Weredyk Klinker: Jeden procent ale na co?

19 czerwca 2011 22:508 komentarzy

Kocham polską kulturę, chcę konsumować polską kulturę, może nawet w jakimś maleńkim stopniu, choćby przez publikacje w Netkulturze, ją tworzę. Dlatego też na wieść o podpisaniu Paktu dla Kultury ogarnęła mnie euforia. 1% na kulturę! Jak rozumiem jeden procent wydatków budżetu. I to nie licząc środków europejskich i samorządowych. Ileż to pieniędzy!

Wydatki budżetowe  w 2010r. wynosiły ok. 300 miliardów złotych. Nawet przy cięciach wydatków w budżecie uchwalanym w tym roku mówimy o kwocie bliskiej 3 miliardów złotych. Nie da się ukryć, że robi to wrażenie. A jeśli dodamy do tego fakt, że u nas wydatki na kulturę rosną gdy gdzie indziej w Europie są bezlitośnie obcinane /np. w Wlk. Brytanii cięcia budżetowe sięgały 25%/. Brzmi nieźle.

Na stronie Obywateli Kultury możemy przeczytać:

„14 maja o godzinie 12.00 w Muzeum Narodowym została zawarta umowa pomiędzy Rządem reprezentowanym przez Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska a Obywatelami Kultury, reprezentowanymi m.in. Agnieszkę Holland, Dorotę Olejnik, Jarosława Lipszyca, Beatę Stasińską, Beatę Chmiel, Jacka Bromskiego, Katarzynę Kozyrę,  Krzysztofa Warlikowskiego, Krzysztofa Krauze, Piotra Frączaka, Edwina Bendyka, Jerzego Hausnera, Macieja Strzembosza.”

I dalej.

„Pakt przewiduje przede wszystkim wspieranie czytelnictwa, edukacji kulturalnej, uczestnictwa w  kulturze. A także 1% na kulturę. Różnica pomiędzy wydatkami na kulturę i ochronę dziedzictwa w 2011 r. a postulowanym 1 procentem to około 800 mln. zł. Pakt zakłada osiągnięcie wydatków na kulturę do roku 2015, tj. co roku co najmniej o około 200 mln. zł.” „Na co te pieniądze? Pakt przewiduje przede wszystkim wspieranie czytelnictwa, edukacji kulturalnej, uczestnictwa w  kulturze. A także tych instytucji, które zwiększają dostęp obywateli do kultury oraz wspomagają aktywność obywatelską. Nie są to środki dla twórców.”

„Kto popiera pakt? Pakt dla Kultury poparły różne środowiska, m.in. Kongres Polska Wielki Projekt, Kongres Kobiet, Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych, prezydenci 12 miast, eurodeputowani, związki i porozumienia twórcze, kilkadziesiąt instytucji kultury, twórcy, ekonomiści, przedstawiciele biznesu. Oraz wszyscy, którzy poparli Pakt dla Kultury na stronie www.obywatelekultury.pl oraz podpisując się osobiście podczas Nocy Muzeów.”

Nie ulega więc wątpliwości, że mamy do czynienia ze zdarzeniem w naszej średnio ostatnimi laty sympatycznej rzeczywistości społeczno-politycznej wyjątkowym. Wielka umowa społeczna, rząd, samorząd, organizacje społeczne, instytucje kultury w jednym marszu z obywatelami.

Ogarnia mnie euforia, ale po chwili, po polsku, ze mnie nieco opada. Czytam jeszcze raz zdanie ze strony Obywateli Kultury – „Pakt zakłada osiągnięcie wydatków na kulturę do roku 2015, tj. co roku co najmniej o około 200 mln. zł.” Nie rozumiem o co chodzi. Może moje kompetencje kulturowe są zbyt niskie. A może ktoś się pomylił. Chochliki drukarskie się zdarzają. Ale przecież ktoś musi takie rzeczy zauważać. Może brakowało czasu na redakcję, trudno się czepiać takiego drobiazgu, choć byłoby lepiej by manifest narodowej kultury był czysty i niewinny jak lelija. Niepotrzebnie się czepiam ale jakiś dysonans powstał.

 

rys. Michał Zięba

Opowiadał mi znajomy męczący teraz studentów, studiów uznawanych tradycyjnie za humanistyczne, na jednej z państwowych uczelni o swoich doznaniach z tym związanych. Wygląda na to, że u młodych humanistów taki dysonans by nie powstał. Po prostu nie tylko to zdanie byłoby dla nich poznawczym kłopotem, a może w sposób nieuświadomiony nie byłoby. Młodzi humaniści mający coraz więcej kłopotów z formułowaniem pisemnych wypowiedzi gremialnie wyznaczają też nowe reguły ortografii – „regóły”, „rządać”, „niekture” to już nie skutki dysleksji tylko wieloletniego wstrętu do słowa pisanego. Hitem roku jest słówko „bierzące”, które w tej swoistej formie ortograficznej stosuje 75% /sic!/ klientów mojego znajomka.

Przykład drobny acz znamienny, obawiam się, że również mocno reprezentatywny. I tu właśnie mój entuzjazm ustępuje miejsca poważnej refleksji. Ten niewątpliwy sukces jakim jest /będzie?/ zwiększenie wydatków na kulturę jest nie tylko impulsem rozwojowym dla polskiej kultury, ale również elementem jej koniecznej RENOWACJI /o ile nie restauracji/.

3 miliardy złotych wygląda wspaniale, ale sam pogrążony w kryzysie brytyjski Departament Mediów Kultury i Sportu tnie wydatki z… 1,5 miliarda funtów do 1,1 miliarda. Polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2011r. dysponuje budżetem w wysokości ok. 2,5 miliarda złotych, a wyzwania zapewne przed nim większe. Cieszy jednak fakt, że budżet ministerstwa nie tylko nie został obcięty, a zwiększył się i wszystkie rozpoczęte i planowane programy zostaną w pełni sfinansowane.

Cieszy też fakt, że podjęte zostały szeroko zakrojone działania diagnozujące stan polskiej kultury, a przewidziane w Pakcie działania idą w kierunku jedynie sensownego, nie oszukujmy się, wyjścia z zapaści polskiej kultury czyli podniesienia kulturowych kompetencji naszego społeczeństwa. Trzeba przyznać, że choć nie wszystkie konie na wrocławskich pomnikach zachowują proporcje, a krasnale dotyka autoinflacja, to Pan Minister Zdrojewski jest jednym z lepszych towarów eksportowych tego miasta.

Gdzie bowiem czekają najpoważniejsze zagrożenia na idee Paktu dla Kultury czekające. W odbiorcach. W zaniedbanym przez szkoły, ogłupionym przez telewizję, zwulgaryzowanym przez powszechną agresję, z lenistwa albo z braku pieniędzy oszczędzającym na kulturze statystycznym Kowalskim.

Ten Kowalski w 56% w ciągu roku nie przeczytał żadnej książki, wyniki czytelnictwa są gorsze niż w 1994r /wtedy nie miało książki w ręku 44% Kowalskiego /. W porównaniu z latami dziewięćdziesiątymi ubiegłego wieku spada liczba księgarni, hurtowni książek, firm wydawniczych itd. Rośnie liczba teatrów i kin, ale do teatru nie chodzi 2/3 Kowalskiego, a do kina jego połowa. O koncertach i prelekcjach nie ma co wspominać bo tam uczęszczająca część Kowalskiego ledwie wypełnia zajmowane siedzisko krzesła. Taki Kowalski jest marnym konsumentem kultury.

Podobnie niewdzięcznym dla kultury jest również Kowalski, który w kulturze uczestniczy w sposób specyficzny. To Kowalski, który konsumuje znacznie mniej niż wytwarza, a wytwarza przeważnie amatorską imitację kultury wysokiej. Taki osobnik, korzystający ze zdobyczy kultury masowej i środków elektronicznej komunikacji, tkwi w zawieszeniu pomiędzy samą tylko konsumpcją kultury masowej, a prawdziwie wartościowym kulturotwórstwem. Przeważnie dużo pisze choć niewiele czyta. Grupa takich Kowalskich nie jest duża, ale nie jest duża grupa osób w ogóle w kulturze aktywnie uczestniczących. Erozja estetycznego, literackiego, muzycznego kanonu, której często dokonują, w tej i tak wąskiej twórczej grupie, tacy sztukmistrze /nie Sztuk Mistrze/ jest niestety nie do przecenienia.

Wszyscy wskazani Kowalscy są prawdziwym wyzwaniem i dla państwa, i dla profesjonalnych twórców jako „producentów” kultury. Jest to wyzwanie tym trudniejsze, że Kowalscy tacy nie zasługują na odrzucenie i lekceważenie, a raczej na wychowanie i czułą opiekę. Od wytwarzania kompetencji kulturowych na poziomie szkół wszelakich po likwidowanie barier finansowych, technicznych, wiekowych, topograficznych i wszelkich innych jakich pełno dookoła. To potężne wyzwanie dla administracji rządowej.

Musi zostać wypracowana recepta na chaos i zatomizowanie działań kulturalnych leżących w gestii samorządu. Brzmi to okropnie, więc może posłużę się przykładem. Nie każdy ohydny pomnik Papieża zasługiwał na dofinansowanie z kieszeni podatnika, nie każdy autorski wieczorek odbywany w Gminnym Ośrodku Kultury to Literatura, a dotacja wójta czy burmistrza do amatorskiego kabaretu czy zespołu tańca ludowego nie zrobi z nich drugiego Teya czy Mazowsza, choć w budżecie będzie ładnie wyglądać jako wspieranie kultury. W większych miastach natomiast nie wyczerpuje kulturotwórczej misji samo organizowanie gwiazdorskiego festiwalu za festiwalem ani korowód pielgrzymujących warszawskich teatrów „na prowincji” grających przeważnie arcydzieła dramatopisarzy niewykraczających poza /przy całym szacunku dla talentu tego wybitnego komediopisarza/ format Alana Ayckbourn’a.

Słowem sposobów na zmarnowanie nie tylko 1% budżetu są tysiące. Jak odsiać ziarno od plew, jak stworzyć solidny kanon kulturalny bez obaw o instytucjonalizację kultury i jej krępowanie? Jak jednocześnie nie wykluczyć z tego procesu tych wszystkich, którzy z entuzjazmem zaczęli tworzyć amatorski  kulturalny WEB 2.0, jak spośród nich wyławiać najlepszych, jak wspierać ich profesjonalizację /nie programem X-factor chyba bo Gienek Loska fałszuje ;)/? Jak wychować konsumentów kultury wyższej niż lecąca na łeb na szyje w bagno kultura masowa /widział ktoś ostatnią Płocką Noc Kabaretową /? Jak wspierać twórców by nie pogrążali się w chałturach?

Jeśli naprawdę efektem Paktu będzie próba aktywnego odpowiadania na te pytania to ja nie tylko oddam na to 1% naszego wspólnego budżetu, a jeszcze oddam parę procent swojego domowego. Czytając założenia Paktu i raporty przygotowane przez MKiDN można być choć trochę bardziej optymistą.

 

Tym niemniej o jednoprocentowej euforii z początku tego tekstu mogę już chyba zapomnieć.

 

Weredyk Klinker

———————————————-

Ikona artykułu – © milintz@rf/pixmac.com edycja WL

Tags:

8 komentarzy

  • Obietnica przeznaczenia 1% PKB na kulturę już dawno była. I podobno została zrealizowana…w 1984 czy 1985(dokładnie nie pamiętam) W każym bądz razie o tym publicznie zakomunikował tow.Andrzej Wasilewski,owczesny sekretarz KC PZPR,dyrektor PiW-u i członek władz ZLP.Nikt tego nie sprawdzał,bo raczej nie mógłby sprawdzić,bez udziału władz i danych jakimi one dysponowały.
    Sytuacja „strukturalna” jest dziś podobna.Ale o co innego chodzi; wtedy o pozyskanie dla PZPR „zbuntowanych” pisarzy
    dziś o nagrodę dla „celebrytów” za udział w róznych Komitetach PO(parcia) czy innych cielskach „honorowych”. A ponieważ w tych „kumitetach” przeważnie zasiadali ludzie, którzy sami ,dobrowolnie wyautowali się z wszelkiej twórczosci i dlatego,aby wciąż istnieć,zajęli się polityką,naturalnie deklarując „apolitycznosć” i „obiektywizm”,spora częśc tego % -zależy jak liczonego-
    przypadnie na cele przez nich wskazane.
    Pozostaje jeszcze sojusznik czyli PSL,a więc )ewentualnie)
    ;wskrzeszenie kowalstwa artystycznego,wycinkarstwo, hafty,widowiska „live” w rodzaju tradycyjnego pieczenia chleba itd.Może jak w wyborach sojusznik odpadnie od ściany,to kasa przejdzie na cele wskazane przez „kumitety”. Tego nikt nie wie,jak sprawdzic wykonanie-też nikt nie wie,podobnie jak za czasów nieboszczki PRL- „takiej opcji nie ma”
    Interesują mnie dwie sprawy; 1- finansowanie kultury,zwłaszcza tej „wysokiej” bo masowa jak sama nazwa wskazuje powinna się finansowac sama
    2)Jak zachowując narodową ekonomiczną „świętość” czyli dwuprogowy podatek liniowy. wprowadzić do kultury pieniądze inne niż rządowe i samorządowe?
    A więc jak wywołać sponsoring „prywatny”?
    Ale o tym może przy następnej okazji.

  • Autor stawia wiele ważnych pytań. Zdaje się, że nikt w tym kraju nie ma pomysłu „jak wychować konsumentów kultury wyższej niż lecąca na łeb na szyje w bagno kultura masowa? Jak wspierać twórców by nie pogrążali się w chałturach?”

    Projekty niczego nie rozwiążą, bo realizacja każdego pociąga za „kasę”.
    Siąść i płakać, gdy biblioteki się zamyka jako „niedochodowe”. A tyle pieniędzy na nieistotne sprawy się wydaje.

    Długo by gadać. Wszyscy wiedzą i nic się nie zmienia. Płakaliśmy za demokracją, a teraz się okazuje,że demokracja w kulturze to przymilanie się twórców niewyszukanym gustom?

  • /o jednoprocentowej euforii z początku tego tekstu mogę już chyba zapomnieć./

    No właśnie. Wzrost wydatków na kulturę – jaki by faktycznie nie był – zawsze cieszy. Ale…

    a) /chodzi (…) dziś o nagrodę dla „celebrytów” za udział w róznych Komitetach PO(parcia) czy innych cielskach „honorowych”. A ponieważ w tych „kumitetach” przeważnie zasiadali ludzie, którzy sami ,dobrowolnie wyautowali się z wszelkiej twórczosci i dlatego,aby wciąż istnieć,zajęli się polityką,naturalnie deklarując „apolitycznosć” i „obiektywizm”,spora częśc tego % -zależy jak liczonego-
    przypadnie na cele przez nich wskazane./

    Pod tymi słowami p. Bekasa podpisuję się z pełnym przekonaniem.

    b) kwestia szkolna. Co z tego, że na kulturę szły będą setki milionów, skoro kulturobiorca, przemielony przez kilkanaście lat odmóżdżającej edukacji, nie będzie nawet wiedział, z „kturej” strony się za „tom kulturem” zabierać?

    c) wydaje mi się, że najlepsze, co mógłby dla kultury zrobić rząd, to nie żadne tam procentowe rozdawnictwo, tylko poprawa ogólnej sytuacji ekonomiczno-gospodarczej państwa. Mam nieodparte wrażenie, że wielu Kowalskich nie uczestniczy w kulturze nie dlatego, że takie lenie, nieuki i profany, a dlatego, że zwyczajnie brakuje im na to czasu i sił, bo muszą zaiwaniać po kilkanaście godzin dziennie, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby swoich rodzin. Taki Kowalski może i nawet by coś przeczytał, może poszedłby na koncert, czy spektakl, ale jak wraca po codziennej, marnie płatnej harówie, to stać go akurat na tyle, żeby się rzucić na kanapę i ewentualnie pogapić co nieco w telepudło.

    Z kolei mnóstwo innych Kowalskich jak najbardziej uczestniczy w kulturze. W kulturze Zjednoczonego Królestwa, Niemiec, USA…

    • Tu się zgodzę, że Kowalski pada i tylko pudło włączy. I może właśnie od „pudła” należy zacząć, takiego badziewia za komuny nikt w tv nie serwował. A jak leciała poprawność polityczna, to i tak nikt nie brał tekstu serio.

      • Nie chciałbym wyjść na defetystę, ale moim zdaniem zacząć należałoby od uświadomienia sobie, że Kowalski pozostanie Kowalskim. Prób przemieniania zjadaczy chleba w aniołów było już parę i jakoś żadna nie zakończyła się sukcesem.

        Oczywiście, dobrze by się stało, gdyby Kowalski nie zajadał tego chleba z M jak Mamałygą doprawioną sosem bezsensamelowym a la Lis, czy inny Pospieszalski. Tyle, że za komuny to było jakby nieco mniej kanałów w telepudle. Dziś, nawet gdyby media publiczne serio potraktowały pojęcie „misja”, to zmordowany po robocie Kowalski będzie o jeden pstryk pilotem od mamałygi i politycznego purnonsensu serwowanego na Polsacie, Tefauenie, czy gdzie tam jeszcze.

        • Dla mnie tv publiczna jest bardziej wkurzjąca, niż inne, bo opłacana przez takich płacąych naiwniaków jak ja, daje, co daje. Kompletny brak wstydu, mówić, że dzięki abonamentowi pojawiają się (!) programy ambitne – niby które?

        • a ja bym sugerował, by nie zapominac, że po jeden: Kowalksi jest taki, jaim się go szlifuje od malucha, więc kwestia robienie z niego anioła oczywiście utopia, to jednak można i trzeba nie robić z niego od samego początku diabła. A to zrobic zawsze można. Jednak
          Po dwa – pragnę przypomnieć, że w tym kraju nie żyja sami Kowalscy w wersji, o której piszesz. Są i inni. Ciekawym zbiegiem okoliczności, to ci inni płaca abonament, a ci nieinni nie.

          • @ Wika:

            Oczywiście. Na telewizje niepubliczne nie ma sensu się wkurzać. W końcu one dbają zazwyczaj tylko i wyłącznie o zysk, nic więc dziwnego, że pokazują to, co im ów zysk przynosi.

            Programy ambitne w tvp? To chyba chodzi o granie na ambicji telewidza, żeby w całej tefaupowskiej ramówce znalazł coś godnego obejrzenia:)

            @ Katz:

            1) jasne. Ja jedynie chciałem zwrócić uwagę, że bez względu na przyczyny takiego, nie innego stanu ducha Kowalskiego, zapełnienie ramówki TVP programami o określonym poziomie spowodowałoby trudny do określenia spadek oglądalności.

            2) hmmm… to zależy, jak na sprawę spojrzeć. Używając określenia „Kowalski” miałem w tym przypadku na myśli statystycznego odbiorcę tv, któremu – jak mniemam – blisko do opisanego przeze mnie wzorca. Choć, rzecz jasna, zgadzam się, że nie tylko tacy Kowalscy biorą pilot do ręki.

Zostaw odpowiedź do wika