Wywiad Netkultury: Anna Garbolińska – Co będzie jak bank „zbanknie”…

15 kwietnia 2012 14:510 komentarzy

Autorka* i jej dzieło

    .

                     Co będzie jak bank „zbanknie” czyli poczytaj mi mamo o ekonomii

 

z Anną Garbolińską autorką książki „Rozmowy z użyciem głowy, czyli o ekonomii dla dzieci” dla Netkultury rozmawia Jarosław Kolasiński.

Jarosław Kolasiński: Jaką książkę zapamiętała pani z dzieciństwa? Podejrzewam, że nie było to bajka o produkcie krajowym brutto. Jaka czytana wówczas książka okazała się dla pani ważną?

Anna Garbolińska: Nie, nie była to książka o ekonomii. Wtedy nikt nawet nie myślał, że można takie tematy poruszać w rozmowach z dziećmi. Tak jak kiedyś nikt nie przypuszczał, że dzisiaj prawie każdy uczeń w szkole podstawowej będzie nosił własną komórkę… A książka którą pamiętam najbardziej, sięgając najgłębiej w czeluść pamięci? Wiersze Brzechwy z ilustracjami Szancera. Były jak jazda na dziecięcej karuzeli – wesołe, kolorowe i zawsze za krótkie. A później, oczywiście, „Słoneczniki” Haliny Snopkiewicz – książka o pierwszej miłości przebojowej i bardzo bystrej nastolatki. Nie wiem, ile razy ją przeczytałam, ale spore fragmenty tekstu pamiętam do dziś! Ostatnio szukałam jej dla córki – niestety, nie ma w żadnej księgarni.

JK: Rozumiem, że chciałby pani, by „Rozmowy…” okazały się dla kogoś z przyszłych dorosłych „ważną książką zapamiętaną z dzieciństwa”. Uważa pani, że są na to szanse?

AG: Na pewno będzie ważna dla moich dzieci. Chociażby dlatego, że zapamiętają nasze wizyty na targach książki, w księgarniach i wypytywanie o przystępną książkę o pieniądzach. I ogniste przekonywanie, że to nie musi być prawda, że taka pozycja się nie sprzeda. Cóż z tego, że, jak przekonywali mnie wystawcy czy księgarze, książka to towar, a dzieci same sobie kupują tylko komiksy…

JK: Anglosasami nie jesteśmy, więc traktowanie dzieci z pełną powagą nie jest w naszym społeczeństwie normą. „Rozmowy…” to próba potraktowania dziecka jak partnera do poważnej rozmowy o sprawach niezwykle istotnych. Skąd zatem pomysł na książkę o ekonomii dla dzieci?

AG: Jestem mamą zdystansowanego piętnastolatka i bardzo ciekawej świata dziewięciolatki. Zauważyłam, że mimo iż mają różne zainteresowania, często z ciekawością oglądają z nami telewizyjne wiadomości. Co jakiś czas z ich strony padały pytania w stylu: A co to jest ta inflacja? A jak jest dużo zielonych strzałek, to co to znaczy i dla kogo to jest dobrze?

JK: Czy jest pani pewna, że tematyka książki „Rozmowy z użyciem głowy” jest dla dzieci interesująca?

AG: Nie, pewna nie jestem. Nie jest ona interesująca dla wielu dorosłych. Ale są dzieci, które z zapartym tchem czytają o dinozaurach i mam nadzieję, że będą też takie, które „wciągnie” ekonomia. Przecież dinozaury już nie istnieją, a ekonomia to nauka o życiu, życiu społecznym. Spotykamy się z nią od najmłodszych lat. Decydujemy na co wydać kieszonkowe czy kim zostać w przyszłości.

JK: No tak, pewnie dlatego do dziś mam problemy z moim własnym kieszonkowym… Czy zna pani opinie w swojej czytelników z „grupy docelowej”, czyli dzieci, ale nie własnych? Czy miała pani, lub planuje, spotkania z młodymi czytelnikami a nie z ich rodzicami?

AG: Jeżeli opiekunowie zgłoszą taką potrzebę na spotkanie z dziećmi – jestem do dyspozycji!

JK: Jonasz Kofta wielokroć się kajał, że gdyby wiedział, iż latami będzie się budzić rodaków jego piosenką „Jak dobrze wstać skoro świt”, to nigdy by jej nie napisał. Czy nie obawia się pani – niech mi wolno będzie zażartować - że po latach będzie pani musiała przepraszać biedne polskie dzieci za zmarnowanie im dzieciństwa? Dziecko przecież powinno się bawić… czekać pod kloszem aż dorośnie.

AG: Dobrze, ale dlaczego już w szkole podstawowej dzieci uczą się czym jest chlorofil, a nie mają pojęcia co to jest inflacja lub na czym polega bessa? Czy wiedza, jak uniknąć dziury budżetowej, jest stresująca? Bardziej stresujące będzie dla dziecka, gdy w nią „wpadnie”. Taki przykład konkretny: koledzy po szkole idą na lody, a ono ma problem, bo całe kieszonkowe w pierwszy dzień wydane zostało na automat do gier…

JK: Nie uważa pani, że dziecko powinno się bawić, a na dorosłość, w tym ekonomiczną, przyjdzie czas potem?

AG: Zauważył pan jak dzieci lubią bawić się w sklep? Nikt ich do tego nie zmusza. Ich ulubioną zabawą jest zabawa w ekonomię! A gdyby jeszcze przy okazji „podrzucić” im, że sprzedawca nie wszystko może wziąć do kieszeni, bo część musi oddać jako podatek państwu? I że mamie za dzierżawę lady sklepowej, czyli stołu w kuchni, można zapłacić np. czekoladką?

JK: Ma pani rację, choć ja bawiąc się w sklep głownie inscenizowałem awantury w kolejce, ale teraz inne czasy. Problemem nie jest brak na półce, ale pusty portfel. Wracając do „Rozmów z użyciem głowy” - W jakim wieku – minimalnym – musi być dziecko, by mogło pani książkę zrozumieć?

AG: Gdy napisałam pierwszy rozdział moja córka miała 8 lat. Przeczytała go ze zrozumieniem. Jeśli mamy w domu bystrzaka – nawet takiego, który nie umie jeszcze samodzielnie czytać – możemy mu poczytać. Profesor Kapuścińska poleca książkę także dorosłym. Być może opiekunowie zainspirują się moimi pomysłami przemycania wiedzy i będą starali się sami tłumaczyć dzieciom trudne tematy. Nie szkodzi, że nie będzie brzmiało tak mądrze jak w podręczniku szkolnym. Przecież, jak to mówił Leonardo da Vinci, „mądrość jest córką doświadczenia”.

JK: W Internecie jest o pani książce głośno, przeważają opinie pozytywne i jeszcze bardziej pozytywne.  Na ile procent obliczyłaby pani swoją autorską satysfakcję?

AG: Na razie jestem obserwatorem wydarzeń. Każdą opinię w Internecie czytam na bezdechu – spodoba się czy nie? Jak dotąd jestem pełna dobrych myśli. Sukces książki to ilość sprzedanych egzemplarzy – wykładnik ile osób uzna tę pozycję za wartą wydania pieniędzy. W zaledwie kilkanaście dni po premierze sprzedało się kilkaset sztuk. To chyba dobrze wróży.

JK: Podkreśla się częstokroć, że książka „po prostu” jest dobrze napisana. Czy pisała pani wcześniej utwory dla dzieci? Wielu to robi, tworząc np. wiersze czy opowiadania do użytku "rodzinnego"; dla własnych dzieci, by same to czytały, by im czytać. Bez brania pod uwagę publikacji.

AG: Jeżeli dużo rozmawia się z dziećmi, samoistnie wytwarza się umiejętność pisania dla nich. Takie jest moje zdanie. Większość dialogów zawartych w książce to po prostu nasze rozmowy w kuchni. Pytanie córki „A co będzie jak bank zbanknie?” to oryginał. Jak wiele innych zabawnych opowieści.

JK: Czy publikowała pani kiedykolwiek na portalach literackich? Jakich? I co to było: poezja czy proza?

AG: Oczywiście, jak większość moich koleżanek pisałam w młodości wiersze. Byłam z nich wtedy naprawdę dumna. Szkoda, że żaden nie ocalał… Na strychu mam natomiast kilka swoich pamiętników, które po moim wyjeździe na studia znalazła za szafą moja mama. Zupełnie o nich zapomniałam! Nie zaglądałyśmy do środka. Zamknęłam je szczelnie w kartonie. Planuję zrobić sobie prezent na 50 urodziny i wtedy do nich zajrzeć. Mam nadzieję, że do tego czasu nie zainteresują się nimi myszy…

JK: Najnudniejsze lekcje szkolne – w ocenie moich dzieci – to właśnie te, na których nauczało się wiedzy o społeczeństwie, czyli – w ograniczonych zakresie – o ekonomii. Podobną opinią „cieszyły” się u moich synów „zajęcia z przedsiębiorczości”. Co takiego pani zrobiła, że w przypadku tej książki nie ma mowy o nudzie?

AG: Przytoczę słowa Eleonory Roosvelt, pierwszej damy Ameryki, a przede wszystkim mamy sześciorga dzieci: „Dzieci najuważniej słuchają, kiedy mówi się nie do nich.” W książce nie rzucam hasła w stylu rodziców naszych rodziców – a teraz siadaj i słuchaj! Ot, takie historyjki przeciętnej, sympatycznej rodzinki z przedmieścia. Rezolutna Lila, miłośniczka kotów i właścicielka wiecznie głodnego chomika Teodora, brat Lili, dumny posiadacz karty płatniczej i własnego konta w banku. Jest mama, która uparcie wierzy, że Mikołaj istnieje i wciąż zaprzecza, że jest dziwnie podobny do dziadka. Znajdziemy tam wiecznie zapracowanego tatę, dziadka „złotą rączkę” i wielu innych przesympatycznych bohaterów.

Konsultanci - Gabriel i Lila

JK: Czy pani własne dzieci wystąpiły podczas pracy nad książką w roli konsultantów?

AG: Tak, któż byłby lepszym krytykiem? Dzieci zawsze powiedzą prosto z mostu co jest „słabe i niefajne”.  Obydwoje z zaangażowaniem recenzowali każdą linijkę.

JK: Uchyli pani drzwi pisarskiej kuchni? Co konkretnie domowi recenzenci kwestionowali, jakie mieli sugestie, czy dochodziło do ostrych sporów? Czy coś stało się dla pani ważne dopiero w wyniku interwencji dzieci?

AG: W rozdziale o pieniądzach gdy pisałam, że dawniej przechowywano pieniądze w sakiewkach syn zaprotestował, że nikt nie będzie wiedział co to jest sakiewka, młodsza córka z kolei długo męczyła mnie, że ona jako pierwowzór postaci tak naprawdę nie ma żadnej sympatii! Żadnej! I to, że dostaje od pewnego chłopca laurki w serduszka to tylko czysty przypadek!!! A tak na poważnie to zrezygnowałam z pierwotnie zaplanowanych przypisów z objaśnieniami pojęć na dole strony. Obydwoje twierdzili, że nie cierpią tak skakać po tekście! Zmieniłam i wszystkie definicje wplotłam w dialogi.

JK: Jakie problemy z zakresu ekonomii porusza pani w „Rozmowach…” a z jakich pani zrezygnowała i dlaczego taki był wybór a nie inny?

AG: Najpierw wybrałam tematy. Podstawowe zagadnienia ekonomiczne. Stąd też książka składa się z 9 rozdziałów. Każdy rozdział porusza inny temat. Konkretny materiał treściowy rodził się w sytuacjach życiowych, w trakcie prawdziwych rozmów z moimi dziećmi, kiedy to starałam się opowiedzieć m.in. o tym jak powstały pieniądze, tłumaczyłam, że monopol to nie tylko gra planszowa czy sklep za rogiem a także udowadniałam, że każdy płaci podatki.

JK: Nad którym z podstawowych zagadnień ekonomicznych praca okazała się najtrudniejsza i dlaczego? Z którym poszło najłatwiej?

AG: Najtrudniej było mi pisać o giełdzie. Jak wytłumaczyć dziecku, że to samo przedsiębiorstwo, np. fabryka lodów dziś jest warta więcej, a jutro może być warta połowę mniej. Dorośli chyba też często mają z tym kłopot. Najłatwiej oczywiście snuło mi się opowiadanie jak powstały pieniądze. Nic nie musiałam kombinować, po prostu opowiadałam tę historię jak znaną bajkę przed snem.

JK: I tradycyjne pytanie na koniec, którego większość autorów nie znosi – jakie są pani dalsze plany pisarskie? Może dla odmiany szkolny podręcznik do „przedsiębiorczości”? Czy ktoś może zgłaszał się do pani z podobną propozycją?

AG: Dzisiaj muszę przystępnie napisać przepis na nasze ulubione ciasto do szkolnej książki kucharskiej córki. Szkoła Lili – Gaudium Et Studium z Poznania na koniec roku wydaje pozycję książkowa z przepisami na ulubione potrawy dzieciaków. To jest dopiero wyzwanie! Może w przyszłym tygodniu zacznę pisać drugą część Ekonomii? Nie wiem. Jeszcze dobrze „nie wyschła farba” na pierwszej książce, ale kto wie?

JK: A w kwestii tej jeszcze gorącej książki – co by panią w pełni usatysfakcjonowało?

AG: Chciałabym, aby ta książka znalazła się w każdej szkolnej bibliotece.

JK: I tego właśnie życząc książce, jej autorce oraz czytelnikom – dziękuję za rozmowę

 rozmawiał Jarosław Kolasiński współpraca: Inka Walkowiak, Grzegorz Kolasiński

warto też zaglądnąć  tutaj, gdzie (znakomity pomysł swoja drogą) można z autorka podyskutować! Nasza recenzja książki Anny Garbolińskiej -> tutaj   ilustracje w tekście: Portret A. Garbolińskiej - fot. Ewa So Portret dzieci autorki "Rozmów..." - Bohdan Woś

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - * Anna Garbolińska - absolwentka Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Ekonomii w Poznaniu oraz Podyplomowych Studiów Marketingu Usług w Wyższej Szkole Bankowej, członek Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Autorka pierwszej w Polsce książki wprowadzającej dzieci w arkana ekonomii zatytułowanej „Rozmowy z użyciem głowy, czyli ekonomia dla dzieci” (Novae Res, 2012). Mama Gabriela i Lili.

Tags:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź