Marek Rezler: Czy Wielkopolanie umieli konspirować?

18 maja 2011 10:4014 komentarzy

CZY  WIELKOPOLANIE  UMIELI  KONSPIROWAĆ?

cz. 1 – Od Gąsawy po Drzymałę

 

W czasie wielu prelekcji i spotkań z czytelnikami, słuchaczami, spotykam się ze sprawą oceny specyfiki Wielkopolski i jego mieszkańców. Można wtedy znaleźć sporo ciekawych wniosków i opinii – ale wiele zależy od osoby, która je wygłasza, od jej pochodzenia, zapatrywań i poglądów. Nie unikniemy wtedy aluzji do cech regionalnych, pojawią się stereotypy, slogany, nie zawsze sympatyczne anegdoty. Dotyczy to również Wielkopolan, którzy w oczach mieszkańców innych regionów rzadko postrzegani są jako dzielni żołnierze i konspiratorzy. Jest to rezultat nieumiejętności reklamowania swych poczynań przez nich samych, ale też… nieznajomości własnych dziejów. Stąd często spotykane, zwłaszcza w centralnej Polsce, opowieści o  powstańcach wielkopolskich, którzy nie zajęli dworca głównego w Poznaniu, bo biletów peronowych nie mogli kupić, a podczas okupacji hitlerowskiej konspiracji w Wielkopolsce nie było – bo jej władze zabroniły. Spróbujmy jednak w formie luźnych refleksji, spojrzeć na te sprawy nieco z boku, w miarę realistycznie, okiem osoby mieszkającej od kilku dziesięcioleci w regionie, ale stąd niepochodzącej.

Przede wszystkim trzeba wziąć pod uwagę predyspozycje psychiczne, charakterologiczne. Konspirator, co oczywiste, musi mieć silne nerwy, być opanowanym ideowcem przekonanym o słuszności swych poglądów i działań. Ale nie  może to być osoba ukształtowana w bezwzględnym posłuszeństwie dla obowiązującego prawa. Patriotyczny relatywizm nie zawsze będzie w środku zaakceptowany, przyjęty bez zastrzeżeń. Ale chyba wiele racji jest w opinii, że Polacy są mistrzami w szukaniu luk prawnych, w umiejętnym poruszaniu się pomiędzy paragrafami, co z kolei niepojęte jest np. dla Niemca, a w przeszłości Prusaka, dla którego nawet bezprawie musi być zadekretowane. Umiejętność ta okazała się doskonała, wręcz genialna w realiach zaboru – ale niszczy Polskę teraz. Popatrzmy, jak to wyglądało w dawnej Wielkopolsce. W maksymalnym skrócie, bez epatowania datami i nazwiskami.

O konspiracji w dzisiejszym znaczeniu tego słowa mówić możemy dopiero w czasach nowożytnych. Jest to zjawisko, forma walki, związana ze zwalczaniem aktualnej władzy, wymaga tajemniczości, dyskrecji, unikania jawności – zatem w średniowieczu nie była potrzebna. Były różne spiski, knowania, działy się rzeczy straszne i chwalebne, ale w innej formie niż później. Na pewno spisek związany był z okolicznościami udanych zamachów na księcia Leszka Białego w Gąsawie (1227) i króla Przemysła II w Rogoźnie, 8 lutego 1296 r. Wielkopolanie byli też zaangażowani w różne konfederacje, bunty i spiski, jak choćby Maćko Borkowic, wojewoda poznański, który w latach 1352 – 1360  wiele krwi napsuł królowi Kazimierzowi Wielkiemu, nim sam zakończył życie w lochu głodowym zamku w Olsztynie koło Częstochowy. Także i później zdarzały się w regionie lokalne wystąpienia antyrządowe, przeważnie oparte o konkretne wydarzenia.

Różne związki i konfederacje nie omijały też Wielkopolski w XVII i XVIII wieku. Największy zasięg w regionie miała konfederacja barska (1768 – 1772) – ruch konserwatywno – religijny, skierowany przeciwko królowi i panoszącym się w Polsce wojskom carskim, w niektórych kręgach (nie do końca słusznie) uważana za powstanie narodowowyzwoleńcze. Stąd też ruszały nawet wyprawy konfederatów do Polski centralnej, zakończone najczęściej porażką.

Jednak pierwszy przypadek wielkopolskiego ewenementu konspiracyjnego wystąpił w 1794 roku, podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. Wydarzenia te zwykle traktowane są głównie przez pryzmat przysięgi Tadeusza Kościuszki na Rynku krakowskim 24 marca 1794 roku, bitew pod Racławicami, Szczekocinami i Maciejowicami. Tymczasem od sierpnia tego roku swoje powstanie mieli też Wielkopolanie. Region pod panowanie Hohenzollernów dostał się w 1793 roku i początkowo zmiana monarchy nie zanadto zmartwiła mieszkańców tej części kraju. Świadomość narodowa w owym czasie była bardzo słaba, dla większości społeczeństwa obojętny był monarcha, który pobiera podatki. Jednak kilka miesięcy pruskich rządów, nastawionych na wprowadzenie w Wielkopolsce nowych porządków – całkowicie różnych niż w Rzeczypospolitej – spowodowało zmianę nastrojów. W sierpniu 1794 roku doszło do wybuchu w regionie powstania przeciw Prusakom.

Kościuszko po odblokowaniu Warszawy i zwinięciu oblężenia przez wojska prusko-rosyjskie, we wrześniu skierował do Wielkopolski korpus wojska, dowodzony przez Jana Henryka Dąbrowskiego, który aż do uzyskania wiadomości o klęsce pod Maciejowicami, wcale skutecznie sobie poczynał. Chodzi jednak o interesujące zjawisko: wprawdzie powstanie rozpoczęło się na Kujawach, w ciągu kilku dni utworzyły się w regionie inne ośrodki walki – całkowicie spontanicznie, bez  centrum kierowniczego, tajnego rządu, dowództwa itd. Był to swoisty fenomen, który powtarzał się w kolejnych dziesięcioleciach: walka rozpoczynała się niemal równocześnie w kilku miejscach Wielkopolski, a rozstrzygnięcie następowało w ciągu kolejnych dwóch tygodni. Dodajmy, że lokalne walki w Wielkopolsce toczyły się jeszcze w grudniu 1794 roku, podczas gdy w centralnej Polsce dawno już było po powstaniu.

Konspiracja po trzecim rozbiorze Polski, występowała także na ziemiach między Warta i Obrą, choć nie była tak intensywna jak na wschodnich terenach Rzeczypospolitej. Głównie były to kontakty z Francją i werbowanie ochotników do służby w Legionach Polskich we Włoszech. Jednak warunków do pracy konspiracyjnej wewnątrz kraju nie było, nastawiano się bardziej na działalność zewnętrzną, na wyczekiwanie.

/ilustr. Magdalena Skiba/

Sytuacja zmieniła się w październiku 1806 roku. W październiku Prusy, dufne w swą siłę i w tradycję fryderycjańską, wypowiedziały wojnę Francji. Bitwy pod Jeną i Auerstedt szybko ostudziły te zapały, trzeba było myśleć nie o zwycięstwie, lecz o ratowaniu kraju. Napoleon, doświadczony w takich sytuacjach, świadomy, że Prusacy szybko nie skapitulują, podjął decyzję uruchomienia dywersji na zapleczu przeciwnika – najlepiej pod postacią powstania na polskich ziemiach zaboru pruskiego. Z jego inicjatywy w  początkach listopada 1806 roku do Poznania przybyli gen. Jan Henryk Dąbrowski i Józef Wybicki, dając początek pierwszemu zwycięskiemu powstaniu. Konspiracji wcześniej nie było, rozwój wydarzeń był błyskawiczny. Tyle tylko, że mieszkańcy regionu ze skrywaną (niekiedy jawną ) satysfakcją przyjmowali wieści o klęskach armii pruskiej. W rezultacie gdy Dąbrowski i Wybicki 6 listopada 1806 roku przybyli do Poznania i przedstawili antydatowaną odezwę Napoleona, znowu wystarczyły dwa kolejne tygodnie, by Wielkopolska została oczyszczona z oddziałów pruskich i przystąpiono do formowania legii, czyli dywizji poznańskiej, przewidzianej do udziału w walkach u boku Cesarza Francuzów. Nie było wielkich bitew, batalii, starcia ograniczyły się do lokalnych potyczek – w niczym to jednak nie zmienia istoty sprawy. Było to powstanie, powstanie zwycięskie, efektownie zresztą opisane na stronach XII Księgi „Pana Tadeusza”.

Inaczej sytuacja wyglądała w trzy lata później, wiosną 1809 roku, gdy do Księstwa Warszawskiego wkroczył korpus austriacki dowodzony przez arcyksięcia Ferdynanda d’Este. Z lekcji historii wiemy tylko o bitwie pod Raszynem, o śmierci poety – legionisty pułkownika Cypriana Godebskiego, o zajęciu Warszawy i marszu księcia Józefa Poniatowskiego do Galicji. Tymczasem Austriacy, zgodnie z zasadami sztuki wojennej, aby zabezpieczyć swoje główne siły, ruszyli także wzdłuż lewego brzegu Wisły i szybko zajęli Wielkopolskę. Nie mieli z tym trudności, jako że niemal całe polskie wojsko wtedy było albo w centralnej części Księstwa Warszawskiego, albo pod rozkazami Napoleona, w Hiszpanii. Najeźdźcy bez trudności radzili sobie z pojedynczymi grupkami Polaków usiłujących się im przeciwstawić. Konspiracji nie było, ale najwyraźniej oczekiwano wsparcia z zewnątrz i fachowego kierownictwa. Kiedy po bitwie pod Raszynem zapadła decyzja opuszczenia Warszawy i skierowania się na tyły Ferdynanda, do Galicji, zaszła potrzeba zabezpieczenia prawego skrzydła – właśnie od strony Wielkopolski. Książę Józef podjął decyzję najracjonalniejszą: skierował tam Dąbrowskiego i Wybickiego. Powtórzyła się sytuacja z 1806 roku: przyjazd obydwu działaczy do Poznania, ogłoszenie powstania przeciw Austriakom i przejęcie dowództwa nad całym ruchem. Znowu nie było wielkich bitew, działano grupami – ale bardzo skutecznie. Po dwu tygodniach książę minister wojny mógł być pewny, że od strony Wielkopolski nikt niż nie zagrozi jego manewrowi do Galicji. Było to kolejne, zwycięskie powstanie na obszarze Wielkopolski. Przez niektórych dziejopisów niekiedy określane mało eleganckim mianem „ruchawki” – ale było to powstanie, jak najbardziej.

Postanowienia kongresu wiedeńskiego w 1815 roku ostatecznie ustaliły granice między zaborami; właściwie dopiero od tej daty można mówić o utrwaleniu podziału ziem polskich. Od tej chwili też występowały trzy różne drogi rozwoju cywilizacyjnego i kulturowego – mimo podtrzymywania tradycji i języka pomiędzy zaborami. Był wszakże akcent wspólny dla początkowego okresu po-napoleońskiego: nadzieja na odrodzenie Polski, a przynajmniej autonomii w granicach danego państwa rozbiorowego. Wtedy jeszcze nie mierzono zbyt wysoko, oddychając wreszcie po dwudziestoleciu nieustannych wojen. Jednak już po kilku latach się okazało, że  nadzieje te są nierealne, a Berlin i Petersburg  nie mają zamiaru ułatwiać życia Polakom – przeciwnie,  będą starały sie jak najszybciej zasymilować ich w ramach monarchii. Austria, państwo de facto złożone wtedy z mniejszości narodowych,  działała na nieco innych zasadach, ale i tam nie zanosiło się na rozszerzenie autonomii.

Naturalną koleją rzeczy w polskich środowiskach zaczęły się mnożyć spiski i sprzysiężenia niepodległościowe. Z pewnością najbardziej znane jest Wolnomularstwo Narodowe, założone w 1821 roku w Warszawie przez Waleriana Łukasińskiego – organizacja, która miała krzewić świadomość narodową za parawanem legalnie wtedy działającej w Królestwie Polskim masonerii. Mimo początkowych oporów, organizacja ta dość szybko znalazła swych zwolenników w Wielkopolsce. Czołowymi działaczami WN byli tu starzy napoleończycy: generałowie Stanisław Mielżyński, Jan Nepomucen Umiński i pułkownik Ludwik Sczaniecki. Nawykli do służby i działań w wojsku regularnym, nie najlepiej się czuli w działalności na pół konspiracyjnej. Zatem już wkrótce doszło do „buntu” wielkopolskiej loży Wolnomularstwa Narodowego i przekształcenia jej w Związek Kosynierów. Organizacja ta nie istniała długo. Niezadowolenie w WN w Warszawie doprowadziło do powstania zupełnie innego kręgu, zakonspirowanego Towarzystwa Patriotycznego. Związek ten ostatecznie został wykryty i rozliczony przed sądem rosyjskim, a z czasem w jego likwidację zaangażowano też policję pruską. Należy tu podkreślić, że do tego czasu Berlin nie wykrył działalności wielkopolskiej loży Wolnomularstwa Narodowego, Związku Kosynierów i Towarzystwa Patriotycznego – w odróżnieniu od zbytniej wylewności warszawskich działaczy tych organizacji.

Wybuch walk w Warszawie 29 listopada 1830 roku spotkał się z ogromnym (jak na owe czasy) oddźwiękiem w Wielkim Księstwie Poznańskim. Przez granice różnymi drogami dostało się ponad cztery tysiące ochotników z Wielkopolski. Wbrew pozorom, nie było to zadanie zbyt trudne i nie wymagało jakichś specjalnie zakonspirowanych zabiegów. Przyzwyczajeni do współczesnego znaczenia pojęcia granicy i metod jej ochrony, nie możemy zrozumieć, że dwieście lat wcześniej nie było większego problemu z nielegalnym przekroczeniem granicy. Sprawa była nie tyle w jej ochronie, ile w ryzyku schwytania – nawet w miejscu docelowym, w jakiejś miejscowości. Skupiska ludzkie były wtedy znacznie mniejsze niż dziś, każda nowa twarz natychmiast zauważana i budziła, co zrozumiałe, również zainteresowanie żandarmerii i policji. W efekcie problemem było nie samo przekroczenie granicy, lecz umiejętne ukrycie się lub wtopienie w nowe środowisko po jej przekroczeniu. Specjalny kordon rozciągano tylko w przypadku epidemii po drugiej stronie granicy lub kolejnego powstania – ale i wtedy znajdowano sposoby na ominięcie przeszkód. Oczywiście, w przypadku walk za granicą, administracja zaborcy uważnie obserwowała ruch w miejscowościach przygranicznych, patrolowano drogi itd. Wbrew pozorom też, orientacja policji i żandarmerii na danym terenie była znacznie lepsza, niż można to wywnioskować z niekiedy tromtadrackich relacji w pamiętnikach i listach. W okresie pokoju i spokoju, zdobycie paszportu nie sprawiało większych trudności. Było to szczególnie ważne w przypadku ziemian, którzy musieli zachować kontrolę nad swoimi majątkami położonymi po obydwu stronach granicy.

W okresie powstania listopadowego i wojny polsko – rosyjskiej z lat 1830 –1831 konspiracja dotyczyła przede wszystkim umiejętnego przerzutu ludzi i „efektów” wojennych, zbieraniu funduszy itd. Przekraczanie granicy odbywało się niekiedy w anegdotycznych okolicznościach, świadczących o pomysłowości i tupecie przyszłych powstańców. Przykładowo: dr Karol Marcinkowski, przyszły duchowy przywódca organiczników wielkopolskich, po prostu pewnego wieczora jak zwykle wyjechał poza Poznań do chorego; zwyczajowo i odruchowo przepuszczony przez znających go doskonale strażników, zatrzymał się za Strzałkowem i w Warszawie…

Działania polskich konspiratorów w zaborze pruskim, jak wspomniano, często przedstawiane są jako przedsięwzięcia doskonałe organizacyjnie i świetnie zakamuflowane. Tymczasem policja pruska nie miała trudności w orientacji w środowisku polskim. Przykładem może być ponoć szczególnie tajny i zakonspirowany przyjazd do Wielkopolski Adama Mickiewicza, zamierzającego przekroczyć granicę walczącego Królestwa Polskiego. Występował m.in. pod pseudonimem Adama Mühla, prywatnego nauczyciela. Jednak wiele wskazuje na to, że poeta starał się stworzyć wrażenie wielkiego zaangażowania w sprawę przejścia granicy, ale działał niezgrabnie i kunktatorsko – w gruncie rzeczy tak, by przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem. Ostatecznie z przekroczenia granicy niewiele wyszło, a gdy powstanie upadło, Mickiewicz rozpoczął słynną wędrówkę po dworach wielkopolskich. Wiadomo dziś, że policja pruska doskonale wiedziała, kim naprawdę jest ów „nauczyciel”, ale mu nie przeszkadzano gdy zauważono, że po klęsce polskiej w wojnie z Rosją poeta w sprawy polityczne już się nie angażował.

Berlin zareagował obwieszczeniem ustalającym datę natychmiastowego powrotu powstańców – ochotników z Księstwa, pod rygorem konsekwencji sądowych. Oczywiście, był to krok ściśle formalny, gdyż nikt nie zareagował. Zarządzono więc śledztwo, w Poznaniu ustawiono szubienicę z powieszonymi in effigie polskimi powstańcami – w postaci ich portretów, a po powrocie rozpoczęły się procesy. Formalnie biorąc, konsekwencje były dokuczliwe: kary twierdzy, grzywny, konfiskaty majątków. Ale mimo nacisków Petersburga, szybko, z nielicznymi wyjątkami (np. osoby generała Jana Nepomucena Umińskiego, który po odsiedzeniu kary więzienia miał zakaz powrotu do Wielkiego Księstwa Poznańskiego) sankcje te cofnięto. Głównie chodziło o swoiste zagranie na nosie nielubianej Rosji i wykazanie swej niezależności wobec nacisków cara – tak jednak, by nadmiernie nie zepsuć stosunków międzypaństwowych. Represjami objęto również kobiety, które przedostały się przez granicę i pracowały jako sanitariuszki w szpitalach polowych, m.in. Emilię Sczaniecką i Klaudynę Potocką. Pierwsza z nich ostatecznie jednak wróciła do swego Pakosławia, ale Potocka miała zakaz powrotu w rodzinne strony.

Upadek powstania listopadowego i klęska w wojnie z Rosją, jednak zmieniły obraz polityczno-niepodległościowy w Wielkim Księstwie Poznańskim. Rozpoczęła się specyficzna wielkopolska droga do niepodległości, polegająca na pracy organicznej połączonej z gotowością do walki zbrojnej. Z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, że owa linia działania, spontanicznie, odruchowo przyjęta w regionie, a wyjątkowo skuteczna w ostatecznym bilansie, nie najlepiej wpłynęła na umiejętności konspiracyjne w Księstwie. Nie wolno zapominać, że w czynną lub konspiracyjną działalność niepodległościową zawsze zaangażowany był stosunkowo niewielki procent ludności, powiększający się w chwili, gdy już do walki doszło. Byli to ludzie na ogół wykształceni, o wysokiej świadomości narodowej – a więc znani i widoczni w swym otoczeniu. Nie jest to okoliczność sprzyjająca konspirowaniu. Z czasem, gdy liczba ludności wzrosła i łatwiej było się wtopić w tłum, szczególnego znaczenia nabrał inny czynnik, wcześnie spotykany, ale jeszcze nie tak istotny: donosicielstwo.

Okres kilkunastu lat między upadkiem powstania listopadowego i Wiosną Ludów, z perspektywy czasu może być oceniony nie inaczej, jak bardzo surowo. Był to bowiem czas równie wielkiego zapału patriotycznego i rozmachu w planowaniu, co nieudolności w realizacji. Idee romantyczne w połączeniu z rodzącymi się ruchami emancypującymi społecznie, bardzo boleśnie zderzyły się z konkretnymi, rzeczowymi realiami politycznymi i militarnymi. Solidaryzm narodowy, traktowany w Wielkopolsce spokojnie i rzeczowo, został uzupełniony o idee demokratyczne i rewolucyjne przywożone z zewnątrz, nie zawsze spotykające się z aprobatą miejscowych działaczy narodowych. Analiza źródeł, zachowanych relacji, pamiętników, tekstów publicystycznych pozwala wyrazić wielki podziw dla idealizmu tych ludzi, a równocześnie zdumienie dla ich nieporadności w działaniu. Nawet przy uwzględnieniu mentalności i zasad obowiązujących w owym czasie.

Wielkopolska stała się wtedy swoistym poligonem dla działań emisariuszy emigracyjnych, zwłaszcza z kręgów Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. W samym regionie wśród polskich działaczy niepodległościowych ścierały się dwie koncepcje: Komitetu Poznańskiego i zwolenników ruchu o charakterze społecznym, ludowym. Obydwie dążyły do powstania zbrojnego, ale innymi drogami. Szczególnie groźne dla skuteczności działania były akcje organizowane przez aktywistów spod znaku Walentego Stefańskiego, którzy często swoimi nieprzemyślanymi działaniami ujawniali zamiary, odkrywali karty, dekonspirowali współpracowników. Nic więc dziwnego, że pogromem skończyła się działalność Związku Plebejuszy i Związku Wiarusów, a sam Stefański stał się ulubionym obiektem swoistych szykan – zabaw dla policji pruskiej. Sytuację tę bardzo boleśnie odbierał stojący już nad grobem Karol Marcinkowski.

W tej atmosferze przygotowywano realizację planu powstania, które zasięgiem objąć miało wszystkie trzy zabory – jedynego takiego w całym okresie niewoli. Emisariusze emigracyjni, którzy byli głównymi łącznikami pomiędzy TDP i krajem, często zachowywali się nieodpowiedzialnie. Ale mieli wzór w kręgach kierowniczych przyszłego powstania: sam Mierosławski, wódz przygotowywanego ruchu, wszem i wobec ogłaszał swoje plany i nie krył zamiarów. Odnieść można wręcz wrażenie, że była to „konspiracja”, mająca bardziej charakter propagandowy, agitacyjny, niż nastawiona na skuteczność działania. Julius von Minutoli, prezydent policji w Poznaniu, dość dobrze był zorientowany, co się święci – potrzebował tylko oficjalnego zeznania na piśmie, donosu, dokumentu. I taki donosiciel, Henryk Poniński, się znalazł. Nie było już żadnych przeszkód, by w ciągu kilku dni dokonać całkowitego pogromu wśród przywódców planowanego powstania. Desperackie próby rozniecenia walki podejmowane na Moście Chwaliszewskim, na Górczynie i w okolicach Cytadeli, nie miały już najmniejszych szans powodzenia. Do działania ruszył tylko Kraków, niezorientowany w rozmiarach poznańskiej klęski. Ale i tam Austriacy szybko się z powstańcami uporali, przy walnej współpracy polskich chłopów, pod wodzą m.in. Jakuba Szeli skierowanych na polskie dwory.

Kontynuacją tej ponurej groteski był przebieg tzw. pierwszego procesu moabickiego w 1847 roku. Postawiono wtedy przed sądem niemal wszystkich czołowych przywódców polskiego ruchu. Zaczęło się odkrywanie szczegółów planowanego działania, w czym najwięcej pomógł… sam Mierosławski, zwiedziony przez niemieckiego urzędnika policyjnego. Ujawnił niemal wszystkie szczegóły planowanego działania, co zresztą zostało opublikowane w materiałach z procesu. Nic dziwnego więc, że koledzy z ławy oskarżonych nie chcieli go potem znać i odmawiali podania mu ręki. Niewiele mu to pomogło, zapadł wyrok śmierci. Przykrym efektem tej sytuacji było śledztwo uzupełniające, jakie zarządzono w Księstwie. Jednym z wątków było zaangażowanie Emilii Sczanieckiej w przygotowania konspiracyjne. Wystąpił tu przykład niezwykle rzadkiej solidarności poddanych z ich ziemianinem. Chłopi z majątku Sczanieckiej w Pakosławiu i służba, jak jeden mąż przed komisją śledczą zeznawali pod przysięgą, że nic im nie wiadomo o konspiracyjnych, niepodległościowych kontaktach dziedziczki, o potajemnych transportach literatury emigracyjnej – a potem gremialnie udawali się do kościoła po rozgrzeszenie z krzywoprzysięstwa. Z drugiej strony jednak sama panna Emilia jako konspiratorka różnie się spisywała. W tym okresie zabroniono jej przyjeżdżać do Berlina. Raz tylko mogła tam przybyć, ale tylko na 24 godziny. Przyjechała, zmieniła fryzurę i odzież –  i… zamieszkała na kilka kolejnych dni. Anegdotyczna, trochę naiwna sytuacja wyraźnie świadczy o mentalności ludzi w owych czasach. Liczono, że taki „kamuflaż” w zupełności wystarczy dla pełnej konspiracji. Przed aresztowaniem na pewno Sczaniecką uratowało unikanie w Berlinie kontaktów z emigrantami i środowiskami politycznymi.

Wydarzenia z dwu kolejnych lat wyraźnie przeczą ustalonym regułom i schematom. Władzom pruskim nie spieszyło się z wykonaniem wyroków zasądzonych w 1847 roku, a w Europie zaczął nabrzmiewać ruch społeczny, który później został określony mianem Wiosny Ludów. Do stolicy Prus fala buntu dotarła w marcu 1848, na kilka miesięcy zupełnie przewracając dotychczasowe realia. Władzę przejęli liberałowie dążący do konfliktu z Rosją i rozpoczęcia procesu jednoczenia Niemiec. Oczywiście więźniowie polityczni, wśród nich Polacy, natychmiast odzyskali wolność. W Wielkim Księstwie Poznańskim, prowincji graniczącej z Rosją,  pojawiła się koncepcja utworzenia korpusu polskiego wojska, który u boku armii pruskiej ruszyłby na wschód, przeciwko Rosji. Region zostałby poddany „reorganizacji”, czyli wyodrębnieniu obszaru objętego autonomią, z własnym rządem i parlamentem. Zgodnie z tym Księstwo zostało objęte siecią polskich komitetów narodowych. W żadnym przypadku więc nie przygotowywano powstania przeciwko Prusakom, lecz szykowano się do boju z jednym zaborcą, u boku innego. Był to czas gromadzenia ochotników w obozach, czas solidaryzmu polsko – niemieckiego i żydowskiego, wielkiej zgody i przyjaźni. O konspirowaniu nikt nie myślał – bo i nie było takiej potrzeby. Na generalnego inspektora obozów (de facto wodza naczelnego) przyszłego wojska wyznaczony został… Ludwik Mierosławski, uwolniony z berlińskiego więzienia. Zapomniano mu nieudolność z 1846 roku i fatalną postawę na procesie moabickim. Po prostu nie było w regionie nikogo, kto mógłby poza nim objąć to stanowisko. A i on nie miał nic przeciwko temu.

Tymczasem upłynęły dwa kolejne tygodnie i w Berlinie sytuacja zmieniła się całkowicie. Król i dowództwo armii, trzeźwo oceniając możliwości wojsk pruskich w samotnej wojnie przeciwko żandarmowi Europy, absolutnie nie zamierzali angażować kraju w awanturę polityczną. Rząd liberalny upadł, wojna z Rosją stała się nieaktualna – ale trzeba było coś zrobić z Polakami w Wielkim Księstwie Poznańskim, nadal poważnie traktującymi  dotychczasowe ustalenia. Zastosowano metodę kija i marchewki: z jednej strony wciąż łudzono obietnicą „reorganizacji”, powoływano różne zespoły, komitety, ogłaszano plebiscyty itd., a z drugiej systematycznie wprowadzano do regionu oddziały landwery z Pomorza i ze Śląska, stopniowano napięcie, rozbijano polskie Komitety Narodowe, coraz częściej dochodziło do lokalnych starć zbrojnych. Solidarystyczne nastroje zniknęły bez śladu, a w polskich szeregach pojawiły się dezorientacja i niepewność.

Prusacy odkryli karty 29 kwietnia, atakując i pacyfikując polski obóz w Książu. Mierosławski natychmiast skoncentrował oddziały z innych obozów i następnego dnia stoczył zwycięską bitwę pod Miłosławiem, a w kilka dni później – pod Sokołowem koło Wrześni. W Księstwie dochodziło też do mniejszych bitew, do partyzantki, m.in. dowodzonej przez Jakuba Krauthofera – Krotowskiego i Włodzimierza Wilczyńskiego, ale szans na zwycięstwo nie było żadnych. Granica z Królestwem Polskim była pilnowana przez Rosję, pomocy z zewnątrz nawet nie rozpatrywano. W tej sytuacji polskie oddziały same szybko się rozeszły. Do dziś istotne jest rozstrzygnięcie kwestii, czy było to powstanie. Jeżeli nawet, to raczej samoobrona wobec pacyfikujących region wojsk pruskich, a potem walka już tylko o honor. Początkowo wcale nie zamierzano walczyć przeciwko Prusakom i tylko rozwój wydarzeń wymusił taką sytuację. Oczywiście, o konspirowaniu nikt już wtedy nie myślał. Strona pruska początkowo nie wyciągała poważniejszych konsekwencji i dopiero w 1850 roku zaostrzono kurs, likwidując m.in. Ligę Polską i większość polskiej prasy w Księstwie.

/ilustr. Magdalena Skiba/

Warunki do podziemnej działalności pojawiły się dopiero w przeddzień wybuchu powstania styczniowego. Cały ruch był wtedy zorganizowany na zupełnie innych zasadach, niż w roku 1830. Przede wszystkim władze planowanego powstania, a później Rząd Narodowy, z góry założyły, że de facto uczestnikiem walki zbrojnej będzie cały naród, niezależnie od zaboru – w takim zakresie oczywiście, w jakim będzie to możliwe. Zatem powołano przedstawicieli na zabory pruski i austriacki, a system zaopatrzenia, dostarczania ludzi, broni, amunicji, środków finansowych i „efektów” wojskowych, we wszystkich trzech zaborach został w miarę możliwości zsynchronizowany. Oczywiście warunki funkcjonowania były całkowicie różne w każdym z zaborów, w każdym przypadku zaś wymagały działalności zakonspirowanej. W Poznańskiem powoływano kolejne komitety pomocy powstańcom styczniowym, dość szybko rozpracowywane przez policję, a potem likwidowane. Sukcesem dla władz pruskich było uzyskanie podczas rewizji notatnika Jana Działyńskiego, z nazwiskami i danymi współpracowników.

Z drugiej strony zaś interesujące są wnioski wynikające z obserwowania metod działania policji pruskiej i mentalności władz berlińskich. To bardzo ważne, gdyż ilustruje sposób rozumowania strony polskiej i niemieckiej. Przykładowo w 1863 roku w jednym z numerów „Gazety Wielkiego Księstwa Poznańskiego” ukazał się anons, wzywający właściciela do odbioru wozów z bronią, porzuconych w lesie takim to a takim. W zaborze rosyjskim  byłoby to nie do pomyślenia, tam w podobne formalności prawno – administracyjne by się nie  bawiono. O niedostatkach systemu kamuflowania działalności niepodległościowej świadczyć mogą w tym czasie przede wszystkim częste przechwytywanie transportów z bronią z Zachodu przez policję i żandarmerię pruską, a także rozbijanie tworzonych po pruskiej stronie polskich oddziałów powstańczych, zanim jeszcze przekroczyły granicę i ruszyły do walki w Królestwie Polskim. Dlatego dość szybko zrezygnowano z takiej praktyki i tworzono je dopiero po przekroczeniu granicy, już na obszarze zaboru rosyjskiego. Potwierdziła się zasada uważnej obserwacji polskich środowisk przez władze pruskie i zjawisko, z którym trudno nam się pogodzić, a jednak prawdziwe: penetracja polskich środowisk niepodległościowych. Zasada, która zachowała aktualność aż do roku… 1989.

W latach 1863 – 1864 nastąpiło powtórzenie pewnych prawidłowości, zauważalnych w latach 1831 i 1848. Po wybuchu powstania styczniowego została zawarta tzw. konwencja Alvenslebena, w której Prusy i Rosja zobowiązały się do współpracy przy zwalczaniu polskiego ruchu niepodległościowego. Jak w 1831 roku rozciągnięto kordon wzdłuż granicy – i jak wtedy była to zapora niezbyt szczelna. Jawnie tworzone na terenie Prus oddziały powstańcze były szybko a spektakularnie (wobec Rosji) rozbijane, ale pojedynczy ochotnicy nie mieli trudności z przekroczeniem granicy Organizowaniem im pomocy zajmowały się formalnie zakonspirowane komitety, w Prowincji Poznańskiej powstawały też lazarety udzielające pomocy rannym powstańcom. Jednak władze pruskie nie przeszkadzały; w ten sposób formalnie nie utrudniały działalności samarytańskiej, a równocześnie zachowywały kontrolę nad ruchem ochotników – powstańców po obydwu stronach granicy, których przenoszono na pruską stronę. Policja ich obserwowała, a po wyzdrowieniu – aresztowała i osadzała w więzieniach. Wówczas członkinie owych komitetów (bo najwięcej było tam właśnie pań) zajmowały się organizowaniem fałszywych dokumentów i ucieczek ozdrowieńców, a następnie ich przekazywaniem na zachód, za granicę. Po upadku powstania, podobnie jak w 1847 roku, doszło do kolejnego wielkiego procesu Polaków z Poznańskiego – uczestników walk za kordonem, tzw. drugiego procesu moabickiego. Znów zapadły surowe wyroki, ale władze pruskie nie zanadto się spieszyły z ich wyegzekwowaniem.

Reguły pracy organicznej, która ostatecznie stała się obowiązująca w zaborze pruskim, nie obejmowały pracy konspiracyjnej. Niekiedy trudno jej było uniknąć, ale podstawą było maksymalne wykorzystywanie obowiązującego prawa dla wyciągnięcia jak największych korzyści przez środowiska polskie. Co prawda, jeszcze w I połowie XIX wieku zdarzały się swoiste happeningi w rodzaju wywieszania na polskich pałacach flag biało – czerwonych, pod pretekstem, że są to barwy Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Jednak w miarę postępującej polityki germanizacyjnej w drugiej połowie tego stulecia w zasadzie tylko podziemne nauczanie języka polskiego i polskich tradycji miało charakter konspiracyjny. W pozostałych dziedzinach życia nastawiano się nie na walkę, na robienie na przekór władzom pruskim, lecz na rywalizację w ramach obowiązującego prawa. Okazało się, że Polacy doskonale umieją się poruszać w meandrach paragrafów tak, by udało im się osiągnąć zamierzone cele. Artystą w tej działalności okazał się ksiądz Piotr Wawrzyniak, który w najmniejszym punkcie nie naruszając obowiązującego prawa, utworzył w zaborze pruskim prawdziwe polskie imperium finansowe – oczywiście na miarę środowiska i obszaru. Nawet w okresie nasilenia ruchu germanizacyjnego i ustaw nadzwyczajnych, na przełomie wieków XIX i XX, możliwe były happeningi w rodzaju zachowania Michała Drzymały i spektakularne akcje protestacyjno-propagandowe w postaci strajków szkolnych, z wrzesińskim na czele. Dziś często zapomina się, że zarówno Drzymała, jak i dzieci ostatecznie przegrali, ale wymierne efekty ich protestu pozostały. W zaborze rosyjskim władze carskie w ogóle by do tego nie dopuściły, a protestujący szybko zapełniliby więzienia i poznali uroki Syberii. W wilhelmowskich Niemczech nawet bezprawie musiało być zadekretowane, a to w określony sposób kształtowało mentalność polskich środowisk niepodległościowych. W polskich kręgach ten sposób rozumienia stosunków polsko – niemieckich obowiązywał aż do 1939 roku – oczywiście poza realiami powstania z lat 1918 – 1919.

Marek Rezler*

[Część druga zatytułowana „Od „Sokoła aż do dziś” ukaże się w szóstym (czerwcowym) numerze Netkultury.]

Polecamy też lekturę wywiadu Netkultury z M. Rezlerem http://www.netkultura.pl/?p=2078

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

*dr Marek Rezler – historyk i publicysta, ur. 31 lipca 1948 roku w Gorzowie Wielkopolskim, absolwent UAM w Poznaniu, doktor nauk humanistycznych (1983, Uniwersytet Warszawski). Specjalizuje się w dziejach Polski i regionu wielkopolskiego, ze szczególnym uwzględnieniem wieków XIX i XX. Zajmuje się powstaniami narodowo-wyzwoleńczymi (szczególnie wielkopolskim lat 1918 – 1919). Autor wielu publikacji książkowych (m.in. „Powstanie wielkopolskie 1918-1919. Spojrzenie po 90 latach”, „Wielkopolska Wiosna Ludów 1848”, „Emilia Sczaniecka 1804 – 1896”, Hipolit Cegielski 1813 – 1868”, „Kalendarium poznańskie” Poznań 2003, „Poznań – miasto niepoznane – współautorstwo), licznych artykułów w prasie naukowej i codziennej. Stały współpracownik prasy lokalnej, telewizji oraz Radia Merkury.

Tags:

14 komentarzy

  • Jaxa z Kopanicy

    Bardzo dobrze, że autor dołożył Mickiewiczowi, bo udawanie, że nie mógł sie dostać do Kongresówki było dla mnie w latach szkolnych makabrycznym przykładem hipokryzji. Facet silny jak byk udawał niedoszłego powstańca, a cherlaka Słowackiego trzeba było powstrzymywać. Ot, ciekawostka

  • Marek Rezler

    Cieszę się z tej opinii. Adam Mickiewicz, wspaniały poeta, jako człowiek był (oględnie mówiąc) wielce nieciekawy, ale otaczająca go legenda nie dopuszcza do przekazywania o nim innych opinii, niż gloryfikujące. Nawiasem mówiąc, Słowacki też nie był święty. Przybył w 1848 roku do Wielkopolski, początkowo bardzo kręciło go to, co tu zastał, napisał wiersz na ten temat („Natenczas w Poznaniu”), ale potem najzwyczajniej zaczął się wygłupiać i są przesłanki świadczące o tym, że sami Polacy donieśli na niego poznańskiej policji. W rezultacie poeta otrzymał nakaz natychmiastowego opuszczenia Wielkiego Księstwa Poznańskiego.Polecenie wykonał, ale zrewanżował się szyderczym wierszem „Wiwat, Poznańczanie”. Obydwaj kompletnie nie rozumieli mentalności Wielkopolan, a przede wszystkim istoty rozgrywających się wydarzeń w latach 1831 i 1848.

    • Hufnagiel

      Panowie! Toż wy nie rozumiecie Poetów. Poeta to Artysta.
      ?
      Potomu, szto my artisty, nasze miesto w bufiete.

      Wiec tam spędzali czas.
      Wiedzieli co pisali? Jeden sam się przyznał. Jak pisałem to wiedziałem, powiedział.
      I bardzo dobrze – szczery chłopak.

      Mieli się martwić i coś robić „w realu”?

      My artisty…

      • Częściowa zgoda

        Większość artystów, to ludzie, którzy z jednej strony bywają genialni, ale z drugiej nie nadają się do życia stadnego. Rewelacyjnie ujął to Andrzej Wajda w serialu-składance „Z biegiem lat, z biegiem dni”. To, co nam się przedstawia na lekcjach i w apologetycznych opowiastkach, to tylko jedna strona medalu. Bardzo wielu z nich miało do czynienia – i to ostro – z używkami, z alkoholem, często morfiną, a dziś także z narkotykami. Ale o tym się nie mówi. Z kolei opowieści o Witkacym-narkomanie, który nawet to akcentował na swoich obrazach, to lipa, element legendy. On sam ją zresztą troskliwie podtrzymywał.

  • Hufnagiel

    Praca organiczna. Czy czasem nie powinniśmy wrócić do tego, zdawałoby się, staroświeckiego pojęcia? I zapytać poznaniaków – szto dziełać, kak żyć?
    ?
    Może potrafiliby odpowiedzieć?
    Mocno jestem przekonany, że opcje (zakamuflowane, of course) wielkopolsko, śląsko, wrocławsko, zielonogórsko, szczecińsko… No dobrze, wszystkie (oprócz zapadłych podkarpackich, kieleckich, podlasko-lubelskich, też i mazowieckich) mają rację!
    Coś w tym jest, że mówi się – jest Polska taka i taka.
    Jest rozsądna, jak w poznańskim. I jest taka, co tu wiele mówić, głupia.

  • obawiam się, że dzisiaj nic z pracy organicznej nie wyjdzie. Ta zapadłą – jak pan ją nazywa – nie poszła do przodu, a ta Polska niezapadła się „cofła”. Zresztą organicznikom było kiedyś dużo łatwiej – nie scigali się na wiejską;))

  • Na wiejską, to faktycznie nie… Ale do pruskiego parlamentu, to i owszem;) Mnie w materiale p. Rezlera tradycyjnie zainteresował kolega JHDąbrowski. Znany głównie z hymnu i leginów, a nie z tego, że był paskudnie militarnie skuteczny (w duecie z Wybickim to i politycznie). O iel dobrze pamiętam – idąc do polskiego wojska w pośpiechu uczył się naszego języka;)) Kompletnie zapomniana (wbrew wszelkim pozorom!) postać. Niestety. O jego cool i trendy syny Janie MIchale to juz nawet nie wspominam, a też oryginał do tego ozeniony z krzykliwa włoszką:)

    • Częściowa zgoda

      Dodam jeszcze, że z tym galopkiem na Wiejską, to mamy zupełnie inne czasy. Do parlamentu pruskiego pchano sie w określonym celu politycznym, a mniejszym – materialnym. Ksiądz Wawrzyniak np. bardzo się z wyboru ucieszył, bo dzięki temu za darmo mógł jeździć koleją po całym Cesarstwie Niemieckim – a to było ważne w jego fusze patrona Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych. Profity z tego były jakby średnie. Zresztą cenzus majątkowy wtedy obowiązujący sprawiał, że gołodupiec nie pchał się do parlamentu by się odkuć, bo żyć i tak miał z czego. Pozdrawiam 🙂 M.R.

  • Marek Rezler

    Dzięki za zainteresowanie tekstem i za miłe głosy.:) Pojawiło się tu trochę nowych, ciekawych wątków. Przede wszystkim praca organiczna w wydaniu dziewiętnastowiecznym, byłaby dziś cokolwiek anachroniczna, a i Wielkopolska już nie ta.Tradycja wielkopolska w dużej mierze została już rozmyta, endecja zaś nieźle namieszała w głowach ludziom i do dziś widać tego efekty. Przede wszystkim w nieporadności podczas głoszenia własnych niedociągnięć i sukcesów. Słaba też jest znajomość własnej historii.Tu trzeba rzeczywiście zaczynać pracę u podstaw.

    • Hm.. Szkoda, że tradycja wielkopolska została rozmyta.
      Im dłużej żyję na ścianie wschodniej, tym bardziej tej tradycji wielkopolskiej mi brak.
      Przecież, porządek musi być!
      A tu, wyobraźcie sobie, do kontenera na śmieci wrzucaja całe kartony i to tak, że zatykają to miejsce, gdzie się śmieci wrzuca. A przecież, ile to roboty, karton zgnieść i wrzucic kawałek płaskiej tekturki.
      Nie, Prawdziwy Polak Podkarpacki takimi głupstwami się nie zajmie.
      Jego obchodzi Królowanie, Prawda, no i tej Prawdy odpowiednia Reprezentacja.

      • Częściowa zgoda

        Zgadzam się z Panem, ale tylko częściowo. Powszechna bezmyślność i tępe odruchy są tu tak samo widoczne, jak w innych częściach Polski, a gospodarowanie w Poznaniu jest dziś takie, że Cyryl Ratajski już nie przewraca się, a wiruje w grobie. Tradycyjne myślenie zauważalne jest głównie wśród starszego pokolenia poznaniaków i na tzw. landzie, w terenie, na prowincji. Tam niektóre tradycje i wartości w pełni się zachowały. To co w innych częściach Polski jest oznaką stagnacji i może nawet obskurantyzmu, tutaj – to zawekowana tradycja, którą warto smakować po kawałku, porcyjkami.

  • Marek Rezler

    Co do gen. Jana Henryka Dąbrowskiego i charakterze jego stosunków z J. Wybickim, to też krąży wiele legend i utrwalonych stereotypów. Przede wszystkim wcale nie byli przyjaciółmi, lecz tylko rewelacyjnymi współpracownikami. JHD był najpierw wychowywany w duchu polskim – przez dziadków Lettowów, spolonizowanych Niemców. Gdy skończył 11 lat, został przez ojca zabrany do Drezna i aż do 1792 roku prawie nie używał języka polskiego. Do końca życia kaleczył polski, najlepiej mówiło mu się i pisało po niemiecku lub francusku. Jako dowódca był dobrym rzemiechą, nie szalał, nie wariował, nie kmicicował, a przegrał tylko raz, w 1812 r., w obronie Borysowa – ale i wygrać tam nie mógł. Wybicki spełniał przy nim rolę „komisarza politycznego” – on był od organizowania, pisania i gadania, Dąbrowski – od wojowania.

    • JHD przeklinał ponoć w 5 językach: po niemiecku, polsku, francusku, włosku i rosyjsku;)
      Myśle że włąśnie dlatego, że rzemiochai nie szalał a systematycznie (ak nieco po osiemnastowiecznemu) ciułał te małe zwycięstewka, to gdyby nie hymn i legiony (bardzo krótki epizod w jego karierze przecież) byłaby to postać kompletnie zapomniana. Ba! Przez udział w komisji nadzorującej redukcje armii może nawet wyklęta (szczególnie gdyby się do jego „teczki” dorwał Madaliński).
      O właśnie – my tu o Kościuszce itp. a o marszu Madaliskiego (po jakim to regionie, a?):) to już prawie nikt nic nie wie, prawdaż?

  • Marek Rezler

    Dąbrowski w 1792 roku był w sytuacji bez wyjścia. W Saksonii zlikwidował wszystkie swoje sprawy i gdyby po klęsce w wojnie z Rosją nie podpisał akcesu do Targowicy, umarłby z głodu. Jako szef szkolenia w brygadzie Madalińskiego zwalniał tylko miernoty, pozostawiał w służbie tylko najlepszych i w ten sposób przekształcił 1 Wielkopolską Brygadę Kawalerii Narodowej w jednostkę kadrową. Na jej czele Madaliński w 1794 roku rozpoczął słynny marsz do Ostrołęki. Dąbrowskiego wtedy akurat nie było w brygadzie. Oficerowie zachowali się jak IPN-owcy: z urzędu i zaocznie skazali go na śmierć za skumanie się ze zdrajcami. Dąbrowski nie był między nimi lubiany: kiepsko mówił po polsku, z niemiecka wymagał porządku i dyscypliny, był konsekwentny i uparty. Rzeczywiście było ryzyko, że jak go złapią, to zrobią z niego wahadło. Zatem Dąbrowski uciekł do przodu i sam zażądał od Kościuszki śledztwa i oczyszczenia z zarzutów. Zrobił to Wybicki. Odtąd zaczęła się współpraca (ale nie przyjaźń!) między Dąbrowskim i Wybickim i szczera niechęć między Dąbrowskim i Madalińskim, co starano się ukrywać i maskować.

Zostaw odpowiedź do Jarek