Iranem) była więc tylko i wyłącznie porażką z własną psychiką. Na temat pojedynczych – poszczególnych akcji w meczu nie zwykłem rozprawiać. Z tego względu, powiedzmy – pewne rzeczy są dziełem tylko i wyłącznie przypadku, bądź też losu. Aż nadto nie wchodźmy zatem na szczyt implicite. Co oczywiście nie znaczy, że nie masz swoich racji. Tak też zakończę, bo święta mnie już gonią… a ja tym czasem w powijakach. Nie mogłem się oprzeć, aby nie napisać chociaż tych kilka słów. Powrócimy do tematu jeszcze nie raz. Przyjemnie jest z Tobą dyskutować. Z całego serca Życzę Wesołych i Pogodnych Świąt!
PS
Tak, słusznie przeczuwasz. Przeszedłem – można powiedzieć prawie wszystkie szczeble sportowej – siatkarskiej kariery. Poprzez szkołę sportową – klasę A, ligę międzywojewódzką, II ligę – gdzie zadebiutowałem w wieku 17 lat – I ligę (obecnie PlusLiga) oraz przygodę z reprezentacją Polski juniorów. Na więcej zabrakło niestety zdrowia. Jedna kontuzja, a następnie w młodym wieku operacja kolana pociągnęły za sobą cały szereg powikłań. W sumie, wyczynowo (zawodowo) grałem ok. 7 lat. Jednak ostatnie trzy lata to już była walka ze zdrowiem. Miesiąc na parkiecie – dwa miesiące na rehabilitacji i tak w kółko. W wieku ok. 24 lat przerwałem więc ten nierówny pojedynek.