MiKasa: Zbuntowany kamień w anielskim kręgu
[Dla wiernego czytelnika-eksperta z Polski południowej – by się nie musiał męczyć – streszczenie:
Mariusz Wlazły w narodowej kadrze nie gra. STOP. Czy zagra? STOP. Nie wiadomo albo wiadomo – nie wiadomo. STOP. Pointy nie ma, by nie przedłużać. STOP]
MiKasa
Zbuntowany kamień w anielskim kręgu
Klasyczny dialog w mydlanej operze opiera się na tym, że rozmawiający relacjonują, co ktoś inny komuś jeszcze innemu powiedział, albo na wzajemnym informowaniu się interlokutorów, że każdy z nich ma się ochotę porozmawiać z rozmówcą, z którym właśnie rozmawia. Jednych widzów to frapuje, innych śmieszy. Największa radość wybucha, kiedy „mydlany” styl komunikowania się wychodzi poza ramy tasiemcowego serialu. Niezastąpiony w takich razach jest Mariusz Wlazły. Nie oznacza to wszakże, że jest Blake’em Carringtonem polskiej siatkówki, ani tym bardziej – tu dam odpór internetowym złośliwcom – jej niewolnicą Isaurą. Jeśli w ogóle, to grającego w „Modzie tylko na klubowy sukces” zawodnika „Zbuntowanym aniołem” można by nazwać, ale to tylko z punktu widzenia interesów reprezentacji, jako że od dawna już pan Mariusz pozostaje „W kamiennym kręgu” oskarżeń o to, że mu się w niej grać nie chce. Sezon bez roztrząsania kwestii, czy zawodnik Wlazły zagra z orzełkiem na piersi, czy też nie zagra i dlaczego – zdaje się być sezonem straconym.
Z najnowszych (04.10.2011) doniesień wynika, że jednak nie zagra – tak przynajmniej wieszczy, równie jak sam gracz nieoceniony w podobnych sytuacjach, Przemysław Iwańczyk.
Dla jego kolegów po fachu pan Mariusz interlokutorem jest wręcz idealnym, gwarantującym ciągłość redakcyjnych produkcji, jako że najpierw udziela wywiadu – nazwijmy to – macierzystego, a wkrótce potem, celem ustalenia finalnego, prawidłowego brzmienia swoich wypowiedzi wdaje się w wywiady polemiczne z poprzednimi. W ogniu tej trudnej walki raz już pewien wplątany w nią wiceprezes PZPS został zawieszony, kiedy indziej zaś (po wypowiedzi dla znakomitego śp. niestety, portalu Reprezentacja.net) rozgoryczony zawodnik oświadczył, iż wywiadów już udzielać nie będzie, gdyż jego słowa są potem źle interpretowane. Obietnicy tej, ku uciesze swoich przeciwników, nie dotrzymuje. Nie inaczej dzieje się Anno Domini 2011, a konkretnie na przełomie września i października.
Ustawiczna niepewność co do pana Mariusza, z punktu widzenia kibica „narodówki” łaknącego potęgi jego zbić oraz zagrywki niczym kania dżdżu – należy stanowczo oświadczyć: wpędza w depresję. Natomiast przyglądając się sprawie okiem fana gimnastyki artystycznej – jest wspaniale, albo bardziej. W ciągu kilku bowiem dni opublikowano na łamach sport.pl trzy materiały na ten sam temat, z których dwa pierwsze są rozmowami z Mariuszem Wlazłym, trzeci zaś interesującą egzegezą wygłoszonych przez zawodnika opinii. O ile wywiad nr 2 (dopowiadająco-prostująco-wyjaśniający) i najpóźniej urodzona analiza Iwańczyka łatwo są odnajdywalne, to wywiadu nr 1 już się trzeba naszukać. Przeglądając spis materiałów sport.pl tyczących męskiej siatkówki już się go nie odnajdzie pod właściwą datą, trzeba szperać cieńszym prętem, bardziej szczegółowo i – co za radość! – najlepiej go widać na ścieżce sport.pl/sport-lodz. W zamustrowaniu rzeczonego wywiadu na pokład Łodzi jest pewna logika, jako że istotnie rozmawiając z Jarosławem Bińczykiem pan Mariusz nieźle sobie popłynął. Nic dziwnego, że kiedy materiał ten zdobił jeszcze sam czubek listy najnowszych publikacji sport.pl, to cieszył się sporą popularnością, wzbudzał spore emocje i wielekroć go komentowano (do dziś 132 wpisy, w tym jeden tendencyjnym, ale jednak wierszem)
Pan Mariusz ujawnił się przed panem Bińczykiem jako zainteresowany medycyną i stosunkami międzynarodowymi, stwierdzając co następuje: „to jest chore, że Łasko ma paszport polski i włoski, ale gra w kadrze Włoch. Sorry, dla mnie jest Włochem i nie powinien w naszej lidze być traktowanym jako Polak.” Tu wypadałoby pana Mariusza poprzeć, ale nieco wbrew niemu, jako że sprawę prawdziwej narodowości warto byłoby rozstrzygnąć tak, by młody Łasko zasilił naszą, a nie włoską kadrę. Zawodnik Wlazły przynajmniej na jeden temat nie musiałby się wypowiadać. Póki to jednak nie nastąpi i w oczekiwaniu na zerwanie przez RP umowy z Włochami o podwójnym obywatelstwie, warto poznać opinię Mariusza Wlazłego na temat jego ewentualnej gry w kadrze narodowej.
„JB: Skoro doszliśmy do reprezentacji, chciałbym spytać o dalsze losy w niej Mariusza Wlazłego?
Mariusz Wlazły: Bez komentarza.
JB: A jak przyjdzie powołanie na Puchar Świata?
Mariusz Wlazły: Bez komentarza.”
Antycypując sytuację, w której cytowane braki komentarzy kibice skomentują gwiżdżąc w ligowych halach, zawodnik tyleż gorzko co brawurowo rozmowę spointował. Oświadczył mianowicie, iż go „nie rusza opinia publiczna”, która momentalnie odpowiedziała, iż „nie rusza jej Mariusz Wlazły”.
I tak oto, mimo iż na siatkarskich boiskach nie ustawia się bramek, pan Mariusz znów sobie strzelił gola. I to w samo okienko, i to z przewrotki. Na szczęście dla niego nie był to koniec meczu – już 3 października doszło do dogrywki. W szranki z tym samym panem Mariuszem stanął dziennikarz tego samego portalu, ale już inny – Łukasz Jachimiak. Co ciekawe padły mocno podobne pytania, ale mimo mocno podobnych (swym sensem) odpowiedzi, tym razem do sfaulowania opinii publicznej nie doszło. Do tego wywiad numer dwa wisi sobie spokojnie na swoim miejscu, a dowiedzieć się z niego można, co poprzednio (prawdopodobnie) zakodowane zostało w słowach „bez komentarza”. Otóż pan Mariusz nie wyklucza jednak swojego powrotu do reprezentacji, co formułuje następująco: „Ja się nie skreślam, ale to dla mnie ciężki temat”. Na kolejne pytanie red Jachimiaka usiłującego się dowiedzieć czy jeśli trener przyjedzie do Bełchatowa i będzie chciał z Wlazłym rozmawiać, atakujący Skry odpowiada, iż „jeśli tylko trener będzie chciał się ze mną spotkać, dla mnie nie będzie to stanowiło żadnego problemu”. Jest to duży postęp w stosunkach pana Mariusza z trenerami kadry, jako że kiedy swego czasu Lozano na podobną rozmowę przyleciał z Buenos najwyższe władze naszej siatkówki musiały dociekać, dlaczego pan Mariusz na randkę dojechać nie może ze Spały. Pozytywna zmiana nastawienia pana Mariusza musi cieszyć.
Zapewne tą właśnie radością odurzony red. Iwańczyk wypowiedzi Wlazłego (te z wywiadu nr 2) uznał za „dyplomatyczne”. Można się oczywiście zgodzić z takim postawieniem sprawy, ale pod warunkiem przywołania słynnej swego czasu „dyplomacji kanonierek”, ale ona przecież – odpukać! – nieomal (Agadir) wywołała kiedyś wojnę światową. Na wszelki więc wypadek lepiej skupić się na – no, to już po prostu przechodzi ludzkie pojęcie – jednoznacznej i konkretnej wypowiedzi Ireneusza Przedpełskiego. Pan prezes zwierzył się mediom, iż nalegać na pana Mariusza już więcej nie zamierza. „Będzie Wlazły chciał grać, sam się zgłosi”. Jest to w sprawie iście kopernikańska rewolucja. Czy skończy się na przełomie werbalnym, czy może jednak do realnego dojdzie – nie sposób wywróżyć. Szklanych kul deficyt.
Jedno jest warte podkreślenia: o ile zawodnik wielkodusznie zapowiedział, że nie będzie problemu, jeśli trener go odszuka i wyrazi ochotę na rozmowę, to prezes bezczelnie odwrócił hierarchię – grę Wlazłego w kadrze uzależnił nie od skuteczności namów i rokowań, ale od jednoznacznej chęci pana Mariusza na grę w kadrze. I to musi kibiców, od kilku lat z hakiem czekających na takie postawienie sprawy, szokować. I szokuje. Ale nie do tego stopnia by uwierzyć, iż już koniec serialu – mydlane opery zwykle nie kończą się za życia tego pokolenia widzów, które „na żywo” obejrzało pierwsze odcinki. Ciąg dalszy z pewnością nastąpi.
Odcinek 1232789
I jak ciąg dalszy powiedział, tak zrobił. I okazało się po raz kolejny, że jakiekolwiek pisanie o reprezentacyjnej karierze pana señora Mariusza nigdy nie może mieć końca. Otóż jak donoszą właśnie definitywnie atakujący z Bełchatowa zrezygnował z gry w kadrze, mimo iż señor Przedpełski (wbrew obietnicom) znów pląsał wokół. Przy okazji okazało się, że część winy ponoszą media, które po klapie na ostatnich MŚ uczyniły señora Mariusza jednym z odpowiedzialnych. Przypuszczenie, że zawodnik rezygnuje, ponieważ przewiduje kolejne oskarżenia – z pewnością byłoby nadużyciem. Jedno jest natomiast pewne – señor M. nie jedzie i na zdrowie, bo ono przecież jest najważniejsze.
MiKasa




21:09
Myślałem, że nieco przeginam z porównaniami do mydlanej opery. W świetle najnowszych faktów („List Wlazłego”) to już wszystko wykracza nawet poza wenezuelski telewizor. I do tego prezes Skry tłumaczący w Polsacie, że jako szef skry, członek władz pzps nie jest odpowiedzialny za to, że związek źle traktuje Wlazłego i żeby nie dłubac w sprawie listu, który na stronach www skry został opublikowany, której prezesem jest sugerujący ciszę „na temat” prezes Piechocki. bez komentarza po prostu. Wanio ma rację: za rok wybory a interesy najsilniejszych klubó się rozcgodzą coraz dalej i wróży to siatce naszej jak najgorzej. Niestety się z nim zgadzam.