Zygmunt Żeligowski: RockManna z nieba
Wojciech Mann
RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą
ZNAK, Kraków 2010
Czasy teraz takie, że kultowym ogłaszany jest serial, którego ledwo ze dwa-trzy nadano odcinki, kultowe są podpaski, pierwsza z brzegu kretynotwórcza zabawka, żeby nie wspomnieć o – jak zauważyła nieoceniona red. Popek – okulary-„kujonki”, które „właśnie od paru miesięcy są modne” pośród naszych, za przeproszeniem, celebrytów. Jeśli jednak mówić o kultowości rozumianej prawidłowo, to nie ulega najmniejszej dla mnie wątpliwości, że kultowy jest Mann. Wojciech Mann. Twórca (i współtwórca) kultowych audycji w równie kultowej radiowej „Trójce” oraz (często) kultowych programów w absolutnie niekultowej telewizji, omyłkowo zwanej publiczną. Osobę redaktora czczą niepoliczalne tłumy wyznawców niegłupich słów niosących niegłupie treści, słów wypowiadanych na domiar dobrego kultowym głosem. To, że nierzadko redaktor mówi ewidentne dyrdymały niczego tu nie zmienia ani jego zasług nie umniejsza – są to bowiem dyrdymały plecione z niewymuszoną premedytacją, a nie w afekcie. A to wielka różnica.
Po sprokurowaniu powyższej laurki, pumeksem szorując palce z lukru, przejdę już może do książki przez Wojciecha Manna napisanej, którą – to jeszcze lukier czy już melasa? – wprawił w zachwyt tabuny czytelników. Zanim jednak o książce, to – dostosowując się do jej niespiesznej narracji – pozwolę sobie na małą dygresję. Autor recenzowanej książki wystąpił kiedyś w kompletnie nieudanej kontynuacji „Czterdziestolatka”. Z tego nic niewartego postserialu warto zapamiętać jedną zaledwie (i aż!) scenę, w której Mann, grający francuskiego przedsiębiorcę ryzykującego w Polsce… tańczył. Należy z całą mocą podkreślić mrożącą krew w żyłach brawurę tej sceny, jej porywającą, acz poetycką, dynamikę. Wewnętrzną. Wyrosłym w oparach powszechnie nam panującej miłości do tańca, w erze wirującej wokół siebie samej miss Cichopek trudno to będzie pojąć, ale w opisywanej scenie francuskie wydanie redaktora Manna tyleż bezpretensjonalnie, co nieruchomo stało w takt muzyki (sic!), a na pytanie dlaczego nie tańczy odpowiedziało: Ja tańczę, tak w sobie.
Jak wtedy redaktor tańczył „w sobie”, tak „w sobie” teraz napisał książkę. „Wsobne” to dzieło ujmuje, bo ujmować musi, nie tyle leniwą, co leniwawą, narracją, niepodstępnie ironicznym ciepłem charakterystyk postaci, a przede wszystkim pogodą ducha – jakże dziś deficytowym towarem. Ale to nie koniec listy: nie może na niej zabraknąć wszechobecnej w „RockMannie…” autoironii, właściwej zarówno radiowym wypowiedziom autora, jak i zbyt rzadkim dziś perełkom telewizyjnym. To, swoją drogą, ciekawa rzecz: niedoszły saksofonista z pewnością posiada pełną świadomość reprezentowanego przez się poziomu dziennikarskiego, ale kiedy z nim obcować, czy za pośrednictwem głośnika radiowego, czy ekranu TV, ma się wrażenie – w zależności od wieku obcującego – że to albo stary kumpel, albo starszy kolega. I nie przynudza, i nie mizdrzy się zgodnie z panującą dziś manierą. Na domiar „złego” autor nie traktuje czytelnika jak osła i wiele pozostawia jego domysłowi, choć jest na tyle w tym zręczny, że myśli te migrują w dokładnie przez niego wytyczonym kierunku, w sfery, o których chce rozmawiać, a nie gdzieś indziej.
Głównym bohaterem „Rockmanna…” jest nie tyle sama muzyka rockowa, co zapłodniona nią kultura. Jej w Polsce dzieje to temat fascynujący i na szczęście nie z gatunku archeologii muzycznej, choć chwilami zdaje się na to wyglądać. (Swoją drogą – ciekaw jestem, czy kiedykolwiek ktoś będzie w stanie napisać podobną książkę „o swej przygodzie z techniawą”).
Jedną z zalet Mannowej książki jest brak obsesyjnego oglądu rzeczywistości tylko i wyłącznie poprzez okulary muzycznej fascynacji autora. Choć redaktorowi prawie wszystko się z muzyką kojarzy, stać go (żadna to niespodzianka) na refleksje i z zupełnie innych beczek, przez co książka zyskuje, aczkolwiek autor nie pretenduje do roli eksperta od wszechrzeczy. Nie mamy tu też do czynienia z uniwersyteckim wykładem pt.: „Jak dręczyły mnie w PRL dylematy egzystencjalne”, choć i o tym można przeczytać. Ze swoich fascynacji, chwilami autor potrafi z lekka zadrwić, umiejętność utrzymania od rzeczy stosownego dystansu powoduje, że przed rockiem nie klęczy, choć czasem tego zdaje się żałować.
Pewną niespodzianką dla czytelnika może być ryzykancka żyłka redaktora, który bezpardonowo donosi sam na siebie, w swoją własną pierś wymierzając oskarżycielsko palec: tak, to ja w młodości mokrą ścierką przecierałem płytę, by potencjalny jej nabywca mógł jej przedzakupnie odsłuchać bez trzasków. Kiwając głową z potępieniem, ale lekko, by móc czytać dalej, poznaje czytelnik i inne znakomite redaktorskie recepty np. na poprawę walorów płyty winylowej – choćby smarowanie jej smalcem, masłem, że o obciążaniu ramienia z igłą nie wspomnę, ponieważ trzęsę się ze złości, jako że sposobów tych nie znałem wówczas, kiedy być mi mogły przydatne.
Streścić „RockManna…” pewnie by się dało, ale po co? W streszczeniu nie sposób oddać, jakim językiem się autor posługuje, co – moim zdaniem – o połowę podnosi wartości książki. Nie mogę jednak oprzeć się pokusie i nie pochwalić, że w odróżnieniu od nieszczęśników, którzy książki Manna jeszcze nie czytali, ja już wiem, że występował on w słynnym swego czasu harcerskim zespole „Gawęda”, a prywatną znajomość z zespołem The Animals nawiązał w najbanalniejszy z możliwych sposobów – pukając wraz z kumplami (wśród nich Andrzej Olechowski) do drzwi hotelowego pokoju, lekko realiami PRL wystraszonych, Brytyjczyków. Gwiazdy rocka zaproszono na… prywatkę do mieszkania jednego z niewinnych młodzianków, którego rodzice nieopatrznie wyjechali z miasta. Zaproszenie zostało przyjęte, a co z tego wynikło…
Czy czegoś mi w tej książce zabrakło? Tak – MdM-u. Niby coś tam o nim autor bąka tu i tam, ale jakoś półgębkiem. A przecież był to program cudownie mózgi widzom odświeżający, a kultowy – w prawdziwym tego słowa znaczeniu pozostaje do dziś. Autorskie zaniechanie w tej kwestii musi zastanawiać, ale pocieszenie funduje redaktor czytelnikowi już samym podtytułem książki, w którym informuje, że nie został saksofonistą.
I to musi cieszyć: saksofonistów jest na pęczki, a Manna z „trójkowego” nieba jedna.
Zygmunt Żeligowski



18:30
Kocham pana, panie Wojtku!
Ciiicho.