Inka Walkowiak: Staniszkis i Chutnik z celebrytami w tle

20 lutego 2011 10:2110 komentarzy

     Lansowanie ma w sobie coś z narcyzmu i niektórzy to uwielbiają. Na corocznym Balu Dziennikarzy Najsztub lubi szokować: a to mundurkiem z czerwonymi spodniami, a to prezentowaniem niebieskich bucików czy różowego języka w całej okazałości.  Jednak dla pisarza fakt, że książka nie sprzeda się nawet z dobrą recenzją, jeśli autor w szczególny sposób nie zwróci na siebie uwagi, jest raczej smutny. Mój ulubiony bywalec Kawiarni Literackiej tygodnika „Polityka” Hubert Klimko-Dobrzaniecki kpi sobie z wszystkich gadżetów, z jakimi mógłby być sprzedawany jego produkt-książka: „w pakiecie z różową torebeczką, bawełnianymi rękawiczkami, chińskim ciasteczkiem wyprodukowanym w Niemczech, zestawem wonnych kadzidełek”.

 

     Lansujące się kobiety-pisarki zobrazuję dwoma kontrastowymi przykładami.

Oto profesor Jadwiga Staniszkis i Sylwia Chutnik (jeszcze nie profesor).

 

     Książka Chutnik „Kieszonkowy atlas kobiet” nie wymaga reklamy. Zauważona przez krytyków (Paszport Polityki), podbiła serca czytelników do tego stopnia, że  Korporacja Ha!art wznowiła nakład i mamy już  Kieszonkowy atlas kobiet – wydanie ekskluzywne (Maj 2009). Mimo to Sylwia Chutnik promuje swe dzieło filmem dokumentalnym, lekkim w formie, bez zadęcia. Oprowadza nas po miejscach, w których toczy się akcja jej opowiadań: o tu mieszkała moja bohaterka, tu jest targ, o którym piszę – mówi do trzymającej kamerę osoby, itd. w tym stylu.

 

     Skupmy się jednak na książce. Chutnik nie opowiada niezwykłych historii, opowiada, co komu w duszy gra. I nie jest to radosna muzyka, raczej smutna melodia. Bohaterów jej opowieści spotykaliśmy już wielokrotnie: w reportażach telewizyjnych i prasowych z socjologicznym zacięciem obrazujących ludzi z marginesu społecznego. Takich albo podobnych. Tu autorka nie jest specjalnie oryginalna. Ważny jest obraz społeczeństwa, jaki podaje nam na swym brudnym i  wyszczerbionym talerzu. Między Bogiem a prawdą, niesmaczna to potrawa, nafaszerowana gorzkim smutkiem i piekącą ironią. Niemal każdy fragment jest swoistą diagnozą choroby społeczeństwa i wystawia nam świadectwo. Nie mamy na nim czwórek, nawet dostatecznych niewiele, prawe same oceny mierne (dziś poprawna politycznie nazwa tej oceny to – zdaje się  – dopuszczający). Tak więc, Chutnik nas nie oszczędza, raczej dokłada z rozdziału na rozdział i coraz głębiej, i głębiej wprowadza w ból swoich bohaterów, ból jednostkowy. W ujęciu socjologicznym łatwo tragedię osobistą każdej z bohaterek ująć w ramy pewnego zjawiska – uporządkowane nie wzbudza niepokoju, nie zmusza do wyrzutów sumienia. Chutnik nie pozwala nam na psychiczny komfort, każe nam współodczuwać wraz ze stworzonymi przez siebie bohaterkami. I nie żałuje nikogo z nas, nikogo prócz tych, których bieda i życiowa nieporadność są niezależne od ich możliwości i starań. Autorka nie okazuje tego wprost, a przecież widzimy wyraźnie, że jest to jedyna grupa społeczna, z którą się solidaryzuje, jak Konopnicka ze swoim Jasiem, co nie doczekał. Na pozostałych uczestnikach życia na ziemskim padole nie zostawia suchej nitki. 

 

     Profesor socjologii Jadwiga Staniszkisz nie pisze o społeczeństwie, skupia się na sobie. Zresztą, zgodnie z tytułem: „Ja. Próba rekonstrukcji” – Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2008. W tej książce dostajemy garść luźnych informacji: a to o kilku mieszkaniach, które posiada w różnych miejscach Polski i że znajduje w nich wyciszenie w zależności od kaprysów nastroju, a to o skomplikowanych relacjach z pisarzem Ireneuszem Iredyńskim, z którym trwała lata temu w trudnym związku, a to o innych mało istotnych dla losów świata problemach. A przynajmniej nie tak istotnych, jak mógłby się czytelnik spodziewać po osobie znanej z licznych wystąpień w informacyjnych programach  telewizyjnych z polityką w tle. Jeśli natomiast chodzi o sprawy związane z jej działalnością zawodową, opowiada tak hermetycznym językiem, że istota rzeczy ginie w natłoku wyrafinowanych sformułowań. Podobnie zresztą słucha się wywodów pani Staniszkis w telewizji, kiedy z zadziwiającym uporem broni skostniałego w swych poglądach polityka. 

     Oczywiście, można ją zrozumieć jako kobietę – młoda, zdolna, ambitna studentka trafiła na system jaki był, nie mając, przecież, wyboru i starała się coś z tymi swoimi zdolnościami zrobić. Jednak studiowanie w tamtych czasach socjologii, to ładowanie się w naukę zafałszowaną, rozmydloną upolitycznioną, jak w przypadku większości kierunków humanistycznych. Wszyscy, którzy w swą młodość wkraczali wraz z wczesną czy późną młodością pani Staniszkis, mieli problem jak stawiać stopy, by w coś nie wdepnąć. Jedni przejechali się na niemile pachnącej glebie partyjnej, inni zboczyli w którymś momencie w grząskie bagno opozycyjnej prawicy. I gdzie dziś z tym wszystkim jesteśmy? Nie wiem jak inni, mnie, choć wiekowo bliżej Staniszkis, mentalnie zdecydowanie bliżej do Chutnik.

 

     A co mają z tym wszystkim wspólnego celebryci? Ano wiele, czują się dziwnie spokojni, bo rok rocznie bawiąc się na Balu Dziennikarzy w Auli Politechniki Warszawskiej wspierają akcje charytatywne. Jak podaje „Fakt.pl” dochód z tegorocznego balu (odbył się 5 lutego 2011 r)  zostanie przeznaczony na dożywianie dzieci z terenów dotkniętych ubiegłoroczną powodzią.  Iwona Maruszak z fundacji, która bal organizuje, powiedziała, że wykupienie cegiełki za 300 złotych wystarczy, aby zapewnić jednemu dziecku codzienne obiady przez cały semestr. No, no! Tylko pomyśleć, ile semestrów obiadów można by zafundować za jedną sukienkę czy parę butów uczestniczek, gdyby zdecydowały się wystąpić w ubiegłorocznych kreacjach? Przełożonej na obiady wartości nowego garnituru któregokolwiek uczestnika nawet nie staram się oszacować. Spokojnie możemy sobie pooglądać kreacje z kilku lat stałych uczestników balu na „pudelek.pl”.

A także jak się kreują, można tu zobaczyć.

 

     Co do promowania własnej twórczości obie autorki radzą sobie nieźle. Wątpliwości budzi   kreowana przez każdą z nich własna twarz (w sensie dosłownym), obie robią to nieudolnie. Starsza – krwistą, nieprzystającą do oblicza pomadką zraża potencjalnych młodych czytelników, młodsza – nonszalancją w ubiorze i kolczykiem w nosie odpycha starszych. Ja przełamałam odruch wzdragania się na przekłuty metalem nos i polecam atlas kobiet  absolutnie każdemu.  Próbą rekonstrukcji niech pozachwyca się garstka fanów oczekująca na każde zdanie wiele piszącej i chętnie wydawanej profesor Staniszkis.

 

     A jeśli już koniecznie trzeba spojrzeć na czyjeś oblicze, wybieram promieniującą szczerym, balsamicznym uśmiechem twarz Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Zwłaszcza, że i słowem wypowiadanym Klimko-Dobrzaniecki mnie ujmuje. 

 

Inka Walkowiak

Tags:

10 komentarzy

  • Rafał Klan

    Krwista, czerwona szminka Jadwigi Staniszkis jest prowokacyjna o czym często zresztą wspomina, np. w wywiadzie-rzece, przeprowadzonym przez Cezarego Michalskiego (wyd. czerwone i czarne, 2010).

    Pomimo jej doraźnych politycznych opinii, które wygłasza często na wyrost, to dla mnie jest przede wszystkim wyjątkową intelektualistką. Jej omówienie np. w obszernym, wydanym w formie książki, eseju o istocie traktatu lizbońskiego jest w mojej ocenie tekstem wyjątkowym i nie za bardzo też widzę, żeby ktoś dzisiaj potrafił w ten sposób w Polsce objąć i cały traktat, i nadać mu intelektualny charakter.
    Wydaje mi się, że niepotrzebnie traci energię na takie doraźne, polityczne zaangażowanie – zawsze mam wrażenie kiedy jej słucham, ale też i często to podkreśla (ja przynajmniej to wyłapuję), że omawiając jakiś konkretny, lokalny przypadek polityczny, świadomie skupia się tylko na jednym interpretacyjnym wariancie z wielu możliwych, których też jest świadoma.
    Jej sympatie polityczne są mi obce, ale oddzielam jej polityczną, tymczasową aktywność od intelektualnej pracy, która od czasu do czasu pojawia się na półkach księgarskich.

  • Tak, Atlas kobiet warty przeczytania. Po książkę pani Staniszkis raczej nie sięgnę. Nawet okładka jest odpychająca. Otóż patrzy na ewentaulnego czytelnika kobieta o tak zimnych oczach, zaciętym grymasie twarzy, że ciarki przechodzą.

    • Cieszę sie, że pomogłam w wyborze lektury. Sam sięgam chętnie po recenzje, czasem trudno wyłowić dobrą książkę przy obecnym „wysypie” wydawniczym.

  • W zasadzie zgadzając sie z panem Klanem, nachodzi mnie takie pytanko: – czy da się całkiem abstrahować (nie tylko w przypadku p. psor) od politycznej bieżączki, kiedy sie ocenia pracę intelektualną, która – jak pan stwierdził – „od czasu do czasu” ukazuje sie oczom zdumionego turysty? Nie wiem. Łatwiej byłoby mi tak rozdzielać w przypadku powiedzmy, malarza, poety, soczka na linie. W przypadku naukowca ze sfery nauk społecznych – jakos mi się to gryzie. W końcu materią badań pani spor jest tkanka społeczna, polityka, tak bieżąca, jak i „bardziej teoretyczna”. Może jest tu jak w przypadku psora Brzeziskiego, który uznawany (bardziej u nas niż poza Polską) za wybitnego wizjonera i analityka – był doradcą ds międzynarodowych cartera, którego za Oceanem (az po Busha jun) uznaje się za najgorszego prezydenta USA jeśli brać pod uwagę politykę zagraniczną. Co warte zatem wizje, które w pratyce niezbyt się przekładają na sensowne działania?
    A bliżej idąc ku felietonowi: uważam, że pani psor wybitnie szkodzi „nieprzeparte parcie” na szkło. Takie czasy?
    ps.
    co do analiz i wizji prof Staniszkis – za wiele z nich (jak dla mnie) jest ze sobą sprzecznych (choćby właśnie w kwestii lizbońskiej – kiedy porównać jej oceny i wnioski, to jakoś dziwnie w czasie się obracają do siebie pleckami).

    • Rafał Klan

      Panie Yarre, mój drogi :))
      Przyznaję, do prof. Staniszkis mam słabość 🙂 Dlatego abstrahuję, nie biorę pod uwagę jej politycznych, chwilowych ciągot w tę czy w tamtą stronę, liczy się dla mnie to, co jest trwałe, co być może zostanie po pani Staniszkis, bo przecież nie wypowiedzi czy poseł Kowal to a inny poseł tamto – to wiemy wszyscy tu zebrani, że to takie złudne i małostkowe 🙂

      Co do traktatu lizbońskiego, to raczej mnie urzeka możliwość zbudowania od nowa ciekawego i inspirującego spojrzenia na traktat. W tym dostrzegam wielkość prof. Staniszkis.

      W intelektualny wysiłek – taka moja teoria na szybko skrojona – od zawsze wpisane jest nadmierne teoretyzowanie i od czasu do czasu rozmijanie się z rzeczywistością 🙂

      • wszystko fajnie;) Tylko ja sie obawiam, że niestety bardziej w pamięć zapadną opinie w rodzaju „Jarosław Kaczyński to wybitny polski intelektualista” [tgo typu postawę mam szczególnie za złe, bo funkcjonuje w ciągu dyskurso-politycznym, który mnie zmusza do głosowania na platformę] oraz wciąż pudłowane prognozy długo i krótko terminowe. W kwestii lizbony – moim skromnym zdaniem – troche refleksje pani psor się samopodważają, bo dziwnie zbieżne są z zawirowaniami wokół traktatu (myslę o L. Kaczyńskim co to bardziej był za a nawet przeciw sobie). Niestety – pani psor moim zdaniem z jednej strony zbytnio jak na naukowca postawiła na jednego kucyka, z drugiej zaś (to nie sprzeczność) bywa koniunkturalna. Np. jej opinie o opozycji sprzed 1980 dziwnie mi brzmią, skoro poznałem pania psor (na spotkania w warszwskiej mocno lewicowej „Sigmie”, jako aktywną (wraz z Bratkowskim) członkinię DiP-u. Bez wódki nie rozbieriu, wot żyzń proklataja.

        • Rafał Klan

          Panie Yarre, co do traktatu lizbońskiego, to nie wiem czy akurat tutaj się rozumiemy, drogi panie.
          Ja mówię/piszę do pana (przy okazji) o publikacji ,,Antropologia władzy”, gdzie traktat jest interpretowany za pomocą znanej, od jakiegoś czasu, fascynacji prof. filozofią krajów azjatyckich.
          I w sposób znakomity moim zdaniem pokazuje płaszczyznę idei traktatu (wynikającą ze zmian w samej UE np. wobec krajów takich jak Polska, no i tutaj dłuższa historia, bo według Staniszkis UE zdała sobie sprawę, ze ,,przemoc strukturalna” nie przynosi efektów, itd., itp.), powołując się na wschodnią ideę różnorodności, która w myśl traktatu realizuje się na etapie administracyjnym UE, czyli w taki sposób, że każda decyzja administracyjna jest w praktyce i tak negocjowana w poszczególnych krajach, mało tego, w poszczególnych krajowych środowiskach.

          Akurat ta pozycja nie jest ani kunktatorska, ani nie jest wynikiem lokalnych fascynacji politycznych.

          • No więc właśnie. Zgadzam się, że „AW” nie jest kunktatorska ani skutek lokalnych fascynacji. Tym bardziej właśnie nie umiem poradzić sobie z problemem – jak się łączy teoretyzowanie (w sensie pozytywnym) ze sprzecznymi (ze sobą ale i z spominaną książką) koniunkturalnymi wypowiedziami in live. To mnie gryzie. Teoretycznie powinienem rozdzielać, ale nie potrafię. Skoro się na ten temat idzie – powiedzmy – w lewo, prosto potem w prawo, to jak można praktycznie jednocześnie – powiedzmy – iść w tej samej sprawie w kierunku przeciwnym i choćmy stać. Dla mnie to niepojmowalne.Geremek tu miał prościej, jako badacz (m. in.) nierządnic średniowiecznego Paryża.;). Może po prostu należy sądownie zakazać niektóym brać czynnego udziału w polityce.

  • Panią prof. Staniszkis przez wiele lat podziwiałam, słuchałam jej wypowiedzi i analiz. Zawsze intrygowały mnie piękne, mądre kobiety. Jednak ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że uparcie brnie w jakąś ślepą uliczkę, w którą wpadła za sprawą zupełnie niepotrzebnego zaangażowania w bieżącą politykę. Z jednej strony można rozumieć konsekwencję trwania przy wybranej w którymś momencie opcji politycznej, z drugiej – od naukowca wymagałabym więcej obiektywizmu.
    Dlatego piszę o grząskim bagnie opozycji. I dlatego czuję się zawiedziona książką, o której piszę. Bo tej tylko książki dotyczy opinia o hermetyczności i zawiłości wypowiedzi (plus polityczne wypowiedzi w TV).
    Co do szminki – sprawa jasna – ale młodzi nie sięgną po jej książki, bo z niechęcią odbierają tego typu wizerunek. Można się tym nie przejmować, ale Pani Sylwia Chutnik też nie potrzebnie traci czytelników dojrzałych.
    Zdawałam sobie sprawę, że te zdania o „twarzach” mogą sprawiać wrażenie nietolerancji i niepotrzebnego jak na publicyctykę czepialstwa – sedno artykułu dotyczy jednak umiejętności promowania się twórców i tu dostrzegłam mały mankament u całkiem nieźle radzących sobie na wydawniczym rynku pań.

  • Redakcyjna Wyszukiwarka

    „Profesor [Karol Modzelewski] pojawia się w telewizji sto razy rzadziej niż inni profesorowie: Staniszkis, Iwiński czy Rybiński, nie mówiąc już o pilotach i arabistach, którzy mają teraz w medialnym meczecie wielkie branie. Dlaczego jeden z najmądrzejszych i najbardziej zasłużonych ludzi występuje w telewizji tak rzadko? Oto możliwe odpowiedzi: ponieważ nie bierze aktywnego udziału w życiu politycznym jak Tomasz Nałęcz; ponieważ mówi wolniej niż Władysław Bartoszewski; ponieważ nie jest krytykiem rządu jak Leszek Balcerowicz czy Krzysztof Rybiński; ponieważ „nie jest kojarzony” z żadną partią jak wpatrzona w Jarosława Kaczyńskiego Jadwiga Staniszkis.”
    (Daniel Passent: „Gonić króliczka” Polityka – nr 10 z dnia 2011-03-05)

Zostaw odpowiedź