Winrich: „Człowiek pamięci” czyli rzecz o Andrzeju Przewoźniku

16 kwietnia 2011 17:122 komentarze

/rys. Katarzyna Rymarz/

     Andrzeja Przewoźnika, długoletniego sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa po raz pierwszy zobaczyłem przed tablicą ogłoszeń w budynku Collegium Witkowskiego na ulicy Gołębiej w Krakowie, gdzie mieści się Instytut Historii UJ. Specjalnie nie rzucał się w oczy. Ot, drobny, niewysoki chłopak z widoczną już wtedy tendencją do wysokiego czoła. Właśnie dowiedział się, że nie znalazł się na liście przyjętych na pierwszy rok. Wkrótce jednak spotkałem go znowu, czekając na zajęcia  z nauk pomocniczych historii. Tym razem był zupełnie inny. Wesoły, rozgadany. Przyjęli go z odwołania. Kiedy zbliżyłem się do grupy kolegów, w której stał, od razu usłyszałem hasło: Armia Krajowa. I od tej pory Andrzej kojarzył mi się tylko z jednym: Armią Krajową, II wojną światową i losem Polaków w czasie jej trwania. To był jego konik. Nie interesował go żaden inny okres historyczny. Czy się chciało, czy nie, kiedy rozmawiało się z Andrzejem, to zawsze rozmowa musiała zejść na tematy wojenne, albo na Węgrów, bo to też był jego konik, chociaż w tym wypadku miał tylko jednego profesjonalnego rozmówcę – Jasia Dąbrowskiego, dzisiaj profesora UJ, z którym o stosunki polsko-węgierskie potrafił się kłócić całymi godzinami. Gdy przez przypadek dowiedział się, że mój dziadek walczył w jednym z ostatnich oddziałów Narodowej Organizacji Wojskowej dowodzonym przez kapitana Józefa Zadzierskiego ps. „Wołyniak”, nie dał mi do tej pory spokoju, aż nie przywiozłem mu wspomnień dziadka i jego znajomych dotyczących działalności NOW i WIN. Szczególnie zaś zainteresowały go informacje o walkach pomiędzy oddziałami NOW i UPA. I znowu dostałem od niego temat do rozpracowania. Taki był właśnie Andrzej. Wszystko, co dotyczyło „białych plam” polskiej historii wojennej i powojennej musiał sprawdzić. Szczególnie czuły był zwłaszcza w temacie Armii Krajowej. Pamiętam, jak jeden z naszych kolegów, taki typowy hanys z tradycyjnej śląskiej rodziny, w czasie rozmowy powiedział, że jego dziadek też był w AK, a po chwili rozwinął ten skrót, dodając, że oczywiście chodzi o Africa Korps, Andrzej najpierw poczerwieniał na twarzy, a potem… Lepiej nie kończyć. Dla niego Armia Krajowa była świętością.

      Dlatego specjalnie nie zdziwiłem się, że po studiach zajął się tymi właśnie sprawami i został sekretarzem Rady. Na to stanowisko nadawał się z całą pewnością najlepiej.

     Pierwszy raz już po studiach spotkałem go w niezwykle symbolicznym miejscu. Był to bodajże rok 1993. Przyjechałem z wycieczką młodzieży do Lwowa i w naturalny sposób trafiliśmy na Cmentarz Łyczakowski, gdzie wbrew ukraińskiemu przewodnikowi udaliśmy się na kwatery Orląt. I jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle ujrzałem tam znajomą twarz. W zatopionym w rozmowie z jakimś Ukraińcem mężczyźnie rozpoznałem Andrzeja. „Chcemy odnowić kwatery, ponownie otworzyć cmentarz. Nie mam czasu teraz, spotkajmy się wieczorem.” Mówił z gorączkowymi wypiekami na twarzy. A potem ukraiński przewodnik odciągnął mnie na bok i zapytał: „Pan go zna? A wie pan, że na niego nasi wyrok wydali.” Popatrzyłem na niego. Jaki wyrok?

      Dopiero później dowiedziałem się od Andrzeja, że rzeczywiście w tym czasie niektóre środowiska ukraińskie wręcz żądały od władz, by go nie wpuszczano na teren Ukrainy. A wtedy do naszego spotkania jednak nie doszło. Wieczorem zadzwonił do hotelu, że ma właśnie pilne spotkanie z przedstawicielami lwowskich władz i niestety nie może się ze mną zobaczyć.

      Na kilka lat nasze kontakty urwały się. Tylko z doniesień prasowych mogłem śledzić kolejne poczynania Andrzeja. A było ich wtedy wiele. To dzięki niemu odnowiono kwatery Orląt we Lwowie, to on był tym, który doprowadził do kompromisu w sprawie Jedwabnego. Wreszcie dzieło jego życia – Cmentarz Katyński. Spędzał tam całe miesiące, sam wynajmował robotników, chodził za wszystkim.

     Po raz kolejny spotkaliśmy się u mnie. Sam do mnie zadzwonił, że przyjeżdża do Leżajska i poprosił mnie o krótka konsultację. Akurat w moich okolicach rozgorzał konflikt dotyczący tablicy pamiątkowej upamiętniającej wymordowanie ludności ukraińskiej przez oddział NSZ. Strona ukraińska chciała, by tablicę wmurowano na szkole, na co nie było zgody władz gminnych. Andrzej miał wystąpić jako mediator, ale, jak powiedział mi wtedy prywatnie, chciał też co nieco wytargować od strony ukraińskiej. Przy okazji musiałem go zawieźć na grób „Wołyniaka”. Takiej okazji Andrzej nie mógł przepuścić. Od razu też umówił się ze mną na ponowną wizytę. „Jak znajdę czas, to przyjedziemy z Jolką, bo ona nigdy tego Ellimelecha by mi nie wybaczyła.” Żona Andrzeja – Jola (też koleżanka z roku) zawsze fascynowała się kultura żydowską, a w Leżajsku akurat znajduje się jedno z najświętszych miejsc dla chasydów – grób cadyka Ellimelecha.

     I to było nasze ostatnie spotkanie. Potem były już tylko telefony co pewien czas i ciągłe umawianie się na wizytę. Ostatni taki telefon odebrałem mniej więcej dwa tygodnie przed smoleńską katastrofą i umówiliśmy się, że ostatecznie termin ich wizyty ustalimy po obchodach katyńskich. „Bo teraz nie mam na nic czasu. Wiesz, ile zamieszania z tymi dwoma wizytami?”.

     10 kwietnia, kiedy po raz pierwszy usłyszałem o katastrofie, od razu powiedziałem do żony. „Tam musiał być Andrzej.” Niestety chwilę później na pasku pojawiło się jego nazwisko.

 

Winrich

Tags:

2 komentarze

  • Andrzej Tchórzewski

    Ciepłe, miłe,przypomnienie ale dowcip rozszyfrowujący akronim AK jako Africa Korps pochodzi z lat siedemdziesiątych.

  • Symptomatyczne, że jest Przewoźnik tym człowiekiem, o którym w całej hucpie związanej z katastrofą praktycznie zapomnianym. Jeśli prywatnie był taki, jak go Winrich wspomina, a zapewne tak właśnie było, to sądzę, że bohater powyższego wspomnienia nie ma nic przeciw temu, że sie o nim nie trabi i nie macha nim jak sztandarem. A raczej bojówką. Inna rzecz, że to zapomnienie i cisza niejako przy okazji zaczyna spowijac sprawy, o które Przewoźnik walczył latami. I tu już gorzej.
    ps.
    anegdotę o AK słyszałem od mego dziadka dokładnie w 68;)

Zostaw odpowiedź