Janusz St. Andrasz: Kataklizm, który wstrząsnął Europą – trzęsienie ziemi w Lizbonie 1755r. Cz.2

19 czerwca 2011 22:0316 komentarzy

/Szczególne podziękowania za pomoc w pisaniu tego artykułu dla Alexandra Correia Fernandes, członka Portugalskiej Akademii Nauk – Autor/


Podczas przechadzki po dzisiejszych ulicach Lizbony nie tylko wprawne oko historyka architektury po jakimś czasie dostrzeże, że czegoś w tym mieście brakuje… Pomimo iż może się ono poszczycić ponad dwutysięczną historią, w zasadzie na próżno szukać śladów po zabytkach romańskich, gotyckich czy renesansu. Lizbona jaką znamy, w znakomitej większości powstała w drugiej połowie XVIII w. Powód jej powtórnych narodzin stanowić mógłby scenariusz do thrillera wg. najlepszych hollywoodzkich wzorców.

Mamy Rok Pański 1755. Wbrew przepowiedni szewca Bandarra, rok z dwoma piątkami spokojnie i bez większych niepokojów dobiegał do swojego końca. Był to piąty rok panowania króla Józefa I(1).

W styczniu Lizbona obserwowała kolejne auto-da-fé(2) przeprowadzone przez wszechwładną Inkwizycję, w marcu otwarto nowy, wspaniały gmach Opery Narodowej.  Królowa Matka(3) zmarła w poprzednim roku i po bogatych i długich uroczystościach pogrzebowych życie w Lizbonie powróciło do swojego ustalonego rytmu.

Do tego kosmopolitycznego miasta z 250 tys. mieszkańców, nieprzerwanym strumieniem płynęło ogromne bogactwo ze wszystkich stron świata, które Portugalczycy podbili bądź skolonizowali. Z Indii, Chin, Afryki i Brazylii regularnie wpływały do lizbońskiego portu statki z przyprawami, cukrem trzcinowym, metalami i kamieniami szlachetnymi (samego złota około 2 ton rocznie) oraz oczywiście niewolnikami.

Lizbona z setkami kościołów, klasztorów i pałaców lśniących od złoconych kopuł i fasad, mieniących się w słońcu niebieskimi azulejos(4) robiła na ówczesnych przybyszach niemałe wrażenie. Był to najważniejszy port Europy dla statków przypływających z Nowego Świata oraz miejsce w którym niektórzy na zawsze, inni na długie miesiące żegnali się ze Starym Kontynentem.

 

Napis na niemieckiej rycinie brzmi "Kto nie widział Lizbony ten nie widział pięknego miasta".

Bogactwo i dobrobyt powodowały iż głównym zajęciem możnych, idących za przykładem króla, były polowania, intrygi, koncerty muzyczne oraz trwające godzinami msze święte w trakcie których zresztą załatwiano rozmaite sprawy – od urzędowych po wymianę liścików miłosnych.

Dzięki beztroskiemu obchodzeniu się z finansami państwa, niecałe 10 lat wcześniej Lizbona wzbogaciła się o jedyną w swoim rodzaju kaplicę Św. Jana Chrzciciela. Wykonana w Rzymie przez tamtejszych rzemieślników, została prowizorycznie zmontowana w Watykanie tylko po to, aby papież mógł ją zobaczyć i pobłogosławić. Następnie rozebrano ją i przewieziono do Lizbony, gdzie zamontowano w miejscu jej przeznaczonym – kościele św. Rocha. Do jej wykonania użyto samych najcenniejszych odmian kamieni szlachetnych i materiałów – błękitnych i różowych marmurów, malachitu, alabastru, agatów.

Tak oto nieświadoma przyszłości Lizbona pławiła się w beztroskim luksusie.  Powoli i nieuchronnie zbliżał się jednak dzień 1. listopada 1755 roku. Poranek był słoneczny ale chłodny, jak zwykle o tej porze roku. Wychodzący na mszę pozostawiali w domach rozpalone kominki. Wszędzie zapalano świece i oliwne kaganki, czcząc w ten sposób dzień Wszystkich Świętych. Kościoły pękały w szwach,  wszak rozpoczynał się 40 dniowy okres odpustów.


O 9.40 następuje pierwszy potężny wstrząs, zaraz po nim przychodzi następny, równie silny. Nie trwają one dłużej niż półtorej minuty. Po kilkudziesięciu sekundach spokoju ziemia znów zaczyna się trząść. Tym razem trwa to już dwie i pół minuty i domy zaczynają się zapadać, a w centrum Lizbony powstają w ziemi rozstępy szerokie nawet do 5 m. Po minucie oddechu ziemia znów drży, tym razem trwa to całą wieczność –  około 3 minut.

W sumie trzęsienie trwało około 8 i pół minuty, powodując niewyobrażalną katastrofę(5). Lizbona leży w gruzach, a miasto ogarnia inny żywioł- ogień. Pamiętajmy, iż wtedy jedynym źródłem oświetlenia były oliwne lampy i świece i że właśnie w tym dniu- Wszystkich Świętych- zarówno w kościołach, jak i poza nimi paliły się ogromne ilości świec. W kilka sekund ruiny, w dużej mierze również drewniane, zostały pochłonięte przez morze ognia z topiącego się wosku, wypływającego z setek lizbońskich kościołów. Niebo spowite było gęstymi oparami dymu i siarki. W kościołach w ciągu kilku zaledwie minut zginęło bądź zostało uwięzionych tysiące modlących się ludzi. Zewsząd słychać jęki i wołania o pomoc.

Ci którzy przeżyli, kierowali się w stronę największego placu Lizbony (6), położonego przy rzece Tag. Niestety tego dnia wszystkie żywioły sprzysięgły się przeciwko lizbończykom… Wody Tagu zaczęły się w pierwszej chwili cofać, aby za moment powrócić w formie tsunami. Fala o wysokości kilkunastu metrów wtargnęła na 250 m w głąb miasta niszcząc to, czego nie zburzyło trzęsienie i nie strawił ogień.

Jedynym pasującym słowem do tego co się wtedy działo jest Apokalipsa.

W tym tragicznym dniu zginęło wg. różnych źródeł, od 40 tys. do 90 tysięcy ludzi, zniszczeniu uległa większa część Lizbony. Z powierzchni ziemi zniknęły m.in. nowo wybudowany gmach Opery oraz Pałac Królewski leżący przy Tagu. Z 20 tys. domów ostało się niecałe 3 tys. zdatnych do ponownego zamieszkania. Na 65 klasztorów przetrwało jedynie 5.

siedziba Patriarchy Lizbony

 

 

Kościół św. Mikołaja

 

Budynek Opery

 

Katedra

 

Przepadły bezcenne zabytki nie tyko architektury, ale i tysiące dzieł sztuki – obrazy Correggio, Rubensa czy Tycjana oraz większość bezcennych księgozbiorów, w tym dzienniki podróży odkrywców – Vasco da Gama i Krzysztofa Kolumba.

Król wraz z rodziną i całym dworem szczęśliwie uniknął niebezpieczeństwa, gdyż udał się w tym czasie poza ówczesną Lizbonę, postanawiając uczestniczyć we mszy św. w Belém i spędzić resztę dnia w jednej ze swoich rezydencji na prowincji. W wyniku katastrofy nabawił się klaustrofobii, i do końca życia mieszkał w „Real Barraca”, czyli luksusowo urządzonym pawilonie, skonstruowanym jedynie z drewna i płótna okrętowego.

Przyjrzyjmy się relacji Anglika, Charlesa Davy, który w tym czasie przebywał w Lizbonie:

„… można powiedzieć bez żadnej przesady, że równocześnie płonęło ponad 100 różnych lokali. Dopalały się one przez następne 6 dni, bez jakichkolwiek prób ich ugaszenia. Ogień zniszczył wszystko to, co zostało oszczędzone przez trzęsienie ziemi a ludzie byli tak zastraszeni i zdezorientowani, że nie mieli odwagi, aby ocalić choć jakąś część swojego dobytku.”

W kierunku rzeki Tag spływały setki małych strumieni… stopionego złota. Ogromna temperatura spowodowała topienie się tego szlachetnego kruszcu jakiego były pełne bogato zdobione lizbońskie kościoły i pałace. Ogrom nieszczęścia wyzwolił eksplozję tłumionych dotąd mrocznych instynktów oraz potrzebę wyrównania osobistych porachunków. Słudzy i niewolnicy rabowali i zabijali swoich panów. Bandy złoczyńców, zbiegów z więzień, czy zwykłych szabrowników plądrowały zrujnowane domostwa i terroryzowały tych którzy przeżyli katastrofę.

Kilka godzin później, w odpowiedzi na coraz to silniejsze zamieszki, postawiono 4 szubienice w różnych punktach miasta. Złapanych na gorącym uczynku natychmiast wieszano. Przez cały listopad stracono w ten sposób 34 osoby, z czego co ciekawe, 23 było cudzoziemcami.

Była to jedna z pierwszych decyzji królewskiego zausznika i premiera, Sebastião José de Carvalho e Melo, znanego potem jako markiz de Pombal. To dzięki jego zdecydowanemu działaniu natychmiast po trzęsieniu ziemi, zostały podjęte działania ratunkowe a potem prace porządkowe i wreszcie odbudowa zarówno stolicy Portugalii, jak i innych miejscowości królestwa, które ucierpiały w tej katastrofie. Markiz postępował zgodnie ze sentencją, którą zresztą sam zaraz po katastrofie wygłosił: „I co teraz..? Pogrzebiemy umarłych i nakarmimy żywych”.

 

 

To również on zadecydował, że Lizbonę bardziej opłaca się zbudować na nowo, aniżeli odbudowywać w większości zrujnowane zabudowania. W ten sposób grupa architektów pod jego nadzorem wzniosła nowe centrum Lizbony, nazwane „Baixa Pombalina”. Było to nowatorskie rozwiązanie w stylu klasycystycznym. Siatka szerokich ulic zastąpiła średniowieczną plątaninę małych uliczek. /Podobne rozwiązanie sto lat później zastosował francuski architekt, baron Haussmann, przebudowując centrum Paryża./ Znamienne i prorocze były słowa markiza. Zapytany, w jakim celu zaplanowano tak szerokie ulice, miał odpowiedzieć, że „… i tak pewnego dnia okażą się za wąskie”.

Bez wątpienia był on również prekursorem /na skalę światową/ badań i doświadczeń związanych z sejsmologią. Nowo wybudowane domy zostały wzmocnione specjalną konstrukcją a ich drewniane modele zostały najpierw przetestowane w dość niezwykły sposób. Zastępy żołnierzy w ciężkich, podkutych butach maszerowały tam i z powrotem, a budowniczowie obserwowali, jak zachowywały się te nowatorskie konstrukcje. Dodatkowo Markiz de Pombal rozesłał po wszystkich parafiach w królestwie … ankiety! Zawarto w nich szczegółowe pytania dotyczące przebiegu trzęsienia ziemi. Uzyskano odpowiedzi m.in. na pytanie jak długo trwały wstrząsy, jak zareagowały na nie zwierzęta, jakie powstały w związku z tym straty.

Dzięki setkom nadesłanych odpowiedzi uzyskano po raz pierwszy w skali świata kompletny opis zaistniałego zjawiska trzęsienia ziemi oraz wydano zarządzenia mające na celu zmniejszenie szkód podczas ewentualnego następnego trzęsienia ziemi.

Tragiczne wydarzenia z 1 listopada 1755 r. znalazły również bardzo żywe odbicie w dyskusjach filozoficznych. Trzeba pamiętać, że właśnie w tym czasie rodziło się to, co obecnie nazywamy nowoczesnym modelem społeczeństwa. Do głosu zaczęli dochodzić krytycy panującego dotychczas porządku świata. Głoszono idee zmian społecznych, dotykające również spraw związanych z Kościołem.

W XVIII w Portugalia była, obok Hiszpanii, jedną z najważniejszych ostoi katolicyzmu i to nie tylko w Europie, ale we wszystkich swoich koloniach w Ameryce, Azji i Afryce. A przecież właśnie w tym arcykatolickim państwie, w mieście tylko nieznacznie ustępującemu Rzymowi w ilości i bogactwie kościołów i klasztorów wydarzył się największy w dziejach nowożytnego świata kataklizm.

Z jeszcze większym rozgoryczeniem i niezrozumieniem roztrząsano fakt wystąpienia tejże katastrofy właśnie w dniu Wszystkich Świętych. W umyśle typowego człowieka, wychowanego w chrześcijańskim duchu głębokiej pobożności i podporządkowania Kościołowi, nie mieścił się w głowie fakt „ukarania” przez Boga stolicy państwa tak zasłużonego w propagowaniu wiary katolickiej. Komentowano również szeroko fakt całkowitego zniszczenia najbogatszej części Lizbony, a ocalenia dzielnicy Alfama, dzielnicy biedoty, znanej z zamieszkujących tam prostytutek.

Lizbońska apokalipsa odbiła się szerokim echem w Europie i była jednym z ważnych elementów oświeceniowego filozoficznego przewrotu. Zainspirowała m.in. francuskiego filozofa Woltera, podważającego sens trwania i potęgi instytucji Kościoła również w odniesieniu do tragicznych wydarzeń w Lizbonie. Swoje przemyślenia na ten temat zawarł w powiastce filozoficznej „Kandyd” oraz w poemacie w całości poświęconym trzęsieniu ziemi z 1755 r. – „Poemacie o katastrofie w Lizbonie”. Temat ten był przedmiotem długiej dyskusji pomiędzy nim, a innym francuskim filozofem, Janem Jakubem Rousseau.

Lizbona jaką możemy oglądać dzisiaj, w dużej części powstała po roku 1755. Tę dawną oglądać możemy jedynie na zachowanych sztychach oraz namalowaną na ogromnym panelu azulejos . Był on ozdobą jednego z lizbońskich pałaców, obecnie eksponowany jest w Narodowym Muzeum Azulejo. Ten niezwykły ceramiczny obraz w biało-niebieskiej tonacji przedstawia panoramę Lizbony widzianą od strony rzeki Tag. Składa się z 575 ceramicznych płytek i ma długość prawie 23 m. Wykonany został na samym początku XVIII w.

Dopiero kiedy skonfrontuje się ten obraz z tym, co możemy obecnie sami zobaczyć, np. podczas przejażdżki promem po Tagu, daje wyobrażenie o tym, jak bardzo katastrofa z 1755 r. zmieniła oblicze tego miasta.

Konwent Carmo sprzed trzęsienia ziemi...

Inną pamiątką przypominającą o kataklizmie są ruiny przepięknego gotyckiego kościoła karmelitów, Igreja do Carmo. Podobnie, jak większość lizbońskich świątyń, uległ on zniszczeniu. W przeciwieństwie do innych, ten zachowano jako ruinę, mającą przypominać przyszłym pokoleniom o tragicznych wydarzeniach.

Górująca nad okolicą, przypomina o największej katastrofie, jaka miała miejsce w nowożytnej Europie, porównywalnej z tą, która wydarzyła się kilka tygodni temu w Japonii.

 

... i dzisiaj

 

Janusz St. Andrasz

——————————————-

¹ król Józef I panował w latach 1750 – 1777 r.

² auto da fé – (dosł. akt wiary), ceremoniał procesu publicznego inkwizycji przeciw heretykowi (kacerzowi) i ogłoszenia wyroku; wykonanie wyroku, zwłaszcza. przez spalenie na stosie heretyka (Wł. Kopaliński, „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych”)

³ arcyksiężna Anna Maria Habsburżanka, córka cesarza rzymsko-niemieckiego Leopolda, królowa Portugalii, ur. 1683, zm. 1754 r.

4 azulejos – ceramiczne, ozdobne płytki, charakterystyczne zwłaszcza dla Półwyspu Iberyjskiego, używane do dekoracji budynków

5 współcześni sejsmolodzy oceniają, że trzęsienie z 1755 r. musiało mieć maksymalną siłę w skali Richtera, czyli ok. 9 stopni

6 obecnie plac ten nazywa się Praça do Comercio, wcześniej Terreiro do Paço

 

Ilustracje zamieszczamy dzięki uprzejmości Autora za pośrednictwem jego bloga

Tags:

16 komentarzy

  • Mocna rzecz!

  • Świetny materiał. Mnóstwo informacji tak na dodatek podanych, że nie ma mowy o znużeniu, a tylko pełni satysfakcji z lektury. Jeśli autor w taki spoób napisał swój przewodnik, to nawet gdybym nigdy miał do Lizbony nie pojechac – kupię i przeczytam. Taka refleksja, może błędna: pisze pan o inspiracji prooświeceniowej, jaką był opisany kataklizm. A mnie poczynania markiza to zdają się stricte „oświeceniowe” właśnie.;) Z informacją o początkach budowania z uwagą na odporność na zjawiska sejsmiczne spotykam się po raz pierwszy, no ale ja laik jestem w branży. bardzo bym prosił o kolejne dania portugalskie – to skonsumowałem ze smakiem, oblizując się co akapit. Rozumiem, że cykl będzie kontynuowany, tak?

    • Historia od zawsze mnie fascynowała, jednak ta jej akademicka odmiana, również zawsze odrzucała 🙂 starałem się wyciągnąć z tego wnioski i uwzględnić je, pisząc swoje portugalskie „opowiastki”.
      Po więcej zapraszam na mój blog Luzomanię.

      Markiz był jak najbardziej standardowym przykładem człowieka doby Oświecenia a lizboński kataklizm swoistym katalizatorem oświeceniowych rozważań filozoficznych …

      Kto wie, czy właśnie markiz de Pombal nie będzie bohaterem mojej następnej portugalskiej opowiastki…

      • Chętnie poczytałbym o de Pombalu, tym bardziej, że instytucja (sic!) królewskiego faworyta jest czymś u nas nieznanym, a przecież nie można na rzecz patrzeć jeno przez okulary „kumplowania się” monarchy z kimś, kog prywtanie lubił,ale warto zobczyć, co pozatowarzysko dany człowiek sobą reprzentował (vide choćby de Godoy w H.). Swoją drogą ciekawe portrety tych ludzi (szerzej – ludzi oświecenia jako fachowców i wręcz fanatyków rozumu przchodzącego w profesjonalizm, przy jednoczesnym uważaniu zawodu za sztukę – nawet w przypadku… oficerów artylerii, czy inżynieró wojskowych) kreśli Bratkowski w znaomitej książce „Kościuszko. Z czym do nieśmiertelności. Troszkę widzę wyjechałem poza temat;) ale ja już tak mam. Stety czy niestety. Pewnie i dlatego „wyjechałem”, że jakoś mi się „naukowo” maszerujący dla de Pombala żołnierze gryzą (ale i nie gryzą) z tymi, którzy dużo później spadli z mostu w Angers;)

  • Rany, a my tu w panice z Fukushimą. Szczerze mówiąc pierwszy raz o tym przeczytałem. Jestem pod wrażeniem.

    • Lizboński kataklizm jest dobrym przykładem na to, jaką rolę we współczesnym świecie odgrywają media … sekundę po wydarzeniu wszyscy na całym świecie już o nim wiedzą.
      Kiedyś trzeba było umyślnego na koniu puścić i odczekać parę dni na odpowiedź 🙂

      • Wstyd się przyznać, ale ja o trzęsieniu ziemi w Lizbonie dowiedziałem się słuchając w radio wypowiedzi jednego z naszych sejsmologów o trzęsieniu ziemi w Japonii i też od razu nasunęła mi się „medialna” refleksja. Fukushima, tsunami, fala porywająca pół miasta w ciągu minut – media żyły tym ledwie kilka tygodni i już nam się to wszystko w pamięci zatarło. A Haiti? Kto dziś pamięta o koczujących wciąż w strasznych warunkach ludziach. I tak sobie myślę cóż dzisiaj w tym medialnym zamęcie i krótkim czasie życia informacji zafrapowałoby filozofów?

        • E no, nie przesadzaj. Ktoś tam jednak pamięta.

          • tu się zgodze, że ktoś jednak pamięta, por. świetne o tym materiały p. Binswanger-Stefańsiej w (hehehe) racjonaliście.pl;)

          • Medialnie nie bardzo.

          • Tzn medialnie nie bardzo się pamieta to do Z-M-P

            a materiał o Haiti to ja oczywiście chętnie co do źródła to chętnie się zrewanżuję czymś ze swojego podwórka 🙂

        • tego zapewne nigdy się nie dowiemy, bo media nie są zainteresowane tym, co myślą filozofowie i kółeczko się zamyka lol

          • chyba że filozof jest jednocześnie … Śpiewakiem:) to wtedy zainteresoanie rośnie, albo trzeba pokazac coś od innej strony, to się woła Hołówkę. Ale to od święta.

  • … i to od wielkiego 🙂

  • medialnie Haiti – oczywiście nie istnieje, tu sie zgadzam. Może zaistnieje, kiedy się wykryje, że Zdrojewski to mulat, potem jednego z legionistów a Portau-Prince dostanie ESK, to wtedy sę red. Durczok ozwie – sorry, ale nie mogłem sobie darować.

Zostaw odpowiedź do Admin