Joanna Kołodziejska: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

19 czerwca 2011 22:5029 komentarzy

Polska studentem stoi. Niestety, ten powszechnie znany fakt napawa optymizmem jedynie samych zainteresowanych. Oczywiście do czasu, a konkretnie do momentu opuszczenie murów szacownej placówki. Wtedy to bohater tej opowieści, czyli średnio wyedukowany (najczęściej), lecz zadowolony z siebie młody człowiek (to zależy ile razy powtarzał rok, ale powiedzmy, że młody) odkrywa, że nie jest zwykłym absolwentem. Jest bezrobotnym absolwentem. Zewsząd co prawda kuszą jakże intratne propozycje stażów, jednak za tą zgrabną nazwą kryje się  zwykle wolontariat, czyli ulubiona forma wyzysku pracowników. Szukamy więc dalej. Handel! To ok. 80% rynku pracy, według najnowszych informacji ekonomistów. Im „dziwniejszy” kierunek skończyliśmy, tym większa szansa kariery w owym sektorze. Co ma bowiem robić filozof, czy filolog jakiś tam (pani, tej nazwy to się nawet nie da zapamiętać..)? Owszem, zawsze może pofilozofować, ale wiadomo, że to catering jest naszym przeznaczeniem.

Kiedy już się z tym pogodzimy, pora na poszukiwania. Wysyłanie 200 cv miesięcznie staje się rutyną, a rozmowy z kolegami z roku zaczynamy od „nadal nic?”. Optymizm wyparował z ostatnimi resztkami studenckich wspomnień. Niebawem okazuje się, że oddzwaniają jedynie z firm call center (wszak telefonów mają pod dostatkiem). Tonący brzytwy się chwyta, rzadko jednak propozycja sukcesywnego odmóżdżania za 700 zł miesięcznie znajduje zrozumienie. To już lepiej wyjechać na zmywak, przy okazji podszkolić angielski i  oswoić się z multikulturową emigrancką bracią. Tutaj przyda się kulturoznawstwo, ewentualnie stosunki międzynarodowe lub socjologia. Jesteśmy profesjonalnie przygotowani. Tylko czy chodzi o to, by Polska uniknęła kryzysu poprzez exodus rozgoryczonej młodzieży?

/importowano z http://filozofy.blox.pl/resource/41_Zawod_filozof_blog.png/

Pewien rudowłosy polityk o wilczym uśmiechu nadal przekonuje nas (to głównie młodzi ludzie wybierają tę partię), że kryzysu nie ma, jest dobrze (pewnie jemu tak, wierzę) a będzie jeszcze lepiej. Słoneczko nasze. Można to tłumaczyć urazem głowy – czyżby to kontuzja podczas meczu, wszak lubi grać i się nie oszczędza… Polityka miłości, nieodwzajemnionej dodajmy, nie może przynieść dobrych efektów. Emeryci do trumien, młodzi do Anglii, politycy do koryta. Kto wie, może staniemy się państwem złożonym tylko z posłów? No i z tych, co jeszcze nie umarli (co za złośliwość!), ale brną dzielnie ku mecie, jedząc topione serki…

Jest prawdą, że to młodzi mają wygórowane ambicje. Chcemy normalnie żyć, kupić czasem książkę, iść do kina czy na koncert. Niestety, przy takim stosunku cen do płac, wydaję się to wręcz karkołomne. O wakacjach gdziekolwiek nie trzeba wspominać, bo gdy w końcu zaczniemy pracować, wyrazu „urlop” szukamy w słowniku wyrazów obcych. Nie narzekajmy jednak, czas to pieniądz, a pieniądz, nawet marny jest jednak życiodajny. Może to dlatego nakłady na kulturę są symboliczne? Aby korzystać z jej dobrodziejstw, wcale nie trzeba przejawiać wyżej wspomnianych fantazji. Wystarczy włączyć telewizor. Jeden sezon „Kiepskich” i życie wydaje się nabierać kolorów (nawet bez trunku „Mocny full”). Mają gorzej? Mają. Narzekają? Nie narzekają. Tylko brać przykład. Po drugim sezonie zaczniemy ustawiać kryształy w gablotach i stroić nasze domowe ognisko w sztuczne kwiaty. To ideał społeczeństwa, niezdolnego do jakiejkolwiek refleksji. Wtedy można powiedzieć i obiecać wszystko. Rządzący (i media) nie przyjmują do wiadomości tego, że ludzie w większości nie mają umysłowości pawiana. Póki co jednak drapiemy się po tyłkach i obmyślamy plan zemsty, stadnie pohukując. Czasem ktoś rzuci banana. Wiadomo, że poczucie humoru pozwalało przetrwać nie takie katastrofy.

Joanna Kołodziejska

Tags:

29 komentarzy

  • /Handel! To ok. 80% rynku pracy, według najnowszych informacji ekonomistów. Im „dziwniejszy” kierunek skończyliśmy, tym większa szansa kariery w owym sektorze. Co ma bowiem robić filozof, czy filolog jakiś tam (pani, tej nazwy to się nawet nie da zapamiętać..)? Owszem, zawsze może pofilozofować, ale wiadomo, że to catering jest naszym przeznaczeniem./

    No to wyjdźmy od prostego pytania – po co filozof, czy filolog jakiś tam chciał zostać filozofem, czy filologiem jakimś tam? Przecież idąc na te swoje filostudia miał lat co najmniej dziewiętnaście. Można chyba zatem oczekiwać, że posiadał na tyle rozwinięty aparat poznawczy, by wiedzieć, że same filostudia zapewnią mu najwyżej karierę gimnazjalnego belfra, lub – właśnie – przedstawiciela handlowego, czyli tzw. PHacza. Owszem, można założyć, że nasz kol. filo poszedł na studia po to, by sobie postudiować. No, to sobie postudiował. Przez parę lat się opierdzielał. Pił, ćpał, kochał i zażywał życia (czasem nawet kulturalnego). Jeśli miał fuksa – robił to za pieniąchy rodziców. Jeśli nie – musiał dorabiać sprzątając w lokalnym Tesco, albo wyskoczyć na wakacyjne dwa miesiące na ten nieszczęsny zmywak. Co tam, niezbyt to wygórowana cena za parę lat opierdzielania się, na pewno było warto.

    Nie żebym był zwolennikiem ryżego piłkarzyka bawiącego się w premierowanie (absolutnie wręcz przeciwnie), ale tutaj właśnie pojawiają się te „wygórowane ambicje” młodzieży. Oczekiwanie, że paroletnia bumelka jeszcze zagwarantuje delikwentowi intratną fuszkę to już jakby bezczelność. Piszę to jako człowiek, który swego czasu studiował sobie długo, namiętnie i z lubością. Tyle, że potem trzeba było przejść i przez to nieszczęsne gimnazjum (auuuććć!), i przez DiManie (Direct Marketing) i przez parę innych ciekawych rzeczy, z układaniem kostki włącznie. Do dziś zresztą różowo nie jest. W życiu mi jednak przez głowę nie przeszło zrzędzić, że te nieróżowości to przez studia. W końcu sam je sobie wybrałem. (cdn)

    • (cd)
      Wracając do oczekiwań – parę lat temu miały one sens. Sporo ludzi urodzonych w latach siedemdziesiątych porobiło niezłe kariery w handlu właśnie. Mój osobisty szwagier startował jako rozwoziciel soczków, dziś jest pokaźną szychą w dużym koncernie spożywczym. Jego prawie-że-rówieśnik (odpowiednio ’72 i ’74) zaczynał od kolportażu ulotek sieci komórkowej, dziś ma w siedzibie konkurencyjnej sieci własny przestronny gabinet. Obaj mają „miękkie”, humanistyczne wykształcenie. Obaj wchodzili w życie zawodowe w momencie, gdy odrobina farta, obrotności i samozaparcia wystarczyła, by zajść naprawdę szybko naprawdę wysoko. Ale to se ne wrati. Chociażby dlatego, że ci ludzie nie mają nawet czterdziestki, do emerytury im daleko i ani myślą złazić ze swoich dyrektorskich stołków, by wleźć na nie mogli dzisiejsi absolwenci.

      Co nie znaczy, rzecz jasna, że dziś to już koniecznie trzeba na ten zmywak uciekać. Trzeba za to w siebie znacznie wcześniej zainwestować. I wybrać, czy starym stylem idziemy na studia, by pić, ćpać, kochać i uczestniczyć, czy też może jednak nastawiamy się na trzepanie kasy.

      I tutaj właśnie wracamy do władzuchny. Powtarzam – ryżego piłkarzyka nie lubię. Ale obarczanie go całą winą za zaistniałą sytuację byłoby zdecydowanym nadużyciem. Poczet polskich (zawęźmy do III RP) Ministrów Edukacji to swoisty Hall of Shame, przerażający ciąg dyletantów i – a, co tam – zwykłych idiotów. Szkodników. I kompletnie nie jest istotne, czy tym szkodnikom patronuje/ował Herr Kanclerz, kniaź Jarosław, Lesio-Wyniesio, zapomniany już nieco Piękny Maniek, czy jego zupełnie schowani do lamusa poprzednicy. Wszyscy oni zdają się nad wyraz zjednoczeni w dążeniu do sprowadzenia rodzimego szkolnictwa pod wodę. To się przecież obecnie zaczyna już w przedszkolu (gdzie nie wolno uczyć czytać!). Potem jest podstawówka, szkoła od głaskania po główkach. Następnie największy edukacyjny nowotwór, czyli gimnazjum. Szkoła średnia, bo wszystkich uśrednia. I kończy się maturą o takim poziomie, że pewnie nawet wspomniany w tekście pawian by się obraził, gdyby kazano mu podejść do takiego „egzaminu”. Dorosły, dziewiętnasto-, a za chwilę osiemnastoletni człowiek dostaje do ręki papier, który może sobie nadziać na gwóźdź w wychodku. Jeśli sam się o to nie zatroszczył, to nikt go nie przygotował do racjonalnego funkcjonowania w dorosłym świecie. Czemu zresztą trudno się dziwić. Za takie pieniądze???

      A przede wszystkim – nieprzygotowany jest znacznie bardziej pożyteczny. Bo łatwiej mu uwierzyć, że podstawowym kryterium oceny czyjejś przydatności do bycia prezydentem jest wzrost i posiadanie kota. Albo że wybór tego, czy tamtego spowoduje brukselską inwazję. Albo że lewicowość polega na darciu ryja w obronie parytetów, mniejszości seksualnych i zdzieraniu krzyża ze ściany. Łatwiej mu też uznać lejdisy, ochkarole i inne takie za szczytowe osiągnięcia kinematografii, papkę lecącą z eremefki za muzykę, Tomasza Lisa za dziennikarza etc., etc.

    • Zatrzymałam się w trakcie czytanie komentarza w momencie, gdy pojawił się „ryży piłkarzyk” .To tylko parafrazowanie „Pinezek”, czy rzeczywista antypatia. Nie chcę wiedzieć, jak wygląda Autor komentarza,wolę rozstrzygac, czy ma reację nie wytykając mu np. łysiny czy długiego nosa.

  • Joanna Kołodziejska

    Pozwolę sobie odpowiedzieć na kilka kwestii, które Pan poruszył. Nie chodzi o wygórowane oczekiwania młodych ludzi. Słyszał Pan pewnie, o pokoleniu „1500”? Już to rodzi pytanie, o kim mowa? Bo jest to w tej chwili pensja marzenie. Nikt, kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, nie spodziewał się oczywiście, że po studiach z zasady niszowych (elitarnych może nawet, tfu) będzie prezesem banku, czy jak Pan nazywa, miał „intratną fuszkę”(?). Samo to wyrażenie pokazuje, o jakich studentach Pan myśli.Dość to smutne, podobnie, jak przekonanie o bumelkach, piciu, ćpaniu, kochaniu…Nie każdy tak spędzał czas na studiach. Niektórzy tak, zapewne. To właśnie są odbiorcy wspomnianych przez Pana dzieł filmowych, i specyficznie rozumianej lewicowości. Zgoda. Proszę jednak nie zapominać, że są młodzi ludzie, dla których wyrocznią nie jest pani redaktor z GW, a światopogląd nie jest generowany przez Wysokie Obcasy. Czyli gej po zmianie płci na prezydentową, czy coś równie liberalnego i nowoczesnego. I tym się mamy zachwycać, bo inaczej jesteśmy konserwatywnymi frajerami, którzy lubią PIS. Tak, naprawdę, są młodzi ludzie, których stać na refleksję, i choćby po to warto np. skończyć wspomnianą filozofię. Czyli być przygotowanym, i jak Pan to ujął, niepożytecznym. O to właśnie chodzi, istnieją swoiste „rezerwaty”. Tylko co z tego? Jesteśmy niepożyteczni i zdajemy sobie z tego sprawę, natomiast ubolewanie na stanem intelektu młodzieży jest bezcelowe, bo na elity intelektualne tego kraju i tak cały czas wypina się posiniaczona d…a. Po co więc wszczynać alarm, który brzmi tak groźnie jak dziecięca grzechotka? Nie lepiej się pobawić?(joł joł młodzież lubi się bawić, joł..)

    • Pani Joanno! (a dałoby się z tego panowania zrezygnować?)

      Zacznę od tego, że przekonanie o bumelkach, piciu, itede wyniosłem zarówno z własnych, nie tak znowu odległych, studiów, a także z doświadczeń mojego sporo młodszego rodzeństwa, jego otoczenia, jak również opowieści swych znajomych, którzy mają to nieszczęście, że są nauczycielami akademickimi. I nie bardzo, szczerze powiedziawszy, rozumiem, co panią w tym obrazie smuci. Osobiście czas podlewanego alkoholem i nie tylko studenckiego bumelowania wspominam bardzo miło. Ot, choćby kilka studenckich przyjaźni ciągnie się do dziś i mam nadzieję, że pociągnie się aż po grób. Niewątpliwie był to dla mnie czas rozwoju (w różnych kierunkach;) i mam nieodparte wrażenie, że nie jestem w tym odosobniony. Zapewniam panią także, że studenckie kosztowanie życia niekoniecznie prowadzi prostą drogą do odbioru „kultury” w postaci tandetnych komedyjek i eremefki:)

      Dalej, nie dostrzegam nic, a nic nagannego w marzeniach o intratnej fuszce. Darujmy sobie tę pozę Intelektualisty, zainteresowanego wyższymi sprawami, niźli jakieś tam pieniądze, co? Owszem, lepiej jest być, ale i mieć nie w kij dmuchał. Nie znam nikogo, komu nie pasowałoby, że jego praca jest doceniana, że koniec z końcem wiąże bez wysiłku, że prozaiczne problemy w postaci rachunku za wodę nie spędzają mu snu z powiek, etc., etc. (cdn – przepraszam za zamieszanie)

    • Teraz tak: filozofię skończyć może i warto, aczkolwiek chciałbym zauważyć, że stawianie studiom za cel ubogacanie ducha to podejście – delikatnie rzecz ujmując – staroświeckie. Nie, nie. Absolutnie nic w tym złego. Po prostu jeśli ktoś sobie wybiera taką drogę, niech się potem nie dziwi, że bogaci się w sensie duchowym właśnie, nie materialnym. Poza tym, pani wybaczy, ale studiowanie filozofii (czy innego „niszowego” kierunku) nie wydaje mi się warunkiem sine qua non zdolności do refleksji. I jeszcze: co tzn. „być przygotowanym”? Przygotowanym do czego? Na co? Do funkcjonowania na współczesnym rynku pracy? Jak widać – słabo. Na egzystencję w takich, a nie innych warunkach ekonomicznych? Też słabo.

      W ogóle – po raz kolejny: proszę się nie obrażać – mam wrażenie, że pielęgnuje pani dość szkodliwy mit. Mit inteligenta (nietechnicznego), który skończył jakieś bardzo uduchowione studia, zdolny jest do głębokich refleksji, dysput o stanie świata, etc., etc. Z tego tytułu należy mu się niby jakieś uznanie (również ekonomiczne) i prawo przynależności do szerzej niezidentyfikowanej intelektualnej elity. Pardon, należy się? A z jakiego tytułu?

      Wreszcie: „Pololenie 1500 (brutto)”. Kolejny slogan, jeszcze bardziej pusty (to w ogóle możliwe? gdzie jest dno?) od poprzednich. Generation X, Generation Lost, Pokolenie SW, Pokolenie JPII, Pokolenie JP, Pokolenie Fiziu Miziu… Fantastyczna sprawa. Schować się za jakimś tam pokoleniem i w jego cieniu rozdrapywać rany i ugniatać siniaki. Ochhh, jak przyjemnie;)

      A tymczasem jasne, zbyt pięknie nie jest. Wbrew rojeniom ryżego piłkarzyka nie zostaliśmy drugą Irlandią (co w zasadzie dobrze), ani drugą Japonią (z innych względów, ale też dobrze). Oczywiście, każdy kolejny polski (nie)rząd (deklarowane spektrum polityczne bez znaczenia) robi wiele, by utrudnić obywatelom normalną egzystencję i jak najbardziej ich ogłupić. Tyle tylko, że dzisiejszy absolwent humanistycznego kierunku ma przed sobą całe spektrum możliwości, dzięki którym może sobie na te (nie)rządy – scuzi – sikać. Ma (a przynajmniej powinien mieć) otwartą głowę, unijny paszport w ręku, znajomość języków, giętkość myślenia i intelektualną niezależność. No, chyba, że nie ma. Ale w takim razie, co warte to całe wykształcenie?

    • Co znaczy pokolenie 1500???
      Sklepowej ze spożywczego brakują dwa lata do emerytury, więc musi pracować za 600 zł (i nie jest to tygodniówka!)byle dociągnąć.

  • Pani Asiu świetny tekst 😀
    Ja bym nas nazwała generation useless. Nieważne jaki kierunek student wybiera, w większości przypadków będzie albo bezrobotny albo z pensją poniżej najniższej krajowej. I będą to zarówno absolwenci marketingu, ekonomii jak i absolwenci kierunków humanistycznych. I nie chodzi to o żadną „intratną fuszkę” tylko o normalną pracę z pensją pozwalającą na coś więcej niż przeżycie. Wybierając kierunek studiów wedle Pana kryteriów czyli albo „popić , poru..ć, radia posłuchać” lub „trzepać kasę” skazywałby nas na intelektualną pustkę. A to smutny obrazek czyż nie? Na szczęście są ludzie, którzy wybierają kierunek studiów zgodnie ze swoimi predyspozycjami. A skoro tak bardzo jesteśmy niepotrzebni to może należałoby zamienić uniwersytety w instytuty przygotowawcze do trzepania kasy, wtedy wystarczyłoby wprowadzić na te zacne uczelnie tylko te kierunki, które sprzyjają pomnażaniu gotówki. Wtedy nie czulibyśmy się tak oszukani.

    • /generation useless/

      Wzruszająca samokrytyka.

      /Nieważne jaki kierunek student wybiera, w większości przypadków będzie albo bezrobotny albo z pensją poniżej najniższej krajowej. I będą to zarówno absolwenci marketingu, ekonomii jak i absolwenci kierunków humanistycznych./

      Tu trafiła pani blisko dziesiątki. Tyle, że to nie jest problem żadnej tam generacji, tylko idiotycznego pędu po papier i kompletnie niezrozumiałego kultu posiadania trzech literek przed nazwiskiem. Tymczasem rynek jest tak skonstruowany, że jest na nim dość określona ilość miejsc dla absolwentów zarządzania, medycyny, administracji, filologii klasycznej, inżynierii materiałowej etc. I tych miejsc nie zrobi się więcej dlatego tylko, że chmara świeżo wysmażonych maturzystów rzuca się na jakiś chwilowo bardzo trendy kierunek.

      /Wybierając kierunek studiów wedle Pana kryteriów czyli albo „popić , poru..ć, radia posłuchać” lub „trzepać kasę” skazywałby nas na intelektualną pustkę. A to smutny obrazek czyż nie?/

      Widzi pani, jakkolwiek mocno nie starałaby się pani zaklinać rzeczywistości, wybór pozostaje stosunkowo prosty. Albo stawia pani na gromadzenie dóbr materialnych (rozumiem, że „trzepanie kasy” w jakiś sposób pani nie pasuje. Dlaczego?), albo na doznania. Czy doznania będą bardziej fizyczne, czy duchowe – to już jakby mniej istotne. Zwłaszcza, że jedne z drugimi potrafią się wyśmienicie uzupełniać. Oczywiście, zdarza się tak, że dla gromadzenia dóbr materialnych nie trzeba rezygnować z doznań. Ale tu już potrzeba nieco sprzyjających okoliczności, których zajścia raczej nie powinno się zakładać.

      /Na szczęście są ludzie, którzy wybierają kierunek studiów zgodnie ze swoimi predyspozycjami./

      Wie pani, ale to już było. Znaczy mieliśmy już system, który rozdawał wg potrzeb (no, przynajmniej w założeniach), a nie wg zasług. To „szczęście”, to nic innego, jak powrót do demoluda. Ja mam predyspozycje do tego i owego. I nic to, że wykonawców tego i owego jest już na rynku nadmiar. Teraz ty, kochane państewko, wyskakuj z pieniążków. Bo, rozumiesz, ja mam takie predyspozycje, a nie inne.

      /wystarczyłoby wprowadzić na te zacne uczelnie tylko te kierunki, które sprzyjają pomnażaniu gotówki. Wtedy nie czulibyśmy się tak oszukani./

      Hmmm… „Nie kłam sobie, a nikt ci nie skłamie”. To znacznie skuteczniejsze, niż jakiekolwiek postawy roszczeniowe.

      • Ja chcę postawić na trzepanie kasy! Co mam studiować? (mogę szybko zmienić) Jk pan taki mądry, to mi powie.

  • Joanna Kołodziejska

    „W ogóle – po raz kolejny: proszę się nie obrażać – mam wrażenie, że pielęgnuje pani dość szkodliwy mit. Mit inteligenta (nietechnicznego), który skończył jakieś bardzo uduchowione studia, zdolny jest do głębokich refleksji, dysput o stanie świata, etc., etc. Z tego tytułu należy mu się niby jakieś uznanie (również ekonomiczne) i prawo przynależności do szerzej niezidentyfikowanej intelektualnej
    elity”

    Proszę Pana, jakie uznanie…Każdy tak se może usiąść i wymyślać. Autostrady z tego nie będzie, ani mostów…Tylko gdyby nie garstka ludzi niepoczytalnych(to jasne), którzy, a jakże, zajmowali się, i będą zajmować „głębokimi refleksjami i dysputami o stanie świata” wymachiwałby Pan teraz maczugą.

    • Proszę Pani, jak to „jakie uznanie”? No materialne przecież, o to Pani chodzi, tak? O to, żeby zarabiać więcej, niż te tysiąc pięćset brutto.

      /gdyby nie garstka ludzi niepoczytalnych(to jasne), którzy, a jakże, zajmowali się, i będą zajmować „głębokimi refleksjami i dysputami o stanie świata” wymachiwałby Pan teraz maczugą./

      Ochhh… jeszcze trochę i bym się wzruszył. Po pierwsze, trochę siadła Pani konstrukcja logiczna. Skoro dopiero „będą zajmować”, a ja już nie wymachuję maczugą, to niby za co mam im być wdzięczny? Po drugie – i przede wszystkim – to jest właśnie, Pani Joanno, pielęgnacja tego mitu, o którym pisałem. Jakże to miło ustawić się tuż obok tej garstki, co to mnie, prymitywa, pozbawiła konieczności machania maczugą, prawda? Tyle tylko, że jakoś tak się zabawnie składa, że większość tej garstki raczej nie miała przesadnych problemów materialnych. Może dlatego, że zajmowała się tym, co jej naprawdę wychodziło, czyli „głębokimi głębokimi refleksjami i dysputami o stanie świata”, a nie biadoleniem o „Pokoleniu 1500”?

  • Stosujac panska poetyke wypowiedzi: darcie ryja w obronie parytetow,mniejszosci seksualnych i zdzieranie krzyza ze sciany istotnie nie jest jak sie niektorym zdaje lewicowoscia,a przynajmniej samo to nie wystarczy. Oczywiscie jesli zapomniec, ze owe mniejszosci z ominieciem celebrytow i kobiety to sa kregi spolecznie uposledzone. Jesli nie pomijac tego faktu jest takie darcie ryja elementem podkreslam elementem lewicowosci. Niestety – darcie ryja przeciw parytetom, przeciw mniejszościom seksualnym i wieszanie krzyza na scianie rowniez nie swiadczy o tym, ze dracy sie ma racje. Argument z maczuga mocny jak to maczuga ale celny. Wydarla ryja parytetowa Helga lesbijka;;;;>))

    • Pani Helgo!

      Z darciem ryja to już tak bywa, że drący rzadko kiedy ma rację. W końcu gdy ktoś tę rację posiada, to i wydzierać się jakby nie musi, prawda?:) A na pewno racja przedstawiona w sposób uładzony robi znacznie lepsze wrażenie, niż wyartykułowana za pomocą darcia ryja.

      Zostawiając na boku dywagacje w temacie decybeli i narządów gębowych – tak, odrzucanie dyskryminacji ze względu na płeć, czy orientację seksualną jest (no, powinno być) elementem (jednym z) lewicowości. Pełna zgoda, nie sądzę, aby ktokolwiek rozsądny oponował. Nie pasuje mi natomiast czynienie – i to w dość hałaśliwy sposób – z tego elementu dominującej, ba!, jedynej istoty lewicowości. I tylko to miałem na myśli pisząc o „pożytecznych”.

      A z maczugami to trzeba uważać. Jeden nierozważny ruch i… rozumie Pani, ze zgruchotaną stopą trudno szukać pracy. Nawet za 1500PLN brutto 😉

  • Po pierwsze proszę tak na Panią Joannę nie wsiadać. Nie tylko dlatego, że w naszym gronie się zadomawia, ale głównie dlatego, że ma sporo racji.

    Ja nie wiedziałem Zygmuncie, że taki z Ciebie ultraneoliberał!:)

    Prezentujesz miejscami doktrynę żywcem wziętą z bushowskiej Ameryki, która jednak stosowana w praktyce zaowocowała miasteczkami namiotowymi wywalonych na bruk ludzi. Zgodnie z tym co piszesz powiedzieć by można – było brać kredyty!? i szlus Ale obojętnie na ile oceniamy zdolność człowieka do samostanowienia, ponoszenia konsekwencji własnych wyborów itd mamy jeszcze Państwo jako regulator stosunków społecznych, które ma jakieś zobowiązania wobec nas choćby poprzez to że na nie łożymy, ale i zastany system ekonomiczny i społeczny za który rachunku pokoleniu Pani Joanny nie można wystawiać.

    Idąc za skrajnym dyktatem rynku trafimy znacznie dalej niż do USA bo do Chin. Nie polecam. Idąc w kierunku absolutnego bezpieczeństwa socjalnego /wielu dzisiejszych absolwentów bardzo by tego chciało/ idziemy w kierunku utopii.

    Mocno się z refleksją Pani Joanny nie zgadzam we fragmencie najbardziej emocjonalnym i uproszczonym w bardzo irytujący mnie sposób. Położenie Państwa generacji to nie bardzo prosta do ustalenia legendarna „wina Tuska”, tak jak nie wina Kaczyńskiego czy Millera. Tzn nie głównie i nie wyłącznie.
    Zapytam czego Pani generacja oczekuje od jakiegokolwiek polityka? Ja np.oczekuję sprawnego państwa, z efektywną biurokracją, wycofanego ze stosunków gospodarczych ale bezlitosnego w przypadku naruszania praw obywatela w tym praw pracowniczych. Myślę, że ja takiej Polski nie dożyję, może moje prawnuki, ale jeśli rozliczać z czegoś polityków to braku realizacji małych powolnych kroczków ku takiej wizji, albo z torpedowania jej.
    Nie oczekuję, że ktoś zapewni mi pracę, ale chciałbym móc ją wykonywać niezależnie od poziomu mojej płacy bez wrażenia ciągłego zagrożenia i walki o przetrwanie. Ale przede wszystkim chcialbym by na rynku pracy decydowały kompetencje.

    I tu uważam, że pomija Pani Joanna to akurat z czym się w wypowiedziach ZMP zgadzam bo znam to od podszewki. Dzisiejsi studenci i absolwenci w ogromnej liczbie do funkcjonowania na rynku pracy się nie nadają, nie nadają się nie tylko z winy tych którzy ich kształcą i systemu szkolnictwa. Ich wiedza ogólna jest katastrofalna, zanikają umiejętność formułowania skladnych wypowiedzi i znajomość ortografii. Ich kompetencje społeczne również. I tu nijak sie ma Tusk i kryzys światowy. Część pseudomagistrów ma dzisiaj kompetencje mniejsze niż dawno temu absolwenci szkół zawodowych, nie mówiąc o maturzystach. Nie może Pani Pani Joanno zapominać o tym, że to też jest cząstka obrazu Pani generacji.

    Ale nie można zapominać, że sytuacja najlepszych i najgorszych może być niestety identyczna i tu Pani Joanna ma rację i jej bunt wobec sytuacji jest słuszny. To nie jest tak jak pisze ZMP ze dzisiaj od soczków do breloczków /od audi A5 np./. Szansa awansu skurczyła się straszliwie. Naprawdę jest tak, że część dzisiejszych młodych ludzi perspektyw rozwoju nie znajdzie bo ich obiektywnie nie ma.

    Ale nie ma ich nie tylko w Polsce, nie ma ich już w Grecji, Hiszpanii, niewesoło jest w Niemczech, UK i itd. Europa nasyciła się już absolwentami szkół wyższych. Co więcej zaczynamy odczuwać że mamy rękę w globalistycznym nocniku. Jak się usuwa z Europy produkcję pozostawiając w niej konsumpcję chińskich towarów to gdzieś się absorpcja rynku pracy kończy. Ponadto jest gdzieś górny pułap liczby potrzebnych specjalistów, on tez juz został osiągnięty.
    Prawda jest brutalna na aspiracje pokolenia Pani Joanny nie ma juz miejsca w systemie. I jest tak trochę że te aspiracje zostały wytworzone wbrew rzeczywistości. To częściowo wina systemu szkolnictwa który oszukuje feerią rzekomych szans, ale też jest tak, że młodzi ludzie dają się chętnie oszukiwac.
    Podejmując studia filozoficzne trzeba miec świadomość że partnerem na rynku pracy będzie dla absolwenta głównie Państwo, nie biznes. Wykształcone w toku tych studiów kompetencje miękkie to juz dzisiaj tez żadna gwarancja.
    A Państwa czyli nas podatników nie stać na filozofów /pytanie czy przecietny obywatel was w ogóle potrzebuje/, podobnie jak nie stać coraz bardziej na naukowców. Zemści się to oczywiście straszliwie, ale wszędzie na świecie nauka musi sobie w coraz większym zakresie radzić sama.

    Ja gdybym mógł jeszcze raz wybrać swą drogę może wybralbym jeszcze raz mój kierunek studiów /humanistyczny/ ale może zastanowiłbym się czy nie zostać kafelkarzem. Po robocie mialbym czas na książki, wyjeżdżałbym na wakacje w dalsze miejsca, rozwijałbym sie kulturalnie. I piszę to całkiem serio.

    W artykule Pani Joanny brakuje mi puenty i trochę nie wiem o co jej chodziło. Opisany jest dramat jej generacji i zrozumiała z tego powodu frustracja, ale co właściwie Pani chciała nam powiedzieć?

    Natomiast kategorycznie się nie zgadzam z niektórymi kategorycznymi stwierdzeniami Zygmunta. Bezrobocie młodych to jest straszliwie skomplikowane zjawisko w całej Europie i na pewno nie można ich obarczać całą winą i mówić o rzekomych szansach z pozycji startujacego wczesniej. Oni na pewno mają przerąbane /choć spora część absolwentów sama na to /nie/zapracowala/ i przy wszystkich niuansach tej sytuacji są jednak ofiarami procesów od nich mało zależnych.

    • Po pierwsze, zsiadłszy już dawno upraszam o wybaczenie, jeśli w czymkolwiek p. Joannę uraziłem. Po prostu została Pani uznana przeze mnie za swoją (znaczy zespołową;) i jako taka potraktowana hmmm… bardziej serdecznie:)

      Absolutnie nie zgadzam się na dopinanie mi łatki neoliba (jeszcze w wersji ultra, też coś…;) Poglądy, które prezentuję, nie mają nic wspólnego z buszyzmem (ale dzięki, Jacek. Zawsze mogłeś mnie jeszcze nazwać poplecznikiem Balcerowicza:) Uważam, że posiadam całkiem sporą wrażliwość społeczną. Tyle, że wolę ją kierować pod właściwym adresem. Jest w naszym ślicznym kraju całe mnóstwo ludzi wykluczonych, wypchniętych za nawias, którzy nigdy nie mieli cienia szansy na choćby ćwierćsensowną edukację, ani jakieś wydeptywanie sobie ścieżki kariery. Oni propozycję roboty w call center wzięliby z pocałowaniem w rąsię. Bo na co dzień łapią każdą fuchę, która pozwoli im dorobić chociaż parę złotych (1500 to już jakby burżujstwo). I nad takimi ludźmi powinny się, jak mniemam, rozpościerać opiekuńcze skrzydła państwa.

      Ale jakby nie o nich mówimy, prawda? Mówimy o osobach dwudziestoparoletnich, które właśnie wkraczają (albo już wkroczyły) w okres swej największej życiowej aktywności. Co więcej, ów państwowy regulator stosunków społecznych przez kilkanaście lat dokładał się do ich edukacji. I co, teraz siedzą, załamują łapki, płaczą i bredzą coś o jakimś tam pokoleniu? Litości…

      Analogia z kredytami jest wysoce trafna. Bo… właśnie: trzeba było brać?! Osobiście trafia mnie nie powiem co, gdy słyszę ludzi, którzy powystawiali sobie babilońskie hawiry, pobrali na nie wielosettysięczne kredyty (jeszcze w CHF, żeby było zabawniej), a teraz płaczą, żeby państwo pomogło im te kredyty spłacać. Państwo to m.in. ja. A ja sobie mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, bo jestem zbyt odpowiedzialny, by w obecnej sytuacji ekonomicznej (zwłaszcza swojej) ubrać się w wieloletnie zobowiązania finansowe. Ale może ja głupi jestem, co? Może trzeba było wyszarpać te pół bańki z banku, pobudować sobie dwustumetrową willę, a w razie kłopotów ze łzami w oczach domagać się, by wujek fiskus dorzucił się do raty? W końcu mam predyspozycje do życia w luksusie…

      A predyspozycje – jak wiadomo z jednej z tutejszych wypowiedzi – stanowią podstawowe (jedyne?) kryterium obioru ścieżki kariery. To też jakby luksus, nieprawdaż? Luksus studiowania przez kilka lat tego, co ktoś uważa za stosowne (czyli w wielu przypadkach możliwość realizowania swej pasji). My, jako podatnicy, już się dorzucamy do tego luksusu. Pan się dorzuca (panie Jacku), pani się dorzuca (pani Helgo), społeczeństwo się dorzuca. Może pięć lat tego dorzucania to jednak wystarczy? (cdn)

      • No to się nam puenta klaruje, a nieporozumienia wynikają z zapału komentatorskiego nazbytniego, neoliberała wycofuję, a poplecznikiem Balcerowicza jestem ja mimo, żem sfera budżetowa :). A, i lubie Tadeusza Mosza 🙂
        Tyle, że o ile rozumiem Twoje oburzenie to nie mogę stwierdzić /a nie sądzę/ by akurat Pani Joanna była jego adresatem. Ile uderzeń głową w mur usprawiedliwia załamanie łapek? Ani ja ani Ty na szczęście nie wiemy. Fakt, że perspektywa dużego miasta i małego miasteczka w wymiarze 1500zł to dwa odległe wszechświaty, ale np. jeśli „płacze” z 1500zł absolwent uniwerku w Szczecinie /ani nie najgorszy uniwerek ani miasto szczególnych szans/ to to jeszcze uzasadniona frustracja czy już mazgajstwo? Ja się tego nie odważyłbym przesądzać.

        • O szukałem szukałem i znalazłem.

          Ja po przeczytaniu tej rozmowy troche inaczej widzę problem bezrobocia absolwenckiego.

          Co się stało z naszą pracą

          A jeszcze a propos predyspozycji i aspiracji. Ideałem byłoby zostac tym kim Cię chce rynek. A co z uzdolnieniami, aspiracjami, pasjami, hobby itd. MOżna by było się w miare komfortowo spierać i na młodzież jechać gdyby człowiek miał po tej 16.00-17.00 spokój i jeszcze siłę na cokolwiek. A w Polsce tak neni. Bardzo często jedna aktywność i presja wiąże cię 16/8. Jesteśmy krajem na dorobku i ktoś za to dostaje rachunek.

          Niech Maciek powie gdzie by mu się spokojniej pracowało w Polsce czy w UK np.

    • (cd)
      /Idąc w kierunku absolutnego bezpieczeństwa socjalnego /wielu dzisiejszych absolwentów bardzo by tego chciało/ idziemy w kierunku utopii./

      To tak na marginesie (bo w tekście p. Joanny o tym ani słowa), ale mnie osobiście najbardziej bawi dość powszechnie w naszym społeczeństwie zgłaszany postulat zwiększenia bezpieczeństwa socjalnego przy jednoczesnym cięciu podatków. Co, swoją drogą, po raz kolejny świadczy o poziomie nauczania – akurat tutaj matematyki – w polskich szkołach.

      /To nie jest tak jak pisze ZMP ze dzisiaj od soczków do breloczków/

      Z-M-P dość wyraźnie pisał, że już dzisiaj tak nie jest:) Bo obecni nosiciele breloczków wcale nie chcą ich się pozbywać. I przez długie lata jeszcze nie zechcą.

      /te aspiracje zostały wytworzone wbrew rzeczywistości. To częściowo wina systemu szkolnictwa który oszukuje feerią rzekomych szans, ale też jest tak, że młodzi ludzie dają się chętnie oszukiwac./

      O, to-to właśnie. Pisałeś o bushowskiej Ameryce, ja napiszę o Anglii z okresu naszego wejścia do Unii. Gdy wspominasz o tym chętnym uleganiu oszustwom (i, nie oszukujmy się, osobistym ich wzmacnianiu), jako żywo stają mi przed oczami ci wszyscy anegdotyczni emigranci, co to postawiwszy stopę na Victoria Coach Station przeciągają się i mówią (po polsku!) „no, to gdzie ta robota dla mnie?!”

      Bez względu na to, jak złożone jest zjawisko bezrobocia młodych w Europie i kto ponosi za to winę, nie wolno zwalniać młodych z odpowiedzialności za siebie. Przede wszystkim im samym nie wolno. Szanse dla startujących wcześniej nie są rzekome. Są, w mojej opinii, tak naprawdę jedyne. To już nie są lata 80te, czy 90te, Jacek, gdy osiemnastolatek na parę miesięcy przed maturą mógł się na słodko rozmarzać i zastanawiać, czy lepiej byłoby zostać psychologiem, czy może jednak romanistą, albo posłuchać ciotki Zośki i iść na medycynę. Tzn. jasne, nikt nikomu nie broni nadal postępować w ten sposób. Tyle tylko, że obecnie tak działający człowiek sam siebie ustawia w pozycji ofiary. A potem cholernie trudno jest się z tej pozycji wydostać.

      Co do winnych jeszcze: z rodzicami masz rację. Do dziś mam żal do swojej mamuńci, że nie pozwoliła mi zostać mechanikiem samochodowym;))) Pracodawcy? OK, z początku pewnie i tak było. Ale dziś, gdy mgrem może zostać nawet ten pawian, mam wrażenie, że świstki liczą się coraz mniej. Ot, przykład z życia wzięty: przez ładnych parę lat odpowiadałem za rekrutację w niedużym oddziale dużej instytucji finansowej. Mój oberszef już na samym początku doradził mi, żebym na żadne tam studia nie zwracał uwagi. Po czym dość malowniczo opisał konsekwencje niezastosowania się do tej rady:)

  • A dodam jeszcze, że w piersi powinni się uderzac rodzice. Od wielu lat się niczego nie uczą. To oni w pierwszym rzędzie zaszczepiają w polskich dzieciach kult wyższego wykształcenia jako kompletnie abstrakcyjnego i oderwanego od zycia pojęcia i jeszcze wpychają dzieci w studia marketingowe prawnicze czy medyczne /z medycyna akurat przejściowo trafnie bo jest deficyt/ bo tak ładnie wyglądają te kariery w amerykańskich serialach.

    Tak samo było w pierwszym momencie z pracodawcami, którzy w latach dziewięćdziesiątych jak kto nie był magistrem to nawet na niego nie spojrzeli, swietni fachowcy musieli latac potem po uczelniach by zrobić świstek do którego sprowadzał się dyplom licencjata.

    Skutkiem był ostateczny upadek szkolnictwa zawodowego i teraz każdy młody człowiek jest dla pracodawcy trefny. Zawodu uczą źle, matura jest bezwartościowa, studia nic nie dają.

    Nie sami młodzi sobie ten los zgotowali.

  • Ja tam jako ojciec bezrobotnego absolwenta ukrainistyki w piersi sie nie biję. Zgodnie z panująca u nas modą, wolałbym się walnąc w pierś czyją, ale ilekroc zaczynam szukać jej właściciela, wszyscy mają czyste łapki. Z politykami mnożącymi mity o świetlanej przyszłości młodych na czele.

    • Twój bezrobotny absolwent akurat do takiej drogi jest predysponowany, czy ona dobra czy zła to efekt jego wyboru i wszelkich życiowych decyzji po. Mnie chodziło o tych, którzy studiować nigdy nie powinni, albo studiowali coś czego nie powinni, nie tylko w sensie pragmatycznym ale w kompletnej niezgodności ze swymi predyspozycjami żyjąc ułudą.

  • No, proszę. Pani Kołodziejska wywołała Hołówkę z lasu. Podaję link do ciekawego „aproposa” do jej artykułu, a jeszce bardziej do pewnych wątków w dyskusji pod nim.

    http://www.rp.pl/artykul/676844_Jacek_Holowka__uczmy_w_szkole_filozofii.html

  • Joanna Kołodziejska

    Artykuł mądry ale pan Hołówka zazwyczaj mądrze mówi, więc nic dziwnego 😉 Ja od siebie mogę dodać taki link
    http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/niezbednikinteligenta/166201,1,nedza-humanistyki.read
    kilka lat ma ten wywiad, ale na aktualności nie stracił nic.

    • Tylko, że to jest nieco inny problem. Problem mecenatu dla nauk humanistycznych. Sokrates zdaje się początkowo tez parał się kamieniarką, a i zaczynał z niezłym majątkiem, Tomasza z Akwinu bogata, arystokratyczna rodzina uwięziła by go zmusić do pójścia w biskupy, Newtonowi też per saldo źle się nie działo, Locke lekarz, Kant – rodzice z klasy średniej, Rousseau podobnie.

      Myślenie jako coraz mniej utylitarne, nie jest i nie będzie priorytetem finansowym ani Państwa ani biznesu. Czy gdyby zapanował jakiś cudowny renesans myśli w Polsce, czy spauperyzowana posada nauczycielska przyciągnęłaby absolwentów filozofii, bądź zatrzymała ich na dłużej bez frustracji?
      Skok z 1500zł na 2000zł? A wyzwania byłyby ogromne gdyby filozofia w szkołach miała spełniać swe zadania.

    • ano owszem, nie stracił. Smutne, że nie stracił

  • Co za piękne czasy, że w tiurmu dawali, kiedy sie nie chciało zostac biskupem. Zaraz dzwonię do mojej matki z pretensjami;))
    Myślenie coraz mniej utylitarne…
    Mój stary kumpel (w latach 90-tych) nauczał filozofii na Politechice Wr i jako taki kontakt intelektuwalny miał tylko z pewnym studentem z… Beninu. Jako że ten student miał w gimnazjum filozofię i spokojnie był w stanie dyskutować o Hobbesie, Kancie, uwięzionym Tomaszu i innych.. Murzyn, anie, Murzyn…

Zostaw odpowiedź do Brygidka