Jarosław Kolasiński: ESKalacja kultury czyli…

19 lipca 2011 20:333 komentarze

ESKalacja kultury

czyli

Najbardziej  nie  chodzę  na  konkursy  polskie

 

     Nad pobojowiskiem zapadł zmrok wyborczo-parlamentarny. Pokonani liżą rany, starając się by nikt o nich nie zapomniał; zwycięzcy świętują na wszelki wypadek dyskretnie, jako że znaleźli się – a to Polska właśnie! – w kręgu podejrzeń. Bitwa skończona, wojna trwa. W Internecie wrocławianie nakręcają red. Kamilowi Durczokowi blogolicznik odsłon, a ziomkowie bojowego dziennikarza dzielnie dają odpór dolnośląskim agresorom. Dochodzi tym samym do niespotykanej ESKalacji kultury – powerdyktowe hektolitry kulturalnych pomyj, chlupocząc fuckami, płyną rynsztokiem polskiego internetu. Strumień tym bardziej jest wartki, że min. Zdrojewskiego poturbował palec boży, spychając go ze schodów (o, zgrozo! – wrocławskich). A że ostro się poturbował, wywołało to feerię cud-chrześcijańskiego współczucia przyprawionego humorem z najwyższej półki (idącego do likwidacji gieesu). Niestety, minister po raz kolejny rozczarował i wypadek przeżył, a szkoda, bo dopiero byłoby śmiesznie.

     Inter arma silent musae, ale nie zawsze. Czasem przemawiają. Ot, choćby ustami red. Durczoka, który ogłosił, iż nie miał zamiaru obrażać mieszkańców Wrocławia i tego nie zrobił. Pozostawiając poza dyskusją zamiary (jako brukową kostkę piekła),  należy przyznać mu rację: wrocławian nie obraził. Twierdzenie to będzie w pełni prawdziwe  dopiero jednak wówczas, kiedy odpowiednie służby potwierdzą, że Zdrojewski znad Odry się  wymeldował. W przeciwnym razie – przynajmniej jeden wrocławianin może czuć się obrażony oskarżeniem o uprawianie polityki „w jej najbardziej prymitywnym wydaniu”. A kogo redaktor nie miał zamiaru i nie obraził w Austrii? Czy to już wiadomo, czy okaże się dopiero, kiedy na Facebooku eksplodują rodacy szefa ESKowego jury, któremu de facto zarzucono łgarstwo? Skoro herr Manfred Gaulhofer oficjalnie zaprzeczył naciskom na jury, to rozwijanie wątku stu milionów jest – w najlepszym razie – określeniem jego wystąpienia tzw. austriackim gadaniem. Być może jednak i tutaj pan Durczok „nie miał zamiaru”.

      Oskarżając min. Zdrojewskiego o dotacyjno-konkursową stronniczość, Kamil Durczok jest – jako nosiciel krawata – „mniej awanturujący się”. Nie można tego samego powiedzieć o internautach. Oskarżać Pana Kamila (on przecież tylko dał hasło do boju i dostarczył amunicji) o otwarcie międzyregionalnej puszki Pandory oczywiście nie wolno. Wolno natomiast i trzeba rozważyć, czy rację ma Dutkiewicz, określając redaktorską diagnozę „koszmarnymi głupotami”. Warto też zastanowić się, czy dyskusja o werdykcie nie będzie przypadkiem kontynuowana w nadchodzącym sezonie ligowym. Trzaskanie się po szczękach ogolonych na łyso „lokalnych patriotów” z powodu złego/dobrego werdyktu w sprawie KULTURY będzie znakomitą pointą dla niektórych uczonych wywodów.

     Tymczasem w zwycięskim Wrocławiu przesadnej euforii nie widać. Może i dobrze, bo skoro już sam sukces tak dramatycznie niektórych zafrasował, to kłucie w oczy radością mogłoby przelać czarę goryczy. Nie przelewa jej artykuł pióra Beaty Maciejewskiej objaśniający wrocławską konkursową aplikację (nieznaną oczywiście 99% internetowych „dyskutantów”) i wskazujący co też w niej jurorów ujęło. Z tych właśnie względów jest to materiał kompletnie bezwartościowy, gdyż traktuje o sprawach mało kogo interesujących. Dokładnie to samo można powiedzieć o artykule Mariusza Urbanka, w którym miast rzucać wiązkami oskarżeń, miast przywalać pięściami fucków, informuje się, że Wrocław po prostu od lat konsekwentnie inwestuje w kulturę, że o wiele splendorów starał się dotąd mocno bezskutecznie, ale się nie poddał. Jakie to ma jednak znaczenie, skoro internauci prześcigają się w podrzynaniu sobie wirtualnych gardeł? Żadne. I słusznie, ponieważ…

     Ponieważ prawda jest taka, że Wrocław od początku grał nieuczciwie – z ministerialnym asem w rękawie. Ale zaczęło się dawno temu. Zdrojewski, jeszcze jako prezydent miasta, zalał je w 1997 wodą z Odry celem wyciągnięcia z kasy państwowej pieniędzy na remonty. Następnie i on, i jego następca przegrywali seryjnie i celowo batalie o EXPO, EIT oraz parę innych splendorów, by uśpić czujność ESKowej konkurencji, która wymienionych wrocławskich porażek, zapewne tylko przez niedopatrzenie, nie oprotestowała. Nie udało się tylko z Euro’2012 – momentalnie Wrocław zyskał opinię rozpychającego się łokciami. W odpowiedzi na tę opinię dolnośląska perfidia sięgnęła szczytu. Błyskawicznie sfingowano wieloletni, ostry i otwarty konflikt: Zdrojewski wraz z małżonką-radną kontra Dutkiewicz, podczas gdy w rzeczywistości obaj zainteresowani (w najlepszej komitywie i przy wsparciu doświadczonego w tych sprawach Piniora) gromadzili po kryjomu sto milionów pln, by „Zdroj” miał czym w ostatniej chwili machnąć przed kolektywnym nosem jury. Kiedy Polska przejrzała na oczy, było już za późno. Mogła już tylko ustami p. Czeszejko-Sochackiej (z jakże wciąż i przez wszystkich uciskanej Warszawy) zakrzyknąć: – To granda! Strach myśleć co się będzie krzyczeć, kiedy na jaw wyjdą pozostałe wrocławskie machinacje, a wymienię tylko te najperfidniejsze.

      Już w 2009 Dutkiewicz zapuścił wąsy i brodę, w dodatku rude (lis farbowany!) i – jako agent wpływu na jury – incognito rozbijał się po kraju, przeprowadzając przez ulicę matki-staruszki sąsiadów polskich jurorów oraz sączac im lobbingowy jad do uszu. W wolnych chwilach bujał media oraz kołyski z jurorskimi dziećmi czy nawet wnukami, cynicznie nucąc przy tym „Aaa! ESK-i dwa” na zmianę z „Ach śpij, kochanie, bo ESK i tak wygramy…”. W tym samym czasie wiceprezydent Grehl rozdawał znajomym członków jury landrynki w barwach Wrocławia oraz jointy z wyhodowaną w tutejszym ogrodzie botanicznym marihuaną. Jakby tego było mało, wrocławscy radni (na sfingowanych l-4) non stop przegrywali w golfa miejskie pieniądze do jurorów zagranicznych, gdy ci przebywali w San Sebastian lub Saragossie.

      Bezczelna ofensywa Wrocławia osiągnęła swe apogeum w dniach pobytu zastraszonego jury w stolicy Dolnego Śląska (zauważmy, że drugi człon nazwy ukradziono ziomkom K. Durczoka). Chcąc olśnić nieświadomych istoty rzeczy nieszczęśników (również tych z polskimi paszportami), czym prędzej wytyczono na łące rynek i w ciągu jednej nocy otoczono go potiomkinowskimi kamienicami ze styropianu. Gumowymi taśmami z turoszowskich taśmociągów przykryto natomiast wyboisty bruk wrocławskich ulic, by sfingować asfaltową dżunglę. Lawina ruszyła! Kontynuując kapitulancką politykę wobec wykupujących tu nas Niemców, wzięto w leasing monachijski stadion, który na chwilę ustawiono na Maślicach, stwarzając iluzję, iż coś się we Wrocławiu buduje. Z Lublina ukradziono kilka kościołów (w tym katedrę), z Warszawy pół Pałacu Kultury (metra wysłannicy nie zdołali wykryć), a spod Katowic potajemnie wykopano węgiel, by na czas pobytu jurorów wrocławskie tramwaje mogły się przemieszczać pełne sklepowych manekinów przebranych za pasażerów. Zadbano też o przekupienie dystrybutora Gutka całorocznym karnetem do pozbawionego Gucwińskich zoo i ten zgodził się udawać, że we Wrocławiu ma co roku dwa festiwale.

      Najbardziej cynicznym piarowskim trickiem, jaki Dutkiewicz w porozumieniu ze Zdrojewskim zastosowali, było wywiezienie wszystkich żebraków na trzy dni do Karlovych Varów. W ich miejsce sprowadzono 1,5 pociągu ulizanych czeskich dzieci, które (przebrane za krakowianki  (sic!) a dowożone radiowozami Straży Miejskiej) wszędzie pojawiały się przed jurorami i machały chorągiewkami jak – nomen omen – najęte. Szczytem wszystkiego okazała się ofensywa słynnych wrocławskich krasnali. Desantowano je na miasta-konkurentów, nie po to jednak, by tamtejsze końskie ogony zaplatały w warkocze. Jak dywersanckie gnomy potraktowały magazynowane u wrogów mleko – aż wstyd zdradzać. Czy wobec ujawnionych faktów jest jeszcze sens potępiać red. Durczoka? Skądże. Lepiej zastanowić się, co by się w Polsce działo, gdyby w sprawie ESK’2016 zapadł inny wyrok.

/ilustr. – Katarzyna Rymarz/

      Jako że chyba nikt u nas konkursu nie wygrał bez oskarżenia go potem o machlojki – ktoś winny być musi. Na czym polegałaby hipotetyczna wina ministra kultury pochodzącego z Lublina (gdyby wygrał Lublin) czy z Katowic (w wypadu triumfu stolicy Górnego Śląska) – nie ma sensu rozważać. Nie komplikujmy. Jest jak jest, zostawmy Zdrojewskiego na stołku i niech wygra… Gdańsk! – Dlaczego wygrał? – pada pytanie. – Bo Tusk jest z Trójmiasta i Zdrojewski chciał mu się podlizać przed wyborami. Wygrywają Katowice? – Zdrojewski kupuje dla PO rasiowców. Zwycięża Lublin? – Zdrojewski realizuje perfidny plan pomnożenia platformianego elektoratu w okręgach, w których jego partia z reguły zbiera bęcki. Jury uwzględnia nieposkramiany pęd Warszawy do bycia stolicą zawsze i wszędzie? – Zdrojewski wspiera Tuska w jego okręgu wyborczym.

      A gdyby tak poprzednie wybory parlamentarne wygrał jednak PiS? Wariant z ministrem Ujazdowskim (dolnośląska perfidia ponad podziałami musi robić wrażenie) pomińmy, gdyż zadziałałby identyczny mechanizm jak zawsze w sytuacji, gdy minister jest „stamtąd”. Mało to interesujące. Niech minister będzie z Rudki-Tartaku, Kłodzka, Kłaja czy Pcimia i niech wygra Warszawa. – PiS usiłuje wyszarpnąć warszawiaków z objęć Gronkiewicz-Walz. Zwycięża Lublin? – Bo wschód, to PiS i ESK jest za to premią. Triumf Katowic? – PiS wyrywa hanysów ze szponów Gorzelika. Wygrana Gdańska? – PiS chce odzyskać Kaszubów. Tak sobie myślę, że gdyby jury obradowało za samodzielnych rządów SLD, ewentualny triumf Lublina tłumaczono by bliskością Roztocza, bo jeśli już gdzieś Napieralski mógłby wydajnie zbierać grzyby, to tylko tam, przecież. I tak dalej, i tak dalej…

      Mówi się o Polakach, że immanentną ich cechą jest bezinteresowna zawiść. Reakcje na triumf Wrocławia w walce o ESK dowodnie wykazują, że tę bezinteresowność mamy już z głowy, gdyż bój jest o brukselskie pieniądze, których nigdy dość. Co ciekawe, kiedy w odróżnieniu od Wrocławia (na 5 projektów jeden ledwie uwzględniony, 2 do kosza, a feralne dwa „w pamięci”) Lublin dostał (i bardzo dobrze!) od Zdrojewskiego pieniążki na 100% zgłoszonych projektów, agencje nie doniosły o wywołanych tym rozruchach na Górnym Śląsku, Pomorzu, Mazowszu i na Ścianie Wschodniej. Nikt też seppuku nie popełnił, gdy z „naciskowych” milionów Warszawa otrzymała fundusze na 3 projekty (o jeden więcej od Wrocławia). No, ale gdyby wygrała, przerobione na czołgi tramwaje grzałyby silniki w Katowicach, Gdańsku. Lublinie i zapewne nad Odrą.

      Kończąc wątek warszawski… Zdawać by się mogło, że sam start stolicy kraju w wyścigu o ESK zakrawa na nieporozumienie. Przynajmniej kiedy się ma na uwadze pierwotną ideę całej imprezy, czyli stymulowanie rozwoju kultury tam, gdzie jest z nią niejaki problem: chęci u tubylców dostatek, jeno środków brak. U nas jednak prawie nikogo nie obchodzi (ewoluująca wciąż zresztą) idea ESK. Chlubnym wyjątkiem zdaje się być „Spasiony kot i zdolni doktoranci”, najciekawszy bodajże o sprawie materiał, jaki udało mi się w Internecie przeczytać. Wprawdzie i ta wypowiedź choruje na stumilionową gorączkę, ale nie śmiertelnie, a przede wszystkim o kulturze tu mowa. O idei konkursu. Jest jednak tekstem nie na temat, bowiem nie tyle przecież o kulturę chodzi w obecnej wojnie naszych miast, co jest to po prostu ciąg dalszy brato(a jednak!)bójczej wojny polskich metropolii o splendory i pieniądze.

      Wyjścia z tej kałabani mamy dwa: wzajemnie się wyrżnąć anty- i pro-Durczokowo albo uznać może, że ESK dla Wrocławia to sukces wszystkich. Idąc tym drugim tropem, dałoby się zapewne w 2016 zrobić coś nad Odrą wspólnie z pokonanymi w finale konkursu, ewentualnie pojechać z czymś swoim do Katowic czy Lublina. Chyba jednak nic z tego nie będzie, gdyż regionalnym armiom zbyt dobrze jest w okopach, a nic lepiej Polakowi nie robi, jak w porę zidentyfikowany wróg, który życiu przydaje prawdziwego sensu: Zdrojewski, Durczok, Dutkiewicz, Uszok czy wybitny analityk-wokalista Skiba, który i na ten temat nie omieszkał wyskoczyć z lodówki. A nader dziś aktywni „sypacze” szańców harują do utraty tchu. Walczymy. Walczymy! Bo taki nasz uochany atawizm. Ktoś musiał wygrać, by pretensje miał ktoś. A ktokolwiek by nie wygrał – i tak źle.
I dlatego nie chodzę na konkursy polskie, choć wiele się dzieje. Zbyt wiele i nie na temat.

Jarosław Kolasiński

Tags:

3 komentarze

Zostaw odpowiedź do Yarre