Jarosław Kolasiński: Nikt niczego nie oczekiwał i się „nie rozczarował”

15 maja 2012 14:481 komentarz

Ulrich Völklein
Nikt już nie oczekiwał litości
Los niemieckich wygnanych.
tyt. oryg.: Mitleid war von niemand zu erwarten
tłum.: Jola Zepp
Replika, Zakrzewo 2008

Bywa, że całkiem normalne, jednoznaczne słowa nabierają nagle politycznych znaczeń i to do tego stopnia, że stają się trefne. Weźmy „wypędzonych”. Niby nic, a straszy. I to prawdopodobnie z tego właśnie względu – choć pomiędzy okładkami trefne słowo pada mnóstwo razy – pojawia się podtytuł „losy niemieckich wygnanych”. Niby wygnany i wypędzony znaczy to samo lecz ten wąsik, ach! ten wąsik… W roli wąsika występuje w Polsce od lat wielu (zaraz po abdykacji Hupki i Czai) madame Erika S. – dyżurna Walkiria polskich mediów. Owo odmienianie Steinbach przez przypadki powoduje, ze faktycznie trudno już dziś o wypędzonych mówić bez ustawiania się po jednej z (rzekomo) dwóch stron barykady. Doszliśmy bowiem do etapu, w którym kiedy tylko potwór z Loch Ness się nam nudzi, z Odry wynurza się Erika S. Pomijając już kwestię, czy jest sens bez stosownych tantiem robić sprytnej Niemce publicity – warto się zastanowić czy los wypędzonych istotnie zasługuje na pochylenie się nad nim tylko i wyłącznie z okazji wchodzenia z szefową ich związku w jałowe polemiki, które tak naprawdę mało są istotne dla kogokolwiek poza nią samą i polemistami. Zawsze można oczywiście powiedzieć, że wypędzeni sami są sobie winni, bo panią Steinbach wybrali na szefową. Zawsze też, podobnie słusznie, można zauważyć, że sami są sobie winni, skoro w ich szeregach na równi się dopieszcza tych, których wygnano z domów zamieszkanych przez ich rodziny od wielu pokoleń z tymi, którzy byli np. dziećmi stacjonujących w Polsce żołnierzy-okupantów. Tylko czy w jakikolwiek sposób fakty te umniejszają cierpienia Niemców, których najpierw na Zachód popędziła wojna a potem powojnie? Nie inaczej, kiedy mówimy: a po co popierali Hitlera (zresztą pośród wypędzonych są i tacy, którzy nigdy na niego nie zagłosowali).

     Książka Ulricha Völkleina zawiera oprócz anonimowej (sic!) noty od wydawcy polskiego, bardzo rzeczowy rozdział, w którym niemiecki autor systematyzuje wiedzę o wypędzeniach pod kątem ich odmiennej proweniencji, periodyzacji oraz charakteru. tych partii książki nie radzę pomijać z uwagi na wiele informacji, o których w naszych mediach (i publikacjach) brak. Równie istotne jest uczciwe (oględnie mówiąc) stanowisko autora wobec „wojennej winy ojców wypędzonych”. Zdarzają się momenty chybotliwe w wywodzie autora, jak np. wówczas, kiedy zdaje się zapominać o – no i właśnie – Erice i jej idiotycznych wypowiedziach, ale są to jedynie mało ważne wyjątki.

     Część druga książki, to relacje wypędzonych (pozwolę sobie jednak na trzymanie się tego określenia, gdyż żadnego kapitulanctwa w tym nie widzę). Wbrew temu, co się dawnym mieszkańcom ziem obecnie polskich zarzuca – nie wspominają tylko i wyłącznie powojennej taumy wywołanej działaniami dyszących rządzą odwetu Polaków (nawiasem mówiąc – dużo gorzej wspominani są Czesi), ale też opowieści cytowane przez Völkleina nie pozostawiają suchej nitki na hitlerowskich decydentach wielu szczebli: od kreisleiterów po samego Hitlera z Goebbelsem po drodze. Szerzej o tym pisze autor we wstępie, gdzie stosunkowo szczegółowo omawia zmiany i zwirowania w polityce władz II Rzeszy wobec nadciągającego kataklizmu – definitywnej klęski wojennej. Rozkazy i zarządzenia bywały sprzeczne, aczkolwiek zawsze sankcjonowane groźbami, głównie kary śmierci, czego lekceważyć się nie udawało. Raz ucieczkę cywilów traktowano jako zdradę, innym razem uznawano za nią pozostanie. Np. w Breslau. Jeśli przyjąć (a tak trzeba), że najgorszego doświadczyli mieszkańcy Prus Wschodnich, to niewątpliwie zaraz po nich należy pochylić się nad losem Wrocławian, których skretyniały, fanatyczny lokalny kacyk NSDAP zmusił do zabójczej tułaczki. Z kolei władze Berlina nie zarządziły regularnej ewakuacji ludności, co zapewne w dużej mierze spowodowane było (jak chcą choćby Beevor i Kershaw) chęcią wprowadzenia w życie paranoicznej tezy Hitlera, iż naród dający się pokonać nie zasługuje na istnienie. Idąc dalej – skoro wali się gmach tysiącletniej Rzeszy, skoro führer musi zginąć „śmiercią bohatera”, to cywilom (czytaj – nieumundurowanym członkom narodu który führera przecież zawiódł) szansa na przetrwanie się nie należy. Jeśli dodać do tego skutecznie jednak sabotowany przez Speera rozkaz niszczenia całej infrastruktury w Niemczech – staje się jasne, że III Rzesza u swego kresu zbyt się nie przykładała do poprawy losu swoich cywilnych obywateli. Z przykładaniem się do pogorszenia losu cywili, szło już nazistom dużo lepiej. Autor książki o tym pamięta, pamiętają też wypędzeni (nie wszyscy). Nie oznacza to, że czytelnik nie napotka tu bredni, w których celuje pewien wspominający burmistrz sudeckiego miasteczka, który nie potrafi zrozumieć (sic!), dlaczego jest wypędzany przez Czechów „tylko za to”, że funkcję sprawował z ramienia partii Henleina. A przecież ona działała w Czechach legalnie!

      Częściej jednak wspominający dają dowody na to, że rozumieją przyczyny swego wypędzenia co nie znaczy, że  – co nie dziwi – w ani jednym przypadku rzeczy nie akceptują. Pojawia się nawet stwierdzenie, że wobec tego, jak ich rodacy traktowali narody podbite – i tak obeszły się one z nimi lepiej, w końcu komór gazowych dla Niemców nie postawił nikt. Dominuje wszakże oburzenie na represje, na bezprawność wypędzeń, co wobec wzorcowego bezprawia (jakiż to komplement!) jakim wszędzie była niemiecka okupacja – musi mocno zaskakiwać każdego kto logiki Kalego nie wyznaje.

     Dwa opisane w książce aspekty wydarzeń zasługują na szczególne podkreślenie z uwagi na to, że w zasadzie nigdzie nie można się spotkać z ich wskazaniem (wyjątkiem są wydawane w Polsce publikacje Jochena Böhlera. Mam tu na myśli los polskich Niemców we wrześniu 1939 r., oraz powitanie, jakie wypędzonym zgotowali rodacy z centralnych i zachodnich landów w latach 1944-45. I później.

      Obraz Niemców zamieszkujących tereny II RP do 1939 roku jest mocno czarno-biały. O poznańskim przemysłowcu, który na wieść o wkroczeniu Wehrmachtu do miasta popełnił samobójstwo raczej się u nas milczy. Polski Niemiec z tych czasów, to dla wielu z nas tylko strzelający zza węgła Henryk Talar z „Polskich dróg”, czyli klasyczny zdrajca, dywersant, hitlerowiec z krwi i kości. Tymczasem byli i inni, choćby tacy, którzy nie należeli do żadnych hitlerowskich, czy po prostu niemieckich organizacji, na swój sposób pogodzeni ze swą „polskością”. Tacy również (tym bardziej?) znaleźli się w potrzasku w chwili, gdy pierwsze bomby spadły na Wieluń, gdy otworzył ogień Schleswig-Holstein. Doświadczyli ułamka losu, jaki był udziałem polskich cywilów kłębiących się na drogach, a ostrzeliwanych przez wesołych chłopców z Luftwaffe. Niejeden z internowanych przy tym zginął, również z rak eskortujących ich Polaków. I o tym też mówi książka Völkleina.

     Druga sprawą, o której raczej cicho – i to już nie tylko u nas, ale i w Niemczech – jest stosunek ludności niemieckiej do spadających im na głowy uciekinierów i przesiedleńców ze wschodu. Niejednokrotnie traktują oni nieszczęśliwych swych rodaków jak dopust boży, jak szarańczę która usiłuje pożreć ich zasoby. Pomijając już materialne przyczyny niechęci do nowych ziomków, istotne są tu zapewne silne u Niemców regionalizmy, ale i tak musi zaskakiwać rozdęte poczucie wyższości „Wessich”, z jaką traktowali oni Prusaków wygnani wojną nad Ren, do Bawarii, pod duńską granicę. Wyższość ta wielekroć w najmniejszym nawet stopniu nie była uzasadniona, czego dowodzi jeden ze wspominających, o tym, jak to wzbudzał powszechne zdumienie pośród nowych sąsiadów udowadniając im (Bawarczykom), iż wieś śląska, z której go wygnano, stała na wyższym poziomie cywilizacyjnym, niż ta, na której się wbrew sobie znalazł.

     Lektura tych partii książki nasuwać musi czytelnikowi pytanie: czy w dzisiejszych – podkreślam – dzisiejszych wspomnieniach i rozmowach o tamtych tragicznych czasach mowa już tylko o zbrodniczych Polakach i Czechach, o rozjuszonych Rosjanach, o hipokryzji zachodnich aliantów, czy też może jednak „niemiłe” powitanie rodaków również jest problemem. Problemem o którym się pamięta, mimo iż nie „obcy” tu są źli, ale swojacy.

     Warto jeszcze wspomnieć (o czym też niewiele się mówi) o problemach (a także przebiegu) adaptacji wypędzonych na nowym miejscu. Wbrew bowiem zapewnieniom (ówczesnym i późniejszym) wcale nie było tak, że społeczeństwo Nadrenii, Westfalii i innych krajów było dobrze przygotowane (nie mogło być) i chętne, by przybyszy przyjąć z otwartymi rękoma. I tak lekarz z Wrocławia stawał się kierowca ciężarówki, nauczycielka z Giżycka dojarką, a prawnik z Wielkopolski szedł drugi raz na studia, by wieść potem życie drogowego inżyniera. Przed pauperyzacją stuprocentowo nie chroniło nawet posiadanie rodzin na Zachodzie Niemiec. Co by jednak nie powiedzieć, dzięki książce Völkleina można zrozumieć, ze oprócz odbudowy przemysłu, to właśnie adaptacja milionów przybyszy z Prus była ogromnym wyzwaniem dla odradzającego się po wojnie państwa niemieckiego.

     I również z tego powodu książka jest warta wnikliwej – i krytycznej – lektury.

 

Jarosław Kolasiński

Tags:

1 Komentarz

Zostaw odpowiedź do Hobbe Tryggvason