Portfolio miesiąca: Marek Sawicki

15 listopada 2011 19:0316 komentarzy

Marek Sawicki – rocznik 71, warszawiak, absolwent Filologii Słowiańskiej UW, w przeszłości m.in.: dziennikarz muzyczny w miesięczniku „Tylko Rock”, tłumacz w misji pokojowej SFOR w Bośni i Hercegowinie, obecnie od wielu lat pracuje w administracji państwowej jako analityk ds. sytuacji politycznej – jak to określa – w różnych ciekawych regionach świata. Wiele pasji (zastanawia się, czy czasem nie zbyt wiele): podróże, fotografia, film, muzyka, literatura – to te najważniejsze… Wziął udział w kilku wystawach fotograficznych, jego fotografie nagradzane są w konkursach, a publikowane m.in. w „Poznaj Świat”. Jego wymarzony zawód – taki, który pozwoliłby połączyć wiele pasji, może fotoreporter, obieżyświat… Swoje fotografie publikuje również w internecie .

 

/pełna net kulturowa galeria fotografii Marka Sawickiego – tutaj/

 

 

Podążanie za obrazem, dźwiękiem, nastrojem

 

Z Markiem Sawickim dla Netkultury.pl  rozmawia Anna Kolasińska

 

AK: Spróbujmy cię jakoś zdefiniować… Facet, który słucha rocka, portugalskiej muzyki tradycyjnej, ogląda włoskie kino, do tego  szwenda się po ulicach, obserwuje…?

MS: Tak naprawdę trudno mi jest zdefiniować samego siebie… Mógłbym godzinami opowiadać o swoich pasjach. Myślę jednak, że wspólnym mianownikiem tego co mnie interesuje jest samo podążanie za obrazem, dźwiękiem, nastrojem. Poza tym wszystkie moje pasje istnieją w głębokim powiązaniu, w swoistej symbiozie. Granica między nimi jest bardzo płynna. Muzyka, film, podróże inspirują mnie do tworzenia fotografii. W swoich kadrach szukam rytmu ulicy, filmowych ujęć, smaków i zapachów. Uwielbiam obserwować ludzi w zwykłych, z pozoru nudnych, codziennych sytuacjach. Staram się odgadnąć ich prawdziwe uczucia, śledzę reakcje, wzajemne relacje. Do Portugalii trafiłem pod wpływem zachwytu wspaniałym filmem Wima Wendersa „Lisbon Story”, a także ścieżką dźwiękową w wykonaniu portugalskiej grupy Madredeus. Chciałem sprawdzić, czy Lizbona rzeczywiście ma taką niesamowitą atmosferę jak u Wendersa. I nie zawiodłem się. Myślę, że nawet jeszcze większe wrażenie wywarło na mnie to miasto „na żywo”. Od tamtej pory byłem tam kilka razy (w Lizbonie i w innych regionach Portugalii). Staram się zawsze zobaczyć coś nowego, ale i tak bezwiednie kieruję się w miejsca, które już wcześniej mnie zauroczyły. Tak powstaje moja fotograficzna opowieść o jednym mieście, o jego mieszkańcach. Myślę o napisaniu książki, na razie mam to wszystko w głowie i w formie luźnych zapisków. Pisanie zresztą sprawia mi wiele radości, uzupełnia jakby wizje z moich kadrów. Do tego dochodzi muzyka. Te wszystkie składniki tworzą moją opowieść.

/fot. Marek Sawicki/

AK: Patrzę na Twoje fotografie i myślę sobie, że żyjesz podróżami. Od wyjazdu do wyjazdu, taki lądowy marynarz.  Mam rację?

MS: Tak, żyję podróżami. Można powiedzieć, że są one moim paliwem, napędzają mnie do innych działań, ładują baterie, są początkiem nowych pomysłów. Zarażam się kolejnymi  miejscami i potem już staram się je poznawać, coraz głębiej je poczuć… Mam takich kilka regionów, gdzie czuję się prawie jak w domu. Nie interesuje mnie tzw. „zaliczanie” krajów, nie ścigam się z nikim w ilości zwiedzonych zabytków. W miejscach, które mnie przyciągają chcę się poczuć tak, jakbym był ich częścią. Wyobrażam sobie, że te miejsca są moje, zawłaszczam sobie przestrzeń i ludzi… W Lizbonie, zawsze kiedy chodzę swoimi utartymi szlakami cieszy mnie, gdy widzę tych samych ludzi w tych samych miejscach, jakby czas się zatrzymał. Rozpoznaję twarze swoich „modeli”. Uwielbiam wracać, podążając za wspomnieniami, dopisywać nowe zdarzenia do tych już wcześniej zapisanych. Podróże odbieram bardzo metafizycznie, liczą się dla mnie odczucia, skrawki emocji z których układam swoje historie. Potrafię przesiedzieć nawet kilka godzin w jednym miejscu obserwując ludzi. Każda poprzednia podróż jest zarazem początkiem nowej, kolejnej podróży, pewnego cyklu.

/fot. Marek Sawicki/

AK: Odwiedziłeś Portugalię, Gruzję, Finlandię, Armenię, byłeś w Turcji, na Bałkanach…  Europa i Azja, wschód i zachód, starożytność i nowoczesność, religia i świeckość, mistyczność i ziemskość, chłód i gorąco – znajdujesz się w tym kalejdoskopie?

MS: Tak, jak najbardziej, zresztą tak samo jak w muzyce czy filmie, pociąga mnie ta różnorodność, wielokulturowość. Każdy kraj, każde miasto jest z pozoru inne, nosi w sobie jakąś swoją tajemnicę, ale wszędzie tam żyją ludzie, którzy mają te same codzienne problemy, borykają się z brakiem pracy, miłości, cieszą się z tych samych rzeczy… Zauważyłem zresztą wielokrotnie, że im ludzie są biedniejsi z tej materialnej strony, tym bardziej i pełniej potrafią cieszyć się życiem, odnajdują sens w codziennych radościach, jak choćby wspólny posiłek z bliskimi czy nawet samo przebywanie z innym człowiekiem… Interesuje mnie też tygiel etniczny i religijny. W Armenii odwiedzałem wioski zamieszkane przez Jezydów, naród bardzo rozproszony o bogatej, ciekawej kulturze i obyczajach. Ich osady, otoczone wysokimi górami, z cmentarzami na których jako pomniki na grobach stoją nieduże posągi koni, świątynie z wizerunkiem Boga pod postacią pawia… I to wszystko w XXI wieku na pograniczu Europy… Albo tacy Mołokanie, zamieszkujący w kilku wioskach niedaleko jeziora Sewan w Armenii… Wywodzą się z Rosji i jako żywo przypominają z wyglądu Rosjan, ale mają bardzo ortodoksyjny kodeks religijny i obyczajowy, nie spożywają m.in. alkoholu pod żadną postacią… Wizyta u nich to jakby podróż w czasie i przestrzeni… Szukam takich etnicznych nomadów, staram się zgłębić ich naturę. Fascynuje mnie ten koloryt, te cechy, które stanowią, że jedna społeczność jest tak bardzo inna, nietypowa dla danego regionu. Przeplatanie się wierzeń, obyczajów czasem bardzo zaskakuje. Ostatnio byłem bardzo zdziwiony podczas rozmowy z Kurdami, mieszkającymi w Armenii. Dowiedziałem się od nich między innymi, że mimo iż są muzułmanami, to ze względu na brak własnych świątyń chodzą się modlić razem z Ormianami do chrześcijańskiego kościoła, wspólnie obchodzą święta i celebrują wydarzenia rodzinne. Jak stwierdzili, to nie ma większego znaczenia, bo Bóg jest jeden… I to wszystko dzieje się w czasach, kiedy w wielu miejscach na świecie konflikt na linii islam – chrześcijaństwo doprowadza do krwawych wojen, przemocy, nienawiści.

/fot. Marek Sawicki/

AK: Czytasz książki Orhana Pamuka, tureckiego „pisarza społecznego”, mocno zaangażowanego m. in. w obronę Salmana Rushdiego, autora „Szatańskich wersetów”. Jaką powieść Pamuka poleciłbyś mi „na pierwszy ogień” i dlaczego? Czy to wielokulturowość, poszukiwanie tożsamości najbardziej smakują ci w jego książkach?

MS: Orhan Pamuk to pisarz, który trafił w sedno tego co najbardziej mnie interesuje, czyli wzajemne relacje człowieka wschodu i zachodu, przenikanie kultur, odwieczny konflikt religijny. Jego powieści są bardzo różnorodne. Ja swoją przygodę z prozą Pamuka zacząłem od powieści „Śnieg”, która jest próbą konfrontacji dwóch twarzy dzisiejszej Turcji, świeckiej – laickiej, zapatrzonej na Europę i tej ortodoksyjnie religijnej, śniącej dawny sen o potędze Imperium Osmańskiego. W dodatku jest to powieść w pewnym sensie sensacyjna, z motywami kryminalnymi. Jednak moją ulubioną książką Pamuka jest powieść „Stambuł. Wspomnienia i miasto”. Tutaj Pamuk sięgnął do obserwacji miasta i jego mieszkańców w szerokiej perspektywie czasowej. Biorąc pod uwagę, że Stambuł jest jednym z moich ulubionych miast, a obserwacje autora w niezwykły sposób oddają prawdziwą duszę tego miasta i jego mieszkańców, powieść ta stała mi się szczególnie bliska. Ponadto jest to powieść w pewnym sensie autobiograficzna, dokumentalna, wzbogacona o ciekawe archiwalne zdjęcia. Jako całość jest to niezwykłe studium miasta, ukazanego przez pryzmat dziejów jednej mieszczańskiej rodziny. Bliski jest tu dla mnie sposób obserwacji miasta poprzez patrzenie na człowieka, jego przemyślenia i odczucia.

/fot. Marek Sawicki/

AK:  Wróćmy do fotografii – to od ciebie usłyszałam pierwszy raz o Cartierze-Bressonie, serio. Dzisiaj rozumiem twoje oczarowanie jego zdjęciami. Przy okazji jakiegoś mojego święta mąż stanął na wysokości zadania i podarował mi przecudny album tego autora. Bresson… Dopełnił twoje postrzeganie świata, czy był inspiracją? Ewentualnie – co było pierwsze, jajo czy kura?

MS: O postaci Cartiera-Bressona dowiedziałem się dość późno. Kilka lat po tym, kiedy zacząłem na poważnie swoją przygodę z fotografią. Właściwie, to było w momencie, gdy kilka osób zaczęło pisać pod moimi zdjęciami, iż kojarzą im się one z pracami Bressona. Z ciekawości sięgnąłem więc do jego zdjęć i okazało się, że rzeczywiście jego sposób postrzegania rzeczywistości, przedstawiania postaci jest mi bardzo bliski. Nigdy nie wzorowałem się na jego pracach i nie zamierzam tego robić w przyszłości, choć przyznam, że obcowanie z jego dorobkiem wywarło na mnie spore wrażenie. Właściwie to staram się nie kopiować niczyjej twórczości, nie korzystać z dostępnych wzorców, bo uważam, że to co naprawdę jest w nas cennego, mamy głęboko w sobie – jakiś wzorzec, kod postępowania, tworzenia… Nie uważam bynajmniej, bym był bardzo oryginalny w tym co robię, ale myślę, że przez lata wypracowałem jakiś swój własny styl, często dość łatwo rozpoznawalny przez innych na rozmaitych portalach, co uważam już za pewien atut. Rzadko sięgam po albumy fotografii, po tzw. dzieła mistrzów, częściej obserwuję jak ewoluują moi znajomi fotograficy, nie doszukuję się jednak porównań, staram się nie wartościować. W dzisiejszych czasach próba zdefiniowania, co jest prawdziwą sztuką, a co jedynie jej namiastką jest moim zdaniem wtórna. Dla mnie sztuką jest wszystko to, co mnie porusza do głębi, skłania do refleksji, przemyśleń…

/fot. Marek Sawicki/

AK: Nie da się ukryć, że twoje prace to nie „turystyka fotograficzna”. Wychodzisz poza styl pocztówkowy w wyraźny, zdecydowany sposób. Potrzeba do tego wiedzy i świadomości?

MS: Myślę, że potrzeba wyobraźni, wyczucia tematu i właśnie świadomości tego, co chce się z tym wszystkim zrobić. Swojej fotografii nie odbieram w sposób użytkowy, ale bardziej jako metodę wyrażania emocji. Nie mam natury dokumentalisty. Bardziej interesuje mnie ludzka natura, wewnętrzny kodeks zachowań. Staram się pokazać w swoich pracach, że są różne drogi, które człowiek wybiera w swym życiu. Czasem jest to dziełem przypadku, gdzie się w danej chwili znajdujemy. O tym jest m.in. cykl „Quo Vadis?”, nadal nieukończony. Interesują mnie też różne etapy życia człowieka. Od wczesnego dzieciństwa po starość. Z takich obserwacji powstały moje portrety starszych osób, dzieci, ludzi „w sile wieku”, czy choćby mój ulubiony kadr z tego cyklu „Wiosna i jesień życia”.

/fot. Marek Sawicki/

AK:  Widziana twoim obiektywem ulica, to swoisty spektakl. Oglądasz sceny i samych naturszczyków. Mrugnięcie okiem, wycelowanie aparatu popycha człowieka ku „scenie”. Ku swoistej grze aktorskiej. Ty jednak wolisz chyba być niewidzialnym widzem? Bohaterowie twoich zdjęć nie wyglądają na grających.

MS: Ulica jest moim naturalnym środowiskiem, miasto to taka tkanka złożona z sieci ulic. Co ciekawe nigdy nie nastawiałem się na tego typu fotografię. Myślę, że to ulica wybrała mnie, a nie odwrotnie… Czasem staję się obserwatorem, niewidzialnym z pozoru. Coraz częściej jednak wchodzę w interakcje z fotografowanymi ludźmi. Nie mam złotego środka, ale chyba coraz bardziej zbliżam się do ludzi, zauważam, że ta zmniejszająca się między nami odległość wcale nie wpływa źle na to jak jestem odbierany i jaki jest ostateczny efekt moich działań. Poznaję dzięki temu wspaniałych ludzi, choć czasem bariera językowa stanowi jakąś przeszkodę, granicę nie do przejścia.

AK: Napisałeś kiedyś: „uwielbiam fotografować starych ludzi”. Znam wielu fotografów, którzy  różnie tłumaczą ową fascynację. Co usłyszę od ciebie?

MS: Tak, fascynują mnie starsi ludzie. Oni nie „grają” przed obiektywem, z reguły zachowują się bardzo naturalnie, nie zależy im, by być piękniejszymi i lepszymi niż są. Poza tym mają wypisanych na twarzy tyle ciekawych historii, zdarzeń. Ich poorane zmarszczkami twarze, przepalone słońcem, zmęczone pracą dłonie pokryte są jakby prześwitującą siatką życia. W ich oczach zawsze można odnaleźć ciepło, bezinteresowne uczucia. Uwielbiam z nimi rozmawiać. Ich przejścia, przeżycia uświadamiają mi zawsze, że moje problemy są błahe, miałkie, nieistotne. Może to fakt, że nie mam już własnych „dziadków” sprawia, że lgnę do starszych osób, chcę się ogrzać w ich cieple, w tej niezwykłej energii jaką emanują. Mam nadzieję, że takich ich właśnie przedstawiam na swoich fotografiach. Chciałbym zatrzymać ich obraz na dłużej, sprawić, by nie odchodzili bez żadnego śladu. Podobało mi się bardzo, kiedy widziałem w starej dzielnicy Lizbony (Mouraria) fotografie starszych jej mieszkańców na ścianach kamienic. Ktoś wpadł na znakomity pomysł, by zatrzymać w czasie historie osób, które dziesiątki lat stąpały po tych uliczkach. Tak powstały piękne portrety zwykłych ludzi w codziennych sytuacjach. Widzimy więc jak Senor Alberto stoi uśmiechnięty w swoim zakładzie fryzjerskim, gdzie chodziła się zawsze strzyc Donna Ana, korpulentna pani po pięćdziesiątce z nieodłącznym białym pudlem na rękach… Patrzymy, jak miejscowa gwiazda piłki nożnej stoi ze swym ojcem (obaj w długich jasnych getrach), jak Donna Teresa wygląda ze swojego małego okienka na pierwszym piętrze kamiennicy pod numerem siódmym… Historie z życia wzięte, zatrzymane w obiektywie zdolnego fotografa, potrafiącego pokazać uczucia, emocje… To jest prawdziwa twarz dzielnicy, małej społeczności ludzi, których czas przemija, ale nie pozostaną zapomniani tak szybko jak ich zabraknie… Takich fotografii „ulicznych” jest w Lizbonie więcej. Myślę, że warto byłoby przenieść coś takiego na nasz rodzimy grunt, dla przykładu na warszawskiej Pradze.

AK:  Czy to fotografia wpłynęła na pewien uniwersalizm w twoim widzeniu społeczności? O zapiekłym regionalizmie u ciebie mowy nie ma…

MS: Uniwersalizm w moim ujęciu polega na tym, że tak samo patrzę na twarze ludzi, niezależnie od tego czy są z Lizbony, Stambułu, Sarajewa czy Drohiczyna… Podążam jedynie za opowieściami jakie ci ludzie tworzą, szukam w nich różnic i podobieństw, potwierdzeń i zaprzeczeń… Nie jestem fotoreporterem szukającym ważkich wydarzeń, przełomów politycznych i społecznych. Idę w ślad za dźwiękiem sztućców dobiegających z kuchni przez uchylone okno, wodzę wzrokiem za dwojgiem ludzi trzymających się mocno za ręce, patrzę na pana pochłoniętego lekturą codziennej gazety… Myślę też, że wiele tych doświadczeń i obserwacji przekładam na swoje życie. Dzięki nim jestem może bogatszy o pewne doznania, które dotąd były mi obce.

/fot. Marek Sawicki/

AK: A jak wypada typowa polska ulica w zderzeniu z gruzińską, portugalską czy fińską? Jesteśmy bladzi w porównaniu z południem, spontaniczni w zderzeniu z północą? Wyróżniamy się w jakikolwiek sposób?

MS: Polska ulica ma wiele twarzy, zależy gdzie się chodzi i czego się szuka. Są to olbrzymie kontrasty i czasem nawet jedna ulica potrafi mieć niejedno oblicze. Tak samo jest z ludźmi. Kiedyś myślałem, że ciekawe zdjęcia można zrobić jedynie w pięknych z pozoru, innych krajach. Od jakiegoś czasu uwielbiam fotografować w swojej okolicy, uważam też, że polska ulica jest nie mniej ciekawa od portugalskiej, czy włoskiej. Oczywiście wydaje się czasem być zbyt swojska i oklepana, ale to tylko kwestia podejścia. Z pewnością łatwiej fotografuje się ludzi w krajach, gdzie dystans międzyludzki jest mniejszy. Można się wtedy dużo szybciej zbliżyć, złapać kontakt. O dziwo jednak upadają też czasem pewne stereotypy. Myślałem zawsze, że Finlandia będzie krajem, gdzie ludzie są dość powściągliwi podczas pierwszego kontaktu. Okazało się jednak, że spotkałem wielu takich, którzy nawet przy ponad 30 stopniowym mrozie byli bardzo otwarci i skorzy do rozmowy.

AK: Zupełnie nie wiem dlaczego, przypomniała mi się scena z filmu „Noc na ziemi…”, kiedy to na helsińskiej ulicy na dźwięk klaksonu taksówki rozsypuje się przymarznięta „grupa Laookona” kilku podchmielonych Finów. Widziałeś tam coś podobnego?

MS: Widziałem podchmielonych Finów, a jakże… Ale prawdę mówiąc, tam trudno jest nie pić. Podczas spaceru ulicami i nabrzeżami Helsinek, przy temperaturze poniżej -35 stopni, towarzyszyła mi piersiówka „Krupniku” zabrana jeszcze z Polski i powiem, że tylko dzięki niej ten spacer był dla mnie możliwy i pod wieloma względami nawet przyjemny… Siarczyste mrozy, brak światła, pozorna izolacja od reszty świata –  to może doprowadzić człowieka do różnych stanów duchowych. W Helsinkach widziałem jednak chyba najpiękniejszy zimowy zachód słońca. Zamarznięte, zawiane śniegiem i skute lodem miasto co minutę zmieniało kolor, od złota, pomarańczy, różnych odcieni czerwieni, po głębokie tony fioletów i purpury. Zresztą sama biel ma tam chyba o wiele więcej odcieni.

„Noc na ziemi” Jarmusha to też (obok „Lisbon Story”) jeden z moich ulubionych filmów, zresztą pod wpływem tego obrazu powstała seria moich nocnych ujęć z Lizbony. Zazwyczaj poznajemy różne miasta za dnia i bardzo fajnym pomysłem jest skonfrontowanie tego co w nich się dzieje, kiedy zapada ciemna kurtyna nocy. Czasem są to zupełnie inne miejsca, niż jawiły nam się jeszcze przed paroma godzinami… Tak naprawdę, myślę, że noc na ziemi jest o wiele ciekawsza niż dzień. Pamiętam moje nocne eskapady w Lizbonie i Stambule. Te miasta nocą zupełnie nie przypominały swoich dziennych „twarzy”. Wyobrażam sobie, że tak musi być też w wielu innych miejscach. Ostatnio zresztą, zdarzyło mi się spędzić całą noc na ławce, w dobrym towarzystwie, w małym portugalskim miasteczku Lagos. Noc zawsze opowiada nam inne historie, pozbawia miejsca i ludzi tego dziennego blasku, sprawia, że wyraźniej widzimy ich cienie…

/fot. Marek Sawicki/

AK:  Fotografujesz chcąc pozostawić swój ślad potomnym?

MS:Tak naprawdę robię zdjęcia po to by zatrzymać pewne ulotne chwile i odczucia. Nie postrzegam tego jako wielkiej misji z celem pozostawienia po sobie śladu dla potomnych. Jak każdego, cieszy mnie to, że trafia do mnie wiele ciekawych komentarzy i opinii, dzięki fotografii poznaję fajnych, zdolnych ludzi, otwieram swoją wyobraźnię na rzeczy, których nigdy bym pewnie nie zauważył. Dzielę się moją fotografią z innymi. Od lat wielką frajdę sprawia mi każdorazowa publikacja zdjęć. Marzy mi się wydanie w pełni profesjonalnego albumu, napisanie ciekawej książki. To z pewnością byłby jakiś ślad. Mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się to zrealizować.

AK: Jak odległa to przyszłość? Jesteś dziś w stanie to skonkretyzować? To jeszcze marzenie, czy już zamiar?

MS: Myślę, że już bardziej zamiar. Pomysł na projekt albumu cały czas we mnie dojrzewa. Coraz częściej i więcej myślę o doborze zdjęć, o tym co powinno się tam znaleźć i dlaczego. Coraz poważniej zaczynam też myśleć o pisaniu. Nie wszystko da się przecież zawrzeć w fotografii, w obrazie, czuję czasem niedosyt, że za późno nacisnąłem spust migawki, że uciekł mi jakiś moment, że były chwile, które umknęły mi bezpowrotnie.

AK: Już bezczelnie rezerwuję sobie miejsce na samym początku kolejki po autograf, a nasza redakcja już ostrzy pióra (no, raczej klawisze), by twoje publikacje zrecenzować bez pardonu. Bez pardonu dla siebie samej, jako że łatwiej pisać recenzje negatywne, a tu się zapewne nie da, „niestety”.

Dziękuję ci za rozmowę.


rozmawiała Ana Kolasińska

 

Warszawa – Wrocław, 4 listopada 2011

– – – – – –
Wszystkie zdjęcia stanowią własność Autora i umieszczane są na stronie Netkultury.pl na zasadzie licencji niewyłącznej. ©MarekSawicki2011. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Tags:

16 komentarzy

Zostaw odpowiedź do JKolasiński