Bastelki: Orientacja produktywna

15 grudnia 2011 14:263 komentarze

     Pani Danuta Wałęsa wydała książkę. Wydawniczy PR nie ma tu wiele do roboty, taka rzecz sprzeda się bez jego udziału. Oto kolejna książka osoby znanej z życia publicznego. Piszą gwiazdy i gwiazdki, politycy i ich dzieci. Niektórzy nawet obdarzają się nawzajem książkami i autografami na oczach telewidzów. Nasi współcześni Herosi. Kultura masowa kształtuje specyficzną mitologię. Widać, bez mitologii się nie da. Ludzie pierwotni żyli w otoczeniu zjaw, duchów –  a przecież ludzkość zakreśliła koło i formy życia społecznego zbliżają nas do kultur pierwotnych. Żyjemy w globalnej wiosce.

      Kto wie, może w tym właśnie tkwi sedno książkowej nadprodukcji. Wszak życie w wiosce (lokalne czy globalne) żywi się plotką. Może nasi Herosi nieustannie podglądani i szpiegowani wolą mieć nad tym kontrolę? I dlatego sami wypełzają z telewizora czy przez dziurkę internetowego klucza. Albo piszą autokreacje, przepraszam – autobiografie.

      Mnie się to podoba. Niech pisze, kto lubi, najwyżej go nie wydadzą. Skoro mamy dziś demokrację, a za sobą najróżniejsze niesłuszne ustroje (od wspólnoty pierwotnej po kapitalizm), w których nie wszystkim było jednakowo dobrze, niech wreszcie wszyscy mają równe prawa. Także prawo do twórczości. Żadna wcześniejsza forma społeczeństwa nie sprzyjała wyhodowaniu w sobie postawy twórczej u tak dużej liczby osobników naszej rasy. I to by się nawet zgadzało z przewidywaniami Fromma. To musiało nastąpić, bo podstawowy problem egzystencjalny człowieka, problem odrębności i emocjonalnej samotności można rozwiązać tylko przez miłość i postawę twórczą. To znaczy przez orientację produktywną w przeciwieństwie do orientacji odbiorczej i konsumpcyjnej. Konsumpcjonizm stopniowo się wykrusza w dobie kryzysu. Z drugiej strony, czy sprzedawanie własnych przeżyć nie jest znamienne dla osobowości merkantylnej? Zaczynam się w tym gubić. Oj, byle nie zacząć bekać nazwiskami filozofów jak pewna performerka (co miało miejsce podczas Samsung Art Master 2011).

      Wracając do książki Pani Prezydentowej można śmiało rzec: bardzo dobrze, że mówi się o pani Danucie Wałęsie we wzmiankowanym w pierwszym akapicie kontekście, bo o książce się mówi! Nie o wojnie, katastrofie, powodzi… Więc każdy może pomyśleć, że książkę Pierwsza Dama  napisała, więc pewnie lubi książki, więc warto książki lubić, więc warto po nie sięgnąć i może nawet wybrać się do biblioteki. A tych implikacji ciąg dalszy może być taki, że warto taką książkę do zasobów biblioteki gminnej zakupić (w ilości: egzemplarzy sztuk 20) i 20 nowych czytelników  na ten haczyk złowić. A potem, gdy z książką w celu zwrotu do biblioteki powrócą, pokazać drugą i zachęcić, że równie ciekawa (i niech to nawet będzie Kinga Rusin albo Zbigniew Wodecki), a już przy trzeciej czy czwartej można od literatury faktu (gazetowego) przejść do powieści obyczajowej, a potem dalej i dalej w las, gdzie więcej literackich drzew. I można by ten bibliotekarski wysiłek nazwać pracą u podstaw. Nie brzmi to modnie, ale jakże byłoby pięknie!

/rys. Katarzyna Rymarz/

     Byłoby! Nie bez przyczyny pozwalam sobie zastosować tutaj tryb przypuszczający, bo realia są takie, że najpierw należałoby ogłosić na niedzielnym kazaniu, że książka taka w bibliotece się znajduje i wypożyczyć ją warto. Najlepiej od razu podać także adres biblioteki. Następnie w wielu punktach miasta/wsi ustawić/rozwiesić znaki wskazujące jak dotrzeć do zbioru książek – najlepiej równie rzucające się w oczy jak to prowadzące do biedronki-codziennieniższeceny (zapożyczenie).

      Ustawić znaki może i jest łatwo, gorzej, że zaraz znikną, bo znak ustawiony przy drodze ma taką dziwną właściwość, że ani długo, ani prosto nie postoi. Czasem też odwraca się do nas plecami. Załóżmy jednak, że słupy znaków stoją jak… no właśnie. Czy bibliotekarze także staną na wysokości zadania? Ci, co mają smykałkę do interesu wymyślą i wagon z książkami, i biblioteczny książkobus, a nawet dobiorą lekturę na miarę (według wzrostu lub wagi). Może nawet dotrą do czytelników rowerem z koszykową biblioteczką na bagażniku, jak już gdzieś we świecie się zdarzyło.

       Inna droga jest taka, by biblioteka w nowym wydaniu stała się centrum życia społecznego (to trendy ostatnio lansowane), a bibliotekarz menedżerem,  nie kelnerem do podawania książek. Jeśli nie chce być przyciśnięty do ściany bezrobocia. W przypadku ściany wschodniej ma jeszcze inne rozwiązanie, wejść w ścisłą współpracę z…

     W tym miejscu warto przypomnieć główny wątek wspaniałego filmu „Papierowy Księżyc” z niezapomnianą, oscarową rolą Tatum o’Neal, która jako mała Addie wraz z „przyszywanym” tatą w czasach Wielkiego Kryzysu przemierza Kansas z ładunkiem luksusowo wydanych Biblii i listą wdów. Dzięki sprytowi dziewczynki zapas biblii topnieje dość szybko.

      Teraz też mamy kryzys, a specjaliści od sprzedaży biblii radzą sobie nawet lepiej niż mała Addie. Nie – jedna biblia na wdowę, tyle biblii na rodzinę, ile dzieci kolejno komunię przyjmujących. Może nie jest tak wszędzie – przy ścianie wschodniej w wielu miejscach jest. Jeśli bibliotekarz jest wyszkolonym menedżerem, będzie wiedział z kim wejść we współpracę, by przećwiczyć dobre wzory. Skoro udaje się sprzedać kilka biblii jednej rodzinie, wciśnięcie w dłoń jednej książki do gratisowego poczytania to pryszcz.

     Zapewne, wiele osób sięgnie po książkę Danuty Wałęsy, choć nie muszą, bo nie jest to biblia, którą otrzymały niegratisowo przy pierwszej komunii. Osobiście bardzo się cieszę, że wydanie książki  stało się wydarzeniem, o którym mówiono nawet na podstawowym kanale TVP, dostępnym dla szerokiego jak Atlantyk od Ameryki po Europę grona telewidzów (opłacających w lokalnych kablówkach pakiet najtańszy) i na dodatek mówiono w wiadomościach. Może to jakaś jaskółka przełomu w pojmowaniu dziennikarskiej misji? Bo wiadomości to przecież nowiny i przecież nie tylko tragiczne. Skoro dziś wgapiamy się w ekran jak w Boga (tu znów echo pomysłów Fromma), niechże płyną do nas także wesołe nowiny o narodzinach… kolejnej książki.

Bastelki

Tags:

3 komentarze

  • Ani PR (= public relations) ani Erich Fromm nie mają z tą sprawą nic wspolnego.Chodzi ewno o marketing a awłąściwie tę jego część,która zajmuje sie promocją towaru,bo marketing to pojecie b. szerokie.A Wyrwany z kontekstu Filozof..cóz można i tak.Ale po co.. Przekartkowałem tę książkę,bo czytać tych pierduł niesposób.Pewno jakis „murzyn” spisywał z taśmy zwierzenia pani Danuty.Ksiązki pisane lub tylko firmowane przez „osoby publiczne”czy ich bliskich nie potrzebuja promocji. 560 tysięcy sprzedanych egzemplarzy „Poematu rzymskiego „Karola Wojtyly nie oznacza wcale ,że KW był najlepszym poetą na świecie lub,że w Polsce jest tylu miłośników poezji.
    280 tysiecy sprzedanych erotyków Mary Wilson (w czasach gdy Wilson był premierem W.B) to identyczna sytuacja.Z tym ,że rynek UK na ten produkt był węższy niż rynek w Polsce na Wojtyłę.

    • PR a marketing… że marketing to jasne, wydawnictwo żyć z czegoś musi.
      Natomiast pozytywny wizerunek firmy (wydawnictwa na zewnątrz jak się niby kształtuje? Zapewne dla wydawnictwa jest to wydawanie dzieł wartościowych, są jednak często wątpliwości z klasyfikacją dzieła – choćby rozbieżność w ocenie Masłowskiej (swoją drogę jestem ciekawa Pana zdania na ten temat). Czy wydanie bestselleru (i nie warto tu dyskutować o jego wartości artystycznej, bo jest niejako zawarty jej ewentualny deficyt w definicji), co przynosi wydawnictwu rozgłos, służy mu na sławę i chwałę czy przeciwnie? Myślę, że o tym rozstrzyga właśnie wydawniczy PR. Jeśli szuka tego typu książek Wydawnictwo Literackie, jakoś to kalkuluje czy warto narażać wizerunek.
      Książki p. Wałęsy nie oceniam, traktuję ją jako (kolejne) obalanie mitu Matki Polki i to w samym zalążku, co jest nośne i aktualne a także ważne. A wydawnictwo, jak nie chce być martwe jak łacina, sięgać musi po tematy nośne i aktualne.

  • Czy Fromm ma z tą sprawą coś wspólnego? Mnie się skojarzył, choć nie sądzę, by ktokolwiek z wydawców czy twórców o nim myślał. Jest jednak faktem niezaprzeczalnym, że twórcą może dziś poczuć się (i zostać) każdy, kto ma taki zamiar. Dyskusja co do wartości dzieła pozostaje otwarta, kto zresztą miałby oceniać, skoro odbiorców sztuki jest mniej niż tworzących. I nie tylko literaturę tu podciągam, ale i fotografię np. która może być artystyczna, reporterska czy tylko do albumu rodzinnego (co wcale nie musi odbierać jej walorów artystycznych). Podobnie ma się rzecz z malarstwem, które dziś jakże często posiłkuje się techniką (choć Degas i inni malarze też z fotografii korzystali, jednak wtedy to było wstydliwie ukrywane, a wielu dziś zachwycających się malarstwem klasycznym wierzy, że tylko talent i ćwiczenia wieloletnie oraz rozmyślania nad perspektywą czynią prawdziwego mistrza). Czy nadmierne wykorzystanie techniki daje w efekcie dzieło sztuki czy dobry wytwór rzemieślniczy to pytanie raczej retoryczne. Czy bogato zdobiona rękojeść albo inkrustowany mebel, jakimi zachwycamy się w muzeach i pałacach to dzieła sztuki czy doskonałego rzemiosła??? [Kiedyś tak naturalnego jak dziś korzystanie z programów graficznych]

    W literaturze z kolei dochodzi do sporów największych – jedynie Zygmunt Kałużyński miał odwagę bronić literatury (powszechnie uważanej za tę niższych lotów) wyciskającej łzy przedwojennych kucharek, jak lew walczył publicznie o „Trędowatą” zarówno w wersji filmowej jak książkowej. Zaś wielu (uznanych za wielkich) pisarzy kpi z kolei z książek pisanych dla wąskiego grona krytyków, wymienię tu tylko Nabokova, Singera, czy (niedawno tu recenzowaną) Joyce Carol Oates.

Zostaw odpowiedź do Bekas