Jarosław Kolasiński: Rule Britannia! Czyli windsorski ninja mikrofonu.

20 lutego 2011 11:068 komentarzy

Rule Britannia!

czyli

Windsorski ninja mikrofonu

(idiotyzm tytułu – nieprzypadkowy) 

 

„Jak zostać królem”
tytuł oryg.”Kings Speech”
reżyseria: Tom Hooper
Australia, Wielka Brytania 2010
118 min.

     Co do niedawna wiedzieliśmy o Jerzym VI? Niewiele: to nieżyjący ojciec aktualnie panującej Elżbiety II, który na tron wstąpił dzięki abdykacji brata rozkochanego w ślicznej (rzecz gustu) Amerykance, a podczas wojny odwiedził polskich lotników.

Jednym z ciekawszych fragmentów „Dywizjonu 303” Fiedlera jest relacja z wizyty Jego Królewskiej Mości w Northolt, którą zakończył alarm bojowy. Polacy pędem pognali do maszyn i wystartowali w bój.  Można sobie było wyobrażać minę króla, gdy uroczystą wizytację przerwał przeraźliwy brzęczyk  i Polacy zniknęli mu sprzed oczu. Fiedler pisze, że król był lekko skonsternowany, a jednocześnie  pełen podziwu dla sprawności naszych asów i poprosił o informację o przebiegu akcji. Kiedy już wrócił do obłożonego workami z piaskiem pałacu oczekiwała go depesza informująca o wielkim sukcesie polskiego dywizjonu (14 pewnych zestrzeleń i jedno prawdopodobne). Teraz już chyba nie sposób, czytając Fiedlera, nie mieć przed oczyma Colina Firtha.

      Wydawać by się mogło, że trudno stworzyć obraz dorównujący „Królowej” Stephena Frearsa i „Szaleństwu króla Jerzego” Nicolasa Hytnera, a jednak Tomowi Hooperowi, reżyserowi „King’s Speech”, udało się to znakomicie. Wydawać by się mogło, że nie sposób koronowanej głowy zagrać równie genialnie, jak Glenda Jackson (słynny serial o Elżbiecie I), jak Hellen Muren czy Nigel Hawthorne, a jednak Colin Firth wyzwaniu podołał. „King’s Speech” wchodzi właśnie do królewskiej rodziny brytyjskich filmów o monarchach i wcale nie staje na końcu kolejki pretendentów do najcenniejszej korony. Polski kinoman z kraju, w którym (poza nielicznymi wyjątkami) ekranowi monarchowie chowu domowego głównie śmieszą, tumanią i straszą, musi spytać – jak to się robi?

      Recepta jest bardzo prosta: wystarczy być sprawnym reżyserem o wysublimowanym smaku i zdobyć perfekcyjny scenariusz napisany przez kogoś, kto się na tym zna, a nie tylko, kręcąc się przy paru produkcjach, doszedł do wniosku, że też potrafi. Potem należy – bagatela – zatrudnić doskonałych warsztatowo aktorów, którzy na dodatek nie są pustymi lalkami pop kultury, a artystami w swoim zawodzie i koncentrują się na kręconym właśnie filmie, nie grając jednocześnie w 15 sitcomach. Na koniec wreszcie wypada zerknąć na plan filmowy okiem znakomitego operatora, choćby właśnie Danny’ego Cohena – i już. Udało się to w „Szaleństwach…” oraz w nie mniej doskonałej „Królowej”, w przypadku „King’s Speech” po prostu nie mogło być inaczej. I nie jest. Tak to robią to na Wyspach i wciąż im się udaje. Zapomniałbym o jednym – trzeba jeszcze mieć dynastię panującą, niewolną od przywar (to nawet dla filmu lepiej!), szanować ją, ale nie na kolanach (w filmach „niektórych krajów” nawet ktoś taki jak Jan Kazimierz, to od razu bliźniak Piłsudskiego albo przynajmniej Chrystusa). Pośród brytyjskich dynastów nie brakowało psychicznie chorych, półgłówków, wspanialców i całkiem normalnych (czytaj – topornych) monarszych biurokratów, o których wszakże, kiedy się ma coś do przekazania – można wiele powiedzieć. Trzeba chcieć i umieć. T. Hooper chciał, umiał, więc opowiedział.

      Scenografem i autorem zdjęć mógłby być sam główny bohater, ze wszystkimi swoim kompleksami, wycofaniami, fatalizmem spętaniem konwenansem i etykietą, kastowymi rytuałami i ułomnościami. Kadry „Kings Speech” są ciasne, duszne – nawet gdy akcja toczy się w monumentalnej westminsterskiej katedrze czy w pałacu Buckingham. Świat poza murem oddzielającym (jeszcze w czwartej dekadzie XX wieku) dwór od zwykłych śmiertelników – jak się okazuje – wcale nie jest inny. Przyszły władca monarchii, nad którą „nigdy nie zachodzi słońce”, z jednej ciasnoty przemieszcza się do drugiej. I to tym gorszej, że całkowicie obcej – chcąc pozbyć się swojej, dyskwalifikującej go wady, musiał wejść między zupełnie sobie nieznany „lud” (nota bene jednoosobowy). W tej nowej sytuacji czuł się książę jeszcze bardziej skrępowany – króciutka scenka w windzie ponurej kamienicy z udziałem przyszłych monarchów, kiedy z przymusu przytulają się do siebie – zdaje się być symboliczna: do klatki żelaznej, ze złotej.

     A wszech i wciąż obecna mgła, główny bohater wszystkich (poza jednym) plenerów? Tu można doszukiwać się symboliki podobnej – przyszły Jerzy VI znajduje się poza pałacem, ale czy wiele z tej rzeczywistości do niego dociera? Jak wiele jest w stanie zobaczyć, zrozumieć? W latach trzydziestych ubiegłego wieku wiktoriańska rzeczywistość Windsorów trzymała się jeszcze mocno i może nie przypadkiem słońce na ekranie świeci tylko wówczas, kiedy nadawanego przez radio orędzia jąkały słuchają niedoszła Wallis Simpson I z małżonkiem. Oboje wszakże zdołali już przeprawić się przez La Manche do innego świata.

      Jak zwykle u rodaków Szekspira, mamy w filmie do czynienia z koncertem gry aktorskiej. Colin Firth udowadnia, że potrafi zagrać wszystko, a szczególnie postać o kamiennej (pozornie!) mimice, targaną wewnątrz huraganem sprzecznych uczuć. Rola psychopaty, kaleki to w kinie samograj, ale byle kto temu nie podoła, nawet nad wyraz sprawny rzemieślnik – w historii kina przykładów na to aż nadto. Jakże bowiem łatwo przeszarżować, brawurowo przeskakując mikroskopijnych rozmiarów płotek oddzielający efektowność od kiczu efekciarstwa. By nie popełnić tego artystycznego przestępstwa trzeba być Firthem. Aż tyle.

     Geoffrey Rush grający Lionela Logue’a, logopedę z własnego nadania, w niczym Firthowi nie ustępuje, równie perfekcyjnie balansując na cienkiej linie rozwieszonej nad przepaścią błahej sztampy. Jego króciutkie „benefisy” szekspirowskie więcej mówią o aktorskim niespełnieniu, niż niejeden opasły a ociekający gorzkimi łzami pamiętnik zapoznanego „geniusza” sceny. Outsider z antypodów, zakochany w Szekspirze, a przecież ustawicznie odrzucany przez reżyserów, rolę życia dostaje najtrudniejszą z możliwych: będąc chłopcem do bicia (w bliższym pierwotnemu znaczeniu tego słowa) musi przebić się przez psychlogiczno-kastowe skorupy i dotrzeć do wnętrza mężczyzny z innej społecznej planety, by nauczyć go być zdatnym do roli najważniejszego monarchy Europy. Tu również można było za pomocą tanich trików wszystko popsuć, się nie udało – widocznie nie takie były zamiary, że o siłach nie wspomnę.

     Nie sposób zapomnieć o kreacji Heleny Bonham Carter z pełnym sukcesem wcielającej się w postać przyszłej Królowej Matki (zmarłej ledwie cztery lata temu w wieku 102 lat). Aktorka zasługuje na identyczne słowa pochwały, jak jej dwaj wielcy koledzy. Mamy tu do czynienia z subtelna kreska nakreśloną kreacją postaci pozostającej de iure (bo nie de facto) zaledwie na skraju rodowej szachownicy Windsorów. Rola to wymagająca sporej umiejętności niuansowania gry, bycia na przedzie a pozostawania z tyłu, bycia blisko i jednocześnie utrzymywania stosownego dystansu.

     W scenie niespodziewanego spotkania z żoną logopedy wszystko to jest: obopólna pełna świadomość porażającego dystansu między społecznie, finansowo i kulturowo obcymi sobie kobietami, Elżbiety chęć lekkiego zbliżenia (nieważne, czy tylko z konieczności) z jednoczesną obawą przed spoufaleniem, które samo w sobie wcale nie jest dla nikogo groźne, ale przecież nie wypada. Helenie Bohnam Carter (pochodzącej zresztą z arystokracji!) dzielnie tu sekunduje Jennifer Ehle, na której przykładzie można uczyć, jak w ciągu kilkudziesięciu sekund perfekcyjnie zagrać kobietę jednocześnie zakłopotaną, szczęśliwą, przerażoną dumną i na wpół omdlałą ze wszystkich tych powodów jednocześnie. Ale jednak nie mdlejącą, bo świadomą, iż ta chwila nigdy już się nie powtórzy. Kto się od tamtych czasów bardziej zmienił: poddani czy monarchowie?

      Niby nic wielkiego się w przypomnianej scenie nie dzieje, a napięcie jest takie, że w połowie Londynu powinny przygasnąć żarówki. W zupełnie innym kierunku płynie prąd podczas spotkania Elżbiety z Wallis Simpson: tu poraża paląca pogarda żony następcy tronu (Edward nie miał potomstwa, „Bertie” był więc pierwszy w kolejce do tronu) wobec parweniuszki. Pogarda ostentacyjnie odziana w szaty dworskiego bon tonu („nie zachowam się jeszcze gorzej tylko dlatego, że JA tego nie chcę”). Z kolei „sceny królewsko-małżeńskie” z udziałem pary Firth – Bonham Carter, to lekcje subtelności w pokazywaniu na ekranie uczuć. Nie ma tu aż tak ogromnego ładunku emocji jak w niezapomnianych „Szaleństwach…” (bo i dylemat Muren i Hawthorne’a innego był tam kalibru, a i zagrożenie wręcz namacalne), lecz można pod tym kątem oba filmy porównać i nie podejmuję się rozstrzygać, kto lepiej, głębiej (jeśli jednak bym musiał, stawiam na Helen Muren, choć z niejakim wahaniem).

      Jeśli Królowa Matka była taka w młodości, jak w filmie wykreowała ją Bonham Carter, to przestaje dziwić uwielbienie jakim cieszyła się wśród rodaków aż po swój kres. Wbrew tabloidom wcale nie decydował o tym jej pociąg do whisky i hazardu, a przynajmniej nie tylko, lecz przede wszystkim „ludzkość” (jakkolwiek to rozumieć, niechby i ironicznie) oraz przede wszystkim postawa podczas wojny. Redaktor Szostkiewicz w „Polityce” jest nieco niedokładny twierdząc, iż Jerzy VI nie chciał opuścić Londynu podczas bombardowań Luftwaffe. To prawda, ale warto rzecz uzupełnić, uściślić: sugerowano ewakuację królewskiej rodziny do Kanady, na co monarsza para nie wyraziła zgody, a słowa Elżbiety błyskawicznie „wyciekły w lud”, przechodząc do historii: „Dzieci nie mogą wyjechać beze mnie, ja nie mogę opuścić króla, a król nigdy nie opuści kraju.” Jakże wiele Brytyjczycy wygrali dzięki pani Simpson. God bless America?

      Jak żadne dziecko nie jest złe, tylko ma złych kolegów, tak Firth, Rush i Bonham Carter odwrotnie, nie są doskonali tylko sami w sobie, lecz mają obok znakomite koleżanki oraz nie gorszych kolegów. O wartości aktorskich kreacji w filmie nie decyduje – jak dla mnie – odtwórca roli głównej, lecz ci pozostali. Można zresztą mieć wielką rolę w słabym filmie, ale lepiej mieć ją w świetnym. By tak się stało, niezbędne jest wsparcie tych z dalszego planu. Pewnie dlatego jestem chory na kino brytyjskie (i czeskie), ponieważ tam się o to pedantycznie dba. „Kings Speech” przekonuje mnie, że choruję słusznie: ulubieniec Mike’a Leigha, Timothy Spall grający sir Winstona Churchilla (w lekkiej niezgodzie z historyczną prawdą) „przemyka” przez ekran kilka zaledwie razy, widać go przez marne jakieś parę minut, fizycznie średnio jest do premiera podobny, a i tak się tę rolę po wyjściu z kina pamięta. Niby nic, ale to właśnie są owe szczegóły pełne diabłów. Dokładnie to samo można powiedzieć o roli Michaela Gambona (Jerzy V), Dereka Jacobiego (arcybiskup Canterburry) oraz wspomnianej wcześniej Jennifer Ehle.

      Nigdy jakoś nie należałem do fanów pani Simpson, bardzo więc mi odpowiada odromantycznienie, może nie tyle związku Amerykanki z Edwardem VIII, co samej postaci słynnej „sercołamaczki”, która w „Kings Speech” dziwnie mało jest pociągająca, a już sympatyczna w żadnej mierze. Podobnie zresztą jak jej oblubieniec (świetna rola Guya Pearce’a),  który nie tyle śmiercią ojca się trapi, co nieszczęściem „biednej Wallis”, która żoną nowego króla nie może zostać. Często u nas w okazjonalnych publikacjach pomija się fakt germanofilstwa pani Simpson, które samo w sobie niczym złym by nie było, gdyby nie czas i okoliczności. Ale być germanofilem w połowie lat trzydziestych XX wieku? W dodatku germanofilem obsypywanym przez (von) Ribbentropa, którego (ach, kocioł ten, ach, garnek…) nawet Göring uznawał za durnia i bufona (fakt, że ambasador-wielbiciel W. Simpson był zagorzałym nazistą już herr Reichsmarschallowi nie przeszkadzał). Abdykacja Edwarda ma w filmie korzenie nie tylko romantyczne, lecz polityczne i to „z niemieckim akcentem” i nie powinno dziwić, że już podczas wojny brytyjski wywiad intensywnie się eks-królowi przyglądał.

      Czy obraz Wielkiej Brytanii tuż przed wybuchem II wojny nie jest zbyt kolorowy? Lud występuje w tym filmie pod postaciami logopedy z Australii, i jego rodziny, paru techników radiowych, kilku drwali oglądanych z okna samochodu oraz królewskiego kierowcy – de facto więc prawie go tu nie ma.  Można więc zastanawiać się, czy reżyser karygodnie, choć „pro-kasowo” (na film o plebsie nie wali taki tłum, jak na kinoportret rodziny monarszej) „przeoczył” niekoronowaną część brytyjskiego społeczeństwa drugiej połowy lat trzydziestych XX wieku, czy też po prostu pokazał, z jakim to ludem stykali się wówczas członkowie rodziny królewskiej. Podczas tworzenia jej portretu, przytrafiło się Hooperowi kilka „kiksów” pędzla, jeśli chcieć być w przyjaźni z prawdą historyczną.  Jerzy VI wcale nie był taki wojowniczy, jak reżyser zdaje się przekonywać, a tytułowa mowa nie poprzedziła gwałtownej brytyjskiej ofensywy przeciw Hitlerowi, a jedynie rozpoczęła drôle de guerre. Brytyjskie wyższe sfery potraktował Hooper ostrzej nieco niż monarchę, wspominając (szkoda, że ledwie mimochodem) o ich sympatii do nazizmu. To znakomite antidotum na bolszewizm – uważano, o czym w filmie mówi się wprost, ale półgębkiem. Pronazistowskie sympatie te nie polegały tylko na salonowych konwersacjach „na temat”, ale też i na tym, że pożal się Boże, lider wyspiarskich faszystów, Oswald Mosley arystokratą był, a nie plebejuszem – co słusznie przypomina wspominany red. Szostkiewicz, podkreślając, że cechą odróżniająca faszystów brytyjskich od parteigenosen z kontynentu było właśnie diametralne odmienne ich pochodzenie klasowe. To na nich liczył Hitler, mając nadzieję na pokój i porozumienie z Wielką Brytanią. Dokładnie na tych samych ludzi liczył Rudolf Hess decydując się na swój szaleńczy lot na Wyspy.

      Podobnym grzeszkiem „Kings Speech” przeciw historycznej prawdzie jest filmową „nadczynność Churchilowska” (nieco na nią było w roku 1936 za wcześnie) oraz zepchnięcie na plan zbyt daleki architekta appeasementu N. Chamberlaina, któremu jąkający się monarcha dzielnie (do czasu) sekundował w ugłaskiwaniu Niemiec. Jednakże historia ślepoty politycznej brytyjskich elit nie jest głównym tematem filmu. „Kings Speech” to wybitny obraz z gatunku „brytyjskiego kina akcji na królewskim dworze”. Kameralny film o królewskiej rodzinie, w którym może i zagląda się bohaterom do serc, ale nie od razu pod kołdrę. Jest to też film o (lekko już spękanych) okowach klasowych barier – wyjątkowo tylko pokonywanych, o zaduchu konwenansu, o złotej klatce, ale i o miłości, przyjaźni a także o polityce wielkiej i małej zarówno ze względu na swą skalę, jak i należną moralną cenzurkę.

     Dlaczego z uporem używam angielskiego tytułu filmu? Jak zostać królem, to w zasadzie każdemu wiadomo. Jak w Polsce zostać fachowcem w branży tłumaczenia tytułów importowanych filmów – od kilkudziesięciu lat (toutes proportions gardées – idę tu tropem Zygmunta Kałużyńskiego) wciąż pozostaje tajemnicą.  Film Hoopera nosi w oryginale tytuł „King’s Speech” co nawet ja, osobnik nieznający angielskiego rozumiem jako „Królewska mowa”, „Orędzie Jego Królewskiej Mości”, „Królewskie przemówienie”. Skąd pomysł na infantylno- poradnikowy polski tytuł? Pierwsze co nasuwa się na myśl, to chęć nagonienia widzów do kin „pociągającym tytułem”. Wprawdzie twórca filmu miał do publiczności zaufanie, ale nasz „poprawiacz” uznał być może, że mowa, orędzie czy też przemówienie drące się z plakatu do potencjalnego klienta multipleksu mogą odstraszać, grożąc filmem „przegadanym”. A za taki można już dziś chyba uważać każdy, w którym dialogi wybiegają poza kombinacje „fucków” z „bladziami matusiami” i „kochamcię’ami”.

      Na seansie, na który poszedłem, było nas na sali popcorn-cinema raptem ze 40 osób (siedząca tuż obok żarła tak głośno, że usiłując zabić ją wzrokiem, części napisów nie doczytałem). Jak widać – „znakomity pomysł” z tytułem zawiódł. Może jeszcze nad tym popracować? Mam kilka propozycji wprawdzie jeszcze głupszych, niż zrealizowana, ale równie – uwaga! – „zajebistych”:

„Jąkała przemawia” („Jąkała oratorem” – odrzucam jako zbyt inteligencki), „Jąkam cię, Brytanio!”, „Mikrofon i berło”, „Królewskie jaja”, „Jak wyjąkać sobie koronę”, „Jąkający się brat koronowanego erotomana”, „Och, Król jąkała 1 i pół”, „Barwy jąkalności” czy „Jąkaj się, albo rzuć” lub też, jak w tytule niniejszego tekstu – tyleż efektownie, co bezpretensjonalnie: „Windsorski ninja mikrofonu”. Jeśli nawet teraz jest nieco za późno, to przydadzą się następnym razem.

Jarosław Kolasiński

———————————–
Zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z materiałów prasowych filmu. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Tags:

8 komentarzy

  • Ech, ta Helena to zagra praktycznie wszystko, w ogóle Britiszowie to mogą wykreować tę samą spektakularność co Amerykanie, a bez tej halyłudzkiej, okropnej pretensjonalności. Oskar, Oskar!

  • Wszystko zagra? Wątpię. Jakos jej w „Och, Karol 32” nie widzę…

    • Oczywiście, że wszystko 🙂 Miami Vice wystarczająco jest chłamowate? A jak nie to jest Harry Potter jeszcze, w Och Karol to by tak Karola zagrała że by sie nikt nie zorientował.

  • Świetny film, dobra „historyczna” recenzja.

  • „Jąkanie nad rozlewiskiem”;
    „Na Jąkalnej”

  • Helen Mirren, nie Murren.

    Germanofilstwo pani Simpson to akurat powinno działac na jej korzyśc w tym przypadku, rodzina królewska jest wszak z pochodzenia lub ze spowinowacenia ściśle powiązana z niemiecką arystokracją, co zwykle jest wstydliwie przemilczywane 🙂

    Z tym szacunkiem do monarchii to jest różnie, sporo ludzi zapewnie ją szanuje, ale prawdopodobnie nawet więcej uważa za kompletnie zbędny balast na barkach podatnika.

    Co do przekładu tytułu, to szkoda słów. Pan przekładacz zapewne wywodzi się ze szkoły tego gościa od 'Wirującego seksu’.

    Film świetny, recenzja ok.
    Pozdrawiam
    Marta

Zostaw odpowiedź