MiKasa: Czy wzleciał z nami trener?

19 lipca 2011 20:305 komentarzy

Zdjęcie unikat - ukazuje kogoś, kogo na nim nie ma. Mowa o tym siwym mężczyźnie bez piłki /fot. Aleksandra Jasińska/

     Cuda jednak się zdarzają. W tegorocznej Lidze Światowej brąz zdobyła grająca w okrojonym składzie polska reprezentacja. Medale wręczono drużynie pozbawionej takich zawodników Skry B. jak: Wlazły (tradycyjnie), Pliński oraz Winiarski (też już, niestety, tradycja). Na boisku nie pojawił się również gracz Zagumny (również nie nowość). Bez czterech podstawowych tuzów, z rekonwalescentem Gruszką, Możdżonkiem o pokancerowanej stopie, z Bartmanem ekspresowo edukowanym na atakującego, który sobie w najmniej odpowiednim momencie doznał kontuzji… i medal? Cud? Cud, który mógłby nawrócić najbardziej zatwardziałego ateistę. Ale nie nawróci. Dlaczego? Ano dlatego, że Liga Światowa to przecież zawody w siatkówce – z reguły triumfuje Brazylia – cudów zatem deficyt.

      Nie brak natomiast cudotwórców, którzy nie przemieniają jednak wody w wino (no, ewentualnie wieczorkiem w hotelu), ale sportową rywalizację w jej karykaturę. Wprawdzie siatkówki nie spowija smrodek futbolowej korupcji, ale i tak sporo się dzieje poza boiskiem. Po (i w trakcie) ostatnich MŚ nie brakowało nam, Chrobrego potomkom, słów oburzenia na nadmiernie gospodarskich Włochów i władze FIVB, które nie dostrzegały w tym patologii. Oficjele uznali widać, że normalną jest sytuacja, w której zawodnicy gospodarzy tylko z grzeczności wychodzą na boisko, jako że układ gier skomponowano na tyle perfekcyjnie, że medal nie może ich ominąć. Cudem się nie udało, jako że Brazylijczycy bezczelnie (ku świętemu oburzeniu Włochów) podłożyli się po drodze komu innemu, by wpaść potem (wbrew gospodarskim kalkulacjom) na Squadra Azzura i osobiście wyrzucić ją z turnieju –  złośliwość latynoska pokonała apenińską przebiegłość. Tego typu historii z najnowszych dziejów światowej siatkówki można cytować dziesiątki.

      Podobnie jest z wyrazami świętego oburzenia, których nigdy się nie skąpi, gdy chodzi o nieczyste gierki przeciwników. Kiedy natomiast chachmęcą nasi, dochodzi do festiwalu akrobacji słownych: popiątnych rittbergerów mętnych tłumaczeń, potrójnych salchowów pokrętnych uzasadnień, dalekich lotów z mamucich skoczni hipokryzji niekończonych wszakże telemarkiem prawdy. W tych konkurencjach nieźle sobie dajemy radę (z chlubnym wyjątkiem Rafała Steca), co najlepiej daje się zaobserwować przy okazji szczęśliwych dla nas rozdaniach tzw. dzikich kart. Nazwa stąd, że dziki śmiech ogarnia, kiedy słuchać objaśnień „czemu temu dalim, a tamtemu nie”.

      Tym razem obyło się bez „dzikiej” się obeszło, awansowaliśmy do finału jako gospodarz. Skoro tak, to koniecznie trzeba było coś ugrać, a łatwo być nie mogło z racji absencji przemęczonych i schorowanych kadrowiczów ze Skry B. (oby wydobrzeli na ligę!) – na szczęście  zaradzili temu działacze. Zresztą nawet bez tego osłabienia i tak by pomogli, skoro utarło się w siatkarskiej makutrze, że gospodarzowi wolno więcej. Dodatkowym zawodnikiem na boisku jest oczywiście publika, ale tym drugim ważniejszym są panowie w garniturach grający przy zielonym stoliku, przeprowadzając tzw. losowania polegające na tym, że naszym do podium musi być dużo bliżej, niż obcym.

      I tak – na turnieju gdańskim w jednej grupie upchano: aktualnych mistrzów świata (Brazylię), mistrzów olimpijskich (USA), późniejszego triumfatora (Rosję) oraz na dokładkę aktualnego wicemistrza świata (Kubę). Dla porównania (o ile to w ogóle możliwe) drugą grupę utworzono z Włoch (kryzys od Pekinu, a nawet dłużej), Bułgarii (z sukcesami raczej krucho), Argentyny (od dawna chłopiec do bicia) oraz Polski (mocno spłowiały mistrz Europy w składzie półrezerwowym). Działacze się, jak widać, spisali znakomicie, trójmiejscy organizatorzy również (oklaski!), czas w końcu przyszedł na zawodników, którzy choć średnio na jeża grali w fazie eliminacyjnej, to jednak stoczyli jeden wyrównany (jak na nas) mecz z Brazylią i dwa razy dali łupnia Amerykanom (co osobiście uważam za większy sukces, niż późniejszy medal).

      Zaczęliśmy od Bułgarów, którzy potencjał mają od nas piękniejszy ale przegrali jak zwykle. Nadzieje urosły, ale nazajutrz Włosi tacy jak Łasko, Zajcew i Travica znokautowali nas w trzech krótkich setach. O tym meczu najchętniej bym zapomniał, gdyby nie publiczność. Wcale nie dlatego, że z uporem godnym tej właśnie sprawy dopingowała swych idoli. Wręcz przeciwnie – nawet wodzirej nie zdołał zagłuszyć paru gwizdów kontestujących beznadziejną postawę Polaków. Ba! Na początku ostatniej ćwierci trzeciego seta kamerzyście Polsatu udało się (Oscar za zdjęcia?) wychwycić z tłumu kilka ponurych facjat. Zachowanie cząstki polskiej publiczności mające bezpośredni związek z sytuacją na boisku, to dla mnie jest największa wartość tegorocznych finałów LŚ! Tyle lat pracy dopingowych spin doktorów, a tu normalne, spontanicznie zdrowe reakcje paru kibiców! Nie – wiecznie rozanielone twarzyczki nastolatek mizdrzących się do kamery bez względu na wszystko, nie – wąsaci faceci radośnie machający stryjenkom z Ciechocinka nawet wtedy, gdy za kilka piłek i naszych ktoś zmiażdży… Normalni kibice, co na mecz przyszli, a nie na wesołą zabawę na trybunach. Kuriozum.

      Jak by jednak nie kręcić złośliwym nosem, ta sama publiczność pomogła Bułgarom zlać zadki pewnym siebie Włochom i nasi chłopcy mogli już stanąć do boju z Argentyną, by samemu awansować, wyrzucając Bułgarów. Zamorski chłopiec do bicia w międzyczasie wyewoluował w brzydkie kaczątko z wyraźnymi zadatkami (za dwa trzy lata) na łabędzia. A ptak to, jak wiadomo, elegancki, ale kiedy skrzydłem machnie to i żebra może człowiekowi połamać. Niewiele brakło, by połamał naszym. Albicelestes, nawet oddając mecz walkowerem wygrywali grupę, wyszli więc na boisko w lekko niekompletnym składzie. Trochę to naszym pomagało, ale tylko do czasu, kiedy argentyński trener rzucił do gry rezerwy najgłębsze. Chłopcy tak bardzo chcieli pokazać, że niesłusznie grzeją ławę, że niewiele brakło, by nas pokonali. Choć popełniali mnóstwo błędów – nasi jeszcze więcej. Jedną nogą już byliśmy za burtą, ale co to za turniej, jeśli gospodarzy nie ma w grze w meczach o medale? Ale od czego są sędziowie…

      Panowie z gwizdkami albo w porę oślepli, albo – jak suponują niektórzy po kątach – istotę sprawy zrozumieli doskonale i szparko przystąpili do akcji. Wprawdzie już wcześniej (w tym meczu i wszystkich pozostałych) bili rekordy niekompetencji oraz złego oceniania sytuacji, tu jeszcze zdołali się zdecydowanie poprawić. Nam zaczęli nam zaliczać półmetrowe auty, a Argentyńczyków karać za ataki w boisko. Niestety – do brawurowej gry (bo i jak inaczej to nazwać?)  sędziów nie dostroili się nasi reprezentanci. Arbitrzy przechodzili samych siebie, przeciwnicy również dawali z siebie wszystko, by nasi chłopcy wygrali ten mecz, ale szło jak po grudzie. Dopiero w samej końcówce zawodnik Kurek poderwał kolegów do boju i – jak za Lozano –  awansowaliśmy do półfinału. Tu trafiliśmy na Rosjan. Co ciekawe, nasi zagrali najlepszy mecz w turnieju, ale to już taka nasza narodowa specjalność, te piękne porażki. W grze o medal znów pokonaliśmy Argentynę zdemolowaną dzień wcześniej przez swych sąsiadów z północy. Tym razem w pełnym składzie grający Albicelestes skapitulowali łatwiej, walkę podejmując jedynie chwilami. Nie jest jednak prawdą, że Latynosi odpuścili mecz. Po prostu nasi wreszcie zagrali porządnie, co musi nieco zaskakiwać. No, bo kto mógł przewidzieć, że po medal sięgnie drużyna pozbawiona trenera?

Aż z Halifax (UK) przyleciał do Polski Maciej Piątek, by sfotografować hologram trenera Anastasiego (siedzi w dolnym rzędzie pierwszy z lewej) i udało się!

      Niektórzy upierają się, że Anastasi w Gdańsku był, nawet coś tam krzyczał zza linii. Ale czy w dzisiejszych czasach tak trudno rzucić w pobliże ławki hologram posiwiałego Włocha? Żaden problem. Szkoda, że tę tajemnicę panowie eksperci Polsatu tak długo trzymali dla siebie, zdradzając ją dopiero po zakończeniu zawodów.

       Gdyby Anastasi nie zbojkotował finałów LŚ’2011, telewizyjni analitycy (poza wychwalaniem publiczności oraz niektórych graczy) zapewne dokonaliby podsumowania paromiesięcznej pracy włoskiego trenera – doskonała mogła być ku temu okazja. Ale o nieobecnych się nie mówi, prawda? Raul Lozano budził powszechną irytację „środowiska”, ale oceniano go co rusz. Castellani najpierw hołubiony, rychło popadł w niełaskę, co krok zrobił – analiza i ocena. Ale oni byli na miejscu, a Anastasi nie. Jest, a jakoby go nie było. Niby z poobijanej ligą młodzieży z lekkim dodatkiem „starych” skleja skład na miarę historycznego sukcesu, a jednak większej (wg polsatowskiej analizy) roli nie odgrywa. Niby znajduje sposób na zastąpienie Wlazłego (nie jestem pewien, czy najlepszy – wolałbym sprawdzić Janeczka), niby udanie zastępuje Gumę eks-banitą Żygadłą (ale Drzyzga za Woickiego i tak pilnie potrzebny!), niby odkrywa Kubiaka, niby to, niby tamto, a wszystko to nie ma znaczenia. Bo Anastasi obcy jest, co to z polską myślą szkoleniową nie ma nic wspólnego. Na szczęście – dodam skromnie – bo musiałby odpowiadać choćby za to, że jak zwykle nasi mieli najgorszą ze wszystkich zagrywkę.

       Cicho o selekcjonerze jest i będzie, póki się wreszcie nie potknie. Wtedy się go ciupasem zanalizuje i zwolni. Bo myśmy wzlecieli do medalowego nieba i na refleksję oraz sprawiedliwą ocenę czasu nam nie starcza, choć z tej wysokości idealna dla niej perspektywa. Ale my wzlecieliśmy i póki co szybujemy beztrosko. Dopiero gdy spadniemy, wyjaśni się, czy wzleciał z nami trener czy może (na pewno!) wzlecieliśmy WBREW niemu.

 

MiKasa

Tags:

5 komentarzy

  • Jakaś puenta? O czym ten artykuł? Kilka stron grafomaństwa. Chciałbym w takim razie przeczytać felieton tego autora o piłce nożnaj, naszej, polskiej. Jakoś piłkarzom nie układają się grupy, też był tajemniczy Leo a jednak medali i pucharów brak…. ale to takie polskie narzekać, przypinać łatki, przeciez internet wszystko przyjmie. Przypominam „siatkarskiemu autorowi” MiKasie, że ten wzlot trwa przynajmniej od 2006 roku, a to już 5 lat, Wystarczyło napisać, że mamy zawodników na światowym poziomie. Pisanie o Janeczku zamiast Wlazłego jest jak „tańczenie o architekturze”.

    • A o czym ten komentarz?

      Felieton MiKasy o rodzimym futbolu byłby – obawiam się – znacznie bardziej jadowity. Ale tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Bo samo zestawienie polskiej siatkówki z polską nożną to zagranie nie tyle w aut, co w bandę reklamową, może nawet w uśmiechniętą, wymalowaną buźkę siedzącej na trybunach nastolatki, szumnie zwanej kibicką. Czyli mocno, ale kompletnie bez sensu.

      Chciałbym przypomnieć szanownemu Gościowi, że znacznie wcześniej, niźli w roku 2006tym, zaczęło się pompowanie gigantycznych jak na warunki, w dodatku po części państwowych (PGE!) pieniędzy w polską siatkówkę. Towarzyszyła mu, co jasne, i towarzyszy nadal nachalna medialna propaganda. Podobnie cieplarnianych warunków nie ma u nas absolutnie nikt. Przytaczani przez szanownego Gościa futboliści są na porządku dziennym obsobaczani w rodzimych mediach (o kontraście między „najlepszą publiką na świecie” i „kibolami” lepiej nie wspominać) w stopniu, który takiego Mariusza Wlazłego wpędziłby w dozgonną depresję. Różne „postępowe” środowiska psioczą na państwowe finansowanie budowy stadionów, podczas gdy łożenie przez państwowego quasimonopolistę na bełchatowską Skrę jakoś dziwnie idzie bez echa. Etc., etc.

      Dorzućmy do tego fakt, że świat siatkarski jest generalnie (znacznie) węższy od piłkarskiego plus wysyp utalentowanych – jak sam Gość poniekąd raczy zauważyć – polskich adeptów tej dyscypliny i otrzymujemy środowisko, w którym sukces nie jest żadną łaską ze strony naszych siatkarzy, tylko coś jakby powinnością. Tymczasem owe sukcesy raczej by się nie zmaterializowały, gdyby nie szereg zagranicznych szkoleniowców (Lozano, Castellani, teraz Anastasi), których wpływ jakoś dziwnie jest pomijany. Oczywiście, zdrowa dawka krytyki, trzeźwego spojrzenia (której akurat zabrakło w przypadku wspomnianego przez Gościa Beenhakkera) zawsze mile widziana. Zdumiewająca jest jednak powszechna skłonność do lekceważenia osiągnięć w/w panów. (cdn)

    • Jeśli szanowny Gość nadal nie rozumie, o czym traktuje powyższy tekst, radziłbym zwrócić uwagę na dwie kwestie poboczne:

      1. Gość w dom, gospodarz zjada obiad (i wypija wódkę). Owszem, forowanie „domowych” zawodników jest szeroko znane w zasadzie każdej dyscyplinie sportu. Jednakże bodaj tylko w siatkówce urosło do rangi oficjalnego systemu. Podczas ostatnich męskich MŚ sprawa przybrała postać czystej parodii. Nikogo nie interesowała forma poszczególnych zespołów, szanse oceniano na podstawie tego, kto się komu podłoży i ile może na tym zyskać. A wszystko przez szeroki gest oficjeli FIVB, którzy ze swej strony zrobili wszystko, co tylko migli i jeszcze trochę, aby tylko Azzurri za bardzo się nie przemęczali w drodze po medale. Błędem jednak byłoby wytykanie Włochów jako krętaczy. Kręcą wszyscy (może oprócz jednej Brazylii, która zazwyczaj nie musi). Dzikie karty, układanie grup i w ogóle całych regulaminów rozgrywek pod gospodarzy – czy to jest jeszcze w ogóle sport? Może cyrk raczej? Coś w podobie wrestlingu, gdzie niby wszyscy się starają, walczą do krwi, a przecież zwycięzca jest doskonale znany przed rozpoczęciem zmagań.

      2. W stepie szerokim nawet sokolim okiem kibica nie dojrzysz. W zasadzie mało dziwne. Kibice przychodzą na sport, nie na cyrk. Dlatego passus o skwaszonych minach na trybunach odbieram jako równie cenny, co zwrócenie uwagi na lekceważący stosunek „analityków” do Anastasiego.

    • Drogi gościu!

      O kwestiach innych się nie wypowiem, jako że zdążono mnie wyręczyć. Chciałbym tylko przeprosić cię za benadziejnie głupią sugestię zawartą w moim tekściku, że warto spróbowac niejakiego Janeczka. Masz rację – istotnie jest to tańczenie o architekturze. Jedno mnie tylko cieszy, że nie tańczę sam, ale w parze z Anastasim, który właśnie wstawił Janeczka do „22” na ME. I obawiam się, że powołał go jako jednego z tych, którzy mają (już lub potencjalnie) zastąpić Wlazłego. I cieszy mnie to i martwi, Nie wiem, co bardziej.

  • serve&volley

    W kwestii najlepszej publiki na świecie, to chciałabym przypomnieć, że red. Ambroziak (oby nie grafoman wg kolegi) postulował, by co jakis czas wygwizdała naszych herosów, jeśli zagrają do bani. W kwestii cyrku z grupami oraz sędziowaniem finału światówki 2011 pragnę zwrócić uwagę, że mało który dziennikarz tego nie wytknął, ze szczególnym wskazaniem na Rafała Steca, a niewskazaniem na jego niektórych kolegów, którzy wprost napisali, że trzeba o tym, zapomnieć, bo medal mamy. Czy odnieślismy wielki sukces? Moim zdaniem rację ma red. Drzyzga twierdzący: „sukcesem tego nie nazwę, nazwę wykorzystanie pomślnych okoliczności”. Co do wzlotu w 2006, który tu został „przypomniany”, to warto się zastanowić, czy lepsze jest samozadowolenie, czy poprawianie tego, co jest do poprawienia? Juz mieliśmy wzlot w 1974, 1976 potem samozadowolenie, które zaowocowało makabrycznym dołem, z którego dopiero nas Lozano wyszarpnął. Po ilu latach? No to ja wolę „narzekania”, żeby kolejny dół trwał krócej. Że do niego zmierzamy nie mam wątpliwości – w całej Polsce nie ma zastępcy Wlazłego!!! Janeczek też mi nie pasuje, ale wolę szukanie pośród młodych, niż rewalidację Bartmana czy reaktywację Gruszki. Ławkę nasza siatkówka ma niespotykanie krótką. Czy typowo polskie jest narzekanie? I tak, i nie. od pewnego czasu trendy jest arzekanie na narzekanie. W czym ono lepsze?
    ps.
    a chłopaki ze Skry dalej chore;))) Świder (cały sezon „w szpitalu”) awansował do kadry. Swoją drogą w odróżnieniu od niektóych, ten to zagra nawet po amputacji wszystkich kończyn, tego moge być pewna.

Zostaw odpowiedź do serve&volley