Inka Walkowiak: Recepta na czytanie

18 maja 2011 10:1112 komentarzy

/fot. Anna Kolasińska, psa ogonem odwrócił ktoś inny. Jeszcze się nie przyznał/

Dlaczego Polacy nie czytają? To pytanie jest pozbawione racji bytu – skoro według statystyk większość nie czyta, każdy z tej większości sam sobie odpowie. Oczywiście, można założyć, że pytanie zadaje przedstawiciel czytającej mniejszości, ale po pierwsze, co mu do tego, po drugie – jeśli nawet dojdzie do wymiany poglądów na linii czytający – nieczytający, dyskusja odbywać się będzie na dwóch niemających punktów wspólnych płaszczyznach. Natomiast, czy taki stan rzeczy jest dobry i czy  jako społeczeństwo powinniśmy się kwestią nieczytania zadręczać, to już zupełnie inna para kaloszy.

Jacek Gulanowski w artykule „Gutenberg umarł!” – na łamach Netkultury, gdzieś tu w kolumnie obok – usiłuje problem bagatelizować. Odwraca kota ogonem (i to kilkakrotnie), a czyni to tak przekonująco, że omal uległam czarowi jego wywodów i prawie byłabym uwierzyła, że ma rację.

Zabawa z kotem ma tę zaletę, że każdy może go sobie poodwracać. Można też kota wkładać do worka i go wyjmować, a nawet (ledwie już dychającego) kota w worku kupić. Mniej więcej tak wygląda dziś dyskusja o czytelnictwie w naszym kochanym państwie, którego zresztą (jak twierdzą niektórzy) i tak już nie ma.

Zanim przyłączę się do zabawy w odwracanie kota, pozwolę sobie wyjaśnić, że kurz książek wdychałam już w niemowlęctwie, odkąd tylko – raczkując – przemieszczałam się od jednej półki z książkami do następnej. I tak jakoś młoda skorupka molami książkowymi nasiąkła, że do dziś muszę je karmić po książki sięgając.

Żeby jednak nie okrzyknięto mnie starym, przesiąkniętym molami książkowymi skorupiakiem, czym prędzej wyjaśniam, że odkąd poznałam Internet, wydał mi się iście baśniowym, wymarzonym lustereczkiem, w którym mogę zobaczyć nie tylko Królewnę Śnieżkę, ale wiele ciekawych i przedziwnych rzeczy, w różnych miejscach na świecie, za siedmioma górami i siedmioma lasami, a nawet w jaskiniach światowych bibliotek i galerii.

Ha! Jest Internet także magiczną kulą, dzięki której dziadek siedzący przed ekranem  w Rzeszowie  rozmawia z wnukami w Nowym Jorku, a córka w Krakowie widzi matkę w sanatorium w Świeradowie. I wystarczy chwilę poklikać, by wkrótce nadesłano nam zamówiony towar, przesłano lub odebrano pocztę i udzielono porady. Słowem, Internet jawi się nam jako narzędzie spełniające bogatą gamę odwiecznych marzeń człowieka, zawartych w ustnie przekazywanych mitach i baśniach z czasów, gdzie o wynalazku Gutenberga nikomu się jeszcze nie śniło.

Ilekroć wchodzę do do Internetu i witam się się z przedstawicielami tego wirtualnego świata, tylekroć przychodzi mi do głowy wyświechtane bajkowe zakończenie: I ja tam byłam, miód i wino piłam. Czy to dziwne, że nie tęsknię za epoką kolejek w  bibliotekach i czytelniach uczelnianych?

Młodzieży należy się tu małe wyjaśnienie. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku (jak pomyślę, że jestem taka ubiegłowieczna, to moja broda sama z siebie wpada w drżenie) studenci byli chudzi jak szparagi nie tylko z powodu socjalistycznej diety w studenckich stołówkach, ale także z powodu uganiania się za skryptem czy specjalistycznym czasopismem. Zwyczaj biblioteczny był np. taki (Politechnika Wrocławska), że po odstaniu w kolejce (!!!) i złożeniu zamówienia (które jechało windą na inne piętro do archiwum), oczekiwało się na książkę lub informację, kiedy owa będzie do odbioru. Czasem zdobycie jednego, niezbędnego do przygotowania referatu artykułu wymagało karkołomnych trudów. Najpierw jazda tramwajem z Placu Grunwaldzkiego do Biblioteki  Uniwersyteckiej, potem oczekiwanie na wolny stolik w czytelni (były to czasy, w których nie dało się studiować bez czytania), wreszcie trawienie treści zdobytych materiałów i szybkie odręczne notatki, by zdążyć przed zamknięciem placówki. Mimo wszystko, satysfakcja była współmierna do włożonego trudu.

A jednak, jeśli kiedykolwiek  zdecyduję się na uniwersytet trzeciego wieku, skorzystam z  Internetu jako najłatwiejszej w obsłudze czytelni. Powrót do dawnych czasów byłaby czerpaniem wiedzy jak wody sitem, podczas gdy wystarczy dotknąć palcem (jak czarodziejską różdżką) touchpada i zaczerpnąć cały garnek, a nawet kocioł informacji. Jest tylko jedno małe zmartwienie, można się tym jeziorem wiedzy napełnić niczym smok wawelski i pęknąć w trakcie picia.

I tu właśnie nadeszła chwila na obiecane odwracanie kota. Chwycić kota za ogon i odwrócić go twarzą? Ależ proszę! „Do Internetu będzie trzeba się przyzwyczaić”, pisze Jacek Gulanowski. To już przecież zrobione i wody kijem odwracać nikt nie chce. „Proponuję powstrzymać się od wartościowania i po prostu spróbować żyć w nowej sytuacji” – ot i żyjemy i Internet chwalimy.  Nikt z nas nie myśli także, że „Indianie północnoamerykańscy paręset lat temu, byli jedynie niezdolnymi do myślenia ćwierć-ludźmi”, bo zakładamy, że taki  niepiśmienny Indianin posiadł wiedzę praktyczną o jakiej nam się nie śniło, chociażby o właściwościach roślin pożytecznych i leczniczych, jak i trujących, a nawet odurzających.  „[…] czy trzeba czytać książki, aby być dobrym człowiekiem, rozumieć świat czy posiadać zdolność abstrakcyjnego myślenia?” – to już wyższa szkoła odwracania kota, zakrawająca na demagogię. Pal licho dobroć, bo człek wciąż miota się między aniołem a diabłem, ale nie można być głuchym na nawoływania psychologów, że telewizja i gry komputerowe to bierne formy uczestnictwa, że kupując małemu dziecku komputer, ryzykujemy, że przywyknie do nauki niewymagającej wysiłku i zaangażowania, że uczniowie z eksperymentalnej klasy elektronicznej nie potrafili wykorzystać wiedzy w praktyce. Zdaje się, że niańczone w obecności komputera pokolenie właśnie dzielnie obniża szkolne wyniki nauczania i wprowadza nauczycieli w chroniczny proces złamywania rąk.

Zupełnie innym problemem jest wzrost poczucia osamotnienia u młodzieży. Próby powiązania tej kwestii z „przesiadywaniem w sieci” i nieczytaniem, są przez wielu lekceważone. Czy naprawdę wolimy nie dostrzegać, że wielogodzinne przebywanie w świecie wirtualnym powoduje, że w realu młody człowiek  nie potrafi nawiązać znajomości? Posługując się nieustannie zredukowanym internetowym i esemesowym językiem, nie czytając wzbogacających słownictwo książek, być może ma trudności z wyrażaniem myśli i uczuć.

„Gutenberg umarł – pisze dalej Gulanowski – […] zabili go jego uczniowie: wynalazcy, którzy stworzyli nowoczesne media.” O, przepraszam!  McLuhan, który wprowadził termin „galaktyka Gutenberga” zapowiada – to fakt – marginalizację przekazu tekstowego, mówi nawet o „konającej epoce piśmiennej” i wiąże to zjawisko z pojawieniem się mediów elektronicznych, preferujących przekaz obrazkowy. Pamiętajmy jednak, że jego prace pochodzą z lat 60. i że wielu wykładowców akademickich nie podzielało jego poglądów, choć akurat powstanie globalnej wioski  przepowiedział dość  trafnie.

Tyle McLuhan, a co pragnął osiągnąć Gutenberg? Dążył głównie do tego, by kontakt z pismem stał się powszechny. Czy wobec tego wynalazki jego uczniów nie są przypadkiem doskonalszymi środkami do szerzenia jego koncepcji? Dziś ledwie sylabizujący osobnik potrafi zapisać kilka liter esemesa i nawet przeczytać odpowiedź. Śmiem twierdzić, że Gutenberg, nieustannie  kombinujący coś przy  prasie drukarskiej, na widok klawiatury i ekranu komputera oniemiałby z zachwytu.

Jednak patrząc inaczej, po raz pierwszy nie zgodzę się z  Ryszardem Kapuścińskim, który w jednym z „Lapidariów” napisał, że w historii świata drukowana książka może się okazać jedynie epizodem. Jakoś dziwnie spokojna jestem o los klasycznej książki. Czy radio zepchnięte zostało do lamusa przez „radio z lufcikiem”? Ma się całkiem dobrze w wieku wielokanałowej, szerokoekranowej telewizji kolorowej. Tak więc i książka nie zostanie wyparta przez audiobooki, e-booki i kolejne czytelnicze wynalazki. A już z pewnością nie można stwierdzić, że żyjemy w epoce postpiśmienej.

I wreszcie, patrząc czytelniczemu kotu prosto w twarz, chciałabym zapytać: A niby jaki mamy teraz spadek czytelnictwa? Właściwie, kiedy to tak dużo – jako ludzkość – czytaliśmy? Czy będąc niewolnikami w starożytnym Rzymie, a może w czasach odrabiania pańszczyzny? Może w ludowej ojczyźnie, gdzie w latach 50. walczono z analfabetyzmem, a wielu dorosłych (w tej kwestii mogę być świadkiem naocznym) podpisywało się krzyżykiem? Sytuacja zdaje się przypominać panikę z ziemskim ociepleniem. Niby jest, a kolejne maje coraz chłodniejsze. Zdaje się, że wiedząc więcej niż kiedyś, lecz chaotycznie i wyrywkowo, nie potrafimy objąć sytuacji całościowo, gubimy się w krótkometrażowych hipotezach ujmujących zjawiska nieistotne, a systematyczna analiza prowadząca do syntetycznego podsumowania jest dla nas zbyt trudna. Trochę zachłysnęliśmy się nowymi mediami i póki co, nie możemy złapać oddechu.

Trochę się nawet zapętliliśmy. Ważne, by pętlę rozwiązać, zanim zdążymy się udusić. Ludzkość przetrwała czarną ospę i inne choroby. Tak będzie i tym razem. Jak już dojdziemy do momentu,  w którym zaczniemy tonąć w nadmiarze internetowej wody albo poczujemy pustkę w głowach z powodu telewizyjnej sieczki, uratuje nas jedynie wypisanie recepty na książkę. Na spokojną chwilę zadumy na leżaku pod lipą, gdzie trzymanie laptopa na kolanach jest bardziej uciążliwe, niż leniwe przewracanie kartek, a słowa z jednej stronicy pozwalają się dokładniej w nie wsłuchać, niż wtedy gdy dociera do nas jazgot internetowego forum. Pewnie grecka agora nie była tak ludna i tak rozkrzyczane, a Platon (skoro już powołał się pan, panie Jacku, na Platona) akurat miał rację „iż traktował pismo sceptycznie, jako nowinkę techniczną, która może doprowadzić do zwulgaryzowania wiedzy i ostatecznie zgłupienia ludzi”. To właśnie czyni z nami nowinka techniczna jaką jest Internet, gdzie wszakże z liter na klawiaturze korzystamy. Człowiek już tak ma, że jak tylko wymyśli coś mądrego, zaraz zaczyna swój wynalazek na głupstwa wykorzystywać. Przykłady można by wytrząsać z rękawa i żeby nie niepokoić szlachetnego Nobla, wspomnijmy, ot choćby, o energii jądrowej.

Żywot Internetu to ledwie 40. lat, a jego powszechne użycie – niecałe 30., tymczasem książki są coraz piękniej wydawane, widać ktoś je kupuje i zapewne czyta. Była chwilowa zapaść w teatrach i filharmoniach, a ostatnio do kas tych przybytków sztuki ustawiają się kolejki, często bilety należy rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Internet w Polsce to całkiem młodzieniaszek, więc i nasze z nim baraszkowanie mniej wyrafinowane niż w krajach, na które tak lubimy spoglądać i którym chwilami zazdrościmy. Spójrzmy więc na Francuzów, którzy czytają chętniej (69 procent czytających) i na naszych południowych sąsiadów – Czechów (83 proc.), a najlepiej sięgnijmy po książkę, zanim konieczne będzie wykupienie jej na receptę. I przestańmy wierzyć, że absolwenci wyższych uczelni, którzy w trakcie studiów nie czytali, są ludźmi wykształconymi, bo stąd już tylko krok byśmy uwierzyli w krasnoludki.

Inka Walkowiak

Tags:

12 komentarzy

  • Choć generalnie kotów nie cierpię, chciałbym zauważyć, że odwracanie tych śmierdzących futrzaków ogonem, wsadzanie ich do wora, a także nielegalny obrót podmęczonymi kotami podpada pod zjawiska opisywane w tym artykule: http://www.netkultura.pl/?p=3670

    Toteż może, zamiast ustawicznie tym kotom wykręcać ogony, przyjmijmy za oczywisty ten prosty fakt, że tekst jest tekst. A czy czytamy go z kartki, monitora, ściany, czy czegokolwiek bądź innego, ma dokładnie tyle znaczenia, co kot (umęczony w worku) napłakał.

  • co kot napłakał? Nie wierzę, że w to wierzysz.
    Ale jednak… gdy trzeba było zdjąć nakrętkę z pióra, albo zamoczyć w atramencie stalówkę, ba! pióro gęsie stosownie zaostrzyć, może… może wtedy, słowo miało większą wagę. Tylko kto do niego dotarł poza garstką wybrańców. W takim ujęciu 44% to łoooo!!! i jeszcze trochę.

    • Ależ oczywiście, że wierzę. Napiszę więcej, zgadzam się w pełni z określeniem sieci mianem „baśniowego lusterka” i „magicznej kuli”. Parę kliknięć dzieli mnie od całego oceanu tekstów, do których pewnie nigdy bym nie dotarł inną drogą.

      /44% to łoooo!!! i jeszcze trochę/

      No właśnie. Może więc zamiast zrzędzić – to raczej ogólna uwaga, nie wyrzut w Twoją stronę:) – zauważmy pozytywy płynące z rozwoju nowych technologii.

      • No, to się rozumiemy (nie w 44% lecz stu). I ładnie, że zauważyłęś że nie zrzędzę;) bo pozytywy nowej technologii podkreślam i doceniam.
        A moje „wierzę” odnosiło się tylko do sprawy doceniania tekstu, że on wart nieco więcej łez.

  • najbardziej podoba mi się zakończenie artykułu
    trudno się nie zgodzić
    😉

  • Zygmuncie myślę, że piszesz z perspektywy człowieka wychowanego na książce, takiej papierowej. Dla nas ebook jest kolejnym sposobem /marnym moim zdaniem wciąż jeszcze/ na czytanie. Mamy już wypracowaną zdolność koncentracji na tekście, jakiś tam leksykalny kapitał itp., itd.

    Dla osobnika, który książki papierowej w ręku nie miał kontemplacja tekstu jest dużo trudniejsza, ile jest człowiek w stanie wysiedzieć nad monitorem czy laptopem, z tabletami nieco lepiej, ale też nie idealnie. Jak z tego poziomu się zaczyna trening to efekty będą marne.

    Może kiedy upowszechni się e-papier rzecz się zmieni. Mnie się marzy np. powszechna digitalizacja zasobów i blyskawiczny dostęp online do każdej pozycji o jakiej zamarzę, o ile mi kto da płachtę elektronicznej gazety do ręki i leżak.

    Prowadzę badania nad czytelnictwem moich chrześniaków i widzę jedno. Dzieci mają tyle bodźców stymulujących wyobraźnię, ze można odjechać, na dodatek bodźce te są tak silne, ze zastępują własną wyobraźnię, empatię itd. Ja jako duże dziecko mam pewien ogląd na ewolucję tego zjawiska 😉 i umiem porównać powolną narrację Misia Uszatka z obrzydliwym Psem Chojrakiem, albo Bolka i Lolka z Pokemonami.

    Kiedyś dziecęcy film, książka, bajka na dobranoc miały walor edukacyjny, pozostawiały dziecku miejsce na własną refleksję, własne dopowiadanie. Dzisiaj biedny berbeć nie ma juz nic do roboty, a nawet jest przeładowany, tak silne bodźce dostaje. Po gucio mu jakaś książka!? I tak juz mu za młodu w tej skorupce zostaje że na starość nic go nie trąci.

    Dzisiaj student ma multum źródeł, ale zamiast z nich korzystać googla po gotowe opracowania. O to jest materiał na kolejne artykuły. Rewolucja informatyczna oduczyła że się tak wyrażę umiejętności agregowania danych samemu, wszystko gotowe na jedno kliknięcie, a że marnej jakości?

    Konsument rewolucji informatycznej zasypany jest takim zasobem informacji, że na ich krytyczne przetworzenie nie ma czasu ani siły. Gdzie tu miejsce na książkę? A gdzie sens bez ksiązki?

    Jesli więc kot to kot Schroedingera 🙂

    • Myślę, że piszę z perspektywy człowieka pozbawionego jakiegokolwiek nabożeństwa dla papieru. Może inaczej – jestem wyznawcą literatury, nie papieratury. Liczy się dla mnie tekst. Tylko i wyłącznie tekst.

      Jasne, dziś (jeszcze) najlepszy kontakt z tekstem oferuje papier. Dlatego też sam, rzecz jasna, zaczynałem od papieru (bo i niby od czego innego). Od papieru zaczynało też moje młodsze rodzeństwo, wychowane już w erze powszechnie dostępnych kreskówek, kiedyś zresztą – uwierz, wiem co piszę:) – znacznie bardziej ogłupiających, niż dziś. I od papieru zaczynają moje dzieci, które komputer z siecią mają w domu w zasadzie od zawsze, podobnie, jak telewizję satelitarną z krokodylionem pokus. A mimo to, co wieczór (żeby tylko wieczór) słyszę „tatooo…! czytaaamyyy…!”

      Jak patrzę na dzieci moich krewnych i znajomych, to te moje córy wcale nie są jakieś wyjątkowe (znaczy są, ale nie pod tym względem:) Jasne, ogrom bodźców jest, ale dla kontrastu trud wychowawczy polegający na ich ograniczeniu wcale nie zdaje mi się ogromny. Ot, strzelić po pysku wujka i objechać od pięt do fryzury ciocię, bo kupili dziecku w prezencie jakieś badziewie, cenzurować kreskówki, pokazowo spalić pokemona, etc., etc.:) A poważniej – sam się dziwię, jakie to łatwe. Dziecko to ksero rodzica. Jeśli rodzic czyta (i się z tym nie bunkruje), to dziecko też. Po gucio ma się gapić na pokemony, skoro mama i tata się nie gapią, za to gapią się w książkę? (cdn)

      • Tu cała prawda! Słowa powyższe warto w formie ulotki rozpowszechniać wśród rodziców 😉

        A jedna dwulatka zmartwiona mówiła tak: Umiem już chodzić, mówić, ale nie umiem czytać. Tu podkówka taka, jakby nie wiem jakiej krzywdy doznawała, bo wszyscy wkoło w książkach zatopieni, a ona nie potrafi.
        Oczywiście wołanie o wieczorne czytanie – normalka.

    • (cd)

      Podsumowując to moje przydługawe pieprzenie o dzieciach – świat to my. I będzie się zmieniał na tyle, na ile mu pozwolimy. Ma inne wyjście?

      Co się tyczy dzieci większych, zwanych tu i ówdzie studentami, chodzi, jak na moje, wcale nie o rewolucję informatyczną, a o pauperyzację wykształcenia jako takiego. Jaka szkoła, taki student. Jaki student, takie metody. Naprawdę oczekujesz, że ci wszyscy uczęszczacze Wyższych Szkół Stosunków Przerywanych mają na celu zdobycie jakiejś wiedzy? Im przecież zależy wyłącznie na – o ironio! – papierze… Ale to jakby temat na kompletnie inną dyskusję.

      A, jeszcze to: konsument je, aby jeść i pli, aby pleść:) Bez względu na to, czy konsumuje rewolucję informatyczną, czy kaszankę z grilla. I nie ma na to rady, (duża) część społeczeństwa to zawsze będą konsumenci. Tylko co to ma za związek z czytelnictwem?

  • niby w internecie tekstów zatrzęsienie.. no niby tak..
    ale gdybym tak miała powieść np.Karasińskiego czytać z monitora, chyba bym podziękowała.. Siadłam sobie na słoneczku, na leżaczku .. wszak mi tylko drinka z parasolka brakowało.. A gdyby nie to byłabym zmuszona siedzieć przed kompem.. choć za oknem piękne słońce i do tego jeszcze narażać kręgosłup..
    Nie- dziękuję..
    a o studiowaniu też bym długo mogła.. ale to już inna bajka..

  • Hufnagiel

    No i co tu myśleć? Umarł ten Gutenberg, czy nie? Pan Jacek Gulanowski zmartwił mnie swoimi wywodami, znalazłem też zaraz przykłady – nie czytają tylko SMSują, więc jak się porozumieć?
    Teraz znowu Pani Inka Walkowiak pisze, że nic złego się nie dzieje.
    Może i tak, bo niedawno (a pracę mam taką, że z młodymi ludźmi się spotykam, powiedzmy – dwadzieścia parę do trzydzieści parę latek) powiedział mi taki jeden (myślałem o nim, że tylko SMS) coś takiego, że aż mnie zatkało! Musiał to gdzieś przeczytać!
    No i chyba nie w Vivie!
    Możliwe, że gdzieś usłyszał i zapamiętał. Ale, z drugiej strony, wypowiedział kilka zdań logicznie powiązanych. Co nie jest proste.
    Może niepotrzebnie, my starzy, martwimy się?
    Przecież pisząc te słowa używam czcionek – jak Gutenberg. Żyje więc on nawet w pisaninie komputerowej. Nie umarł.

    Chwilę myślałem.
    I wymyśliłem, że może są tacy ludzie, którzy z przyjemnością czytają z ekranu to, co ja z papierowej książki?
    Informacje te same. Kwestia przyswojenia. Przecież można bezmyślnie wpatrywać się tak w rozłożoną książkę,jak i w ekran. No, może w ekran łatwiej, bo tak trochę hipnotyzuje…

    Ale, co by nie mówić, kiedy chcę się czegoś nauczyć (przez czytanie), to sobie drukuję – nawet kilkadziesiąt stron! A co! Papier w pracy jest. Pracownik papieru potrzebuje…

Zostaw odpowiedź do Rojewski