Rafał Klan: Dym nad oddolną inicjatywą samorządową

12 grudnia 2010 02:394 komentarze

fot. Rafał Milert/Bigstock.com

Co cztery lata w dniu wyborów samorządowych wybieram się do komisji obwodowej, wrzucam kartkę do urny i wracam do domu z rozdziawioną gębą, bo przecież mam powód do dumy. Obywatelski obowiązek spełniony, lista podpisana, frekwencja dzięki temu pnie się w górę – jestem wyborcą świadomym.

 

    Dopisałbym jeszcze kilka banałów, ale te i tak są wystarczająco mdłe i poprawne. To nic, że piętnaście tysięcy głosów oddanych np. na stowarzyszenie „My Poznaniacy”, oddolną inicjatywę obywatelską, działającą w Poznaniu od dwóch i pół roku poszło na zatracenie. Obywatel musi liczyć się, że jego głos nikomu nie pomoże, za to przyczyni się do wzrostu frekwencji. Piętnaście tysięcy głosów w Poznaniu na miejskich aktywistów, to ponad 9 % wszystkich oddanych głosów 21 listopada. A że nikt nie dostał się do Rady Miejskiej? No, taki urok demokracji. Albo jeszcze gorzej – urok ordynacji wyborczej i liczenia głosów metodą d’Hondta. Z dwojga złego lepiej skupić się na sukcesie frekwencyjnym, że się przyczyniło do sukcesu, że sąsiedzi widzieli jak całą rodziną dumnie człowiek prężył pierś na klatce schodowej i po raz kolejny dał znać, że świadome społeczeństwo obywatelskie może zmienić oblicze miasta, gminy, powiatu, a nawet województwa. A w przyszłości, to nawet kraju. A, co?

     Mieszkam w miejscowości oddalonej od Poznania o 70 minut drogi, w innym województwie (lubuskim)  i podobnie jak te 9% wielkopolskich wyborców oddałem głos na lokalnych aktywistów, młodych, proponujących miastu alternatywne atrakcje w postaci koncertów, spotkań autorskich, innymi słowy zagłosowałem na niszowych kandydatów, wartościowych, ale działających z powodu braku finansów gdzieś na marginesie miasta. Podobnie jak w Poznaniu mój wybór przyczynił się do smutnej konstatacji: zabrakło dwóch głosów do szczęścia . Gdybym nie zagłosował, to tych głosów zabrakłoby trzech i wtedy człowiek by sobie nie rwał włosów z głowy, a że tylko dwóch, to można mówić o pechu. I szlag człowieka trafia, bo już nie tylko ordynacja ani metoda d’Hondta, do tego wszystkiego dochodzi zimny, wschodni wiatr wiejący w oczy. Naprawdę wszystko się skupiło, żeby dać takiemu wyborcy jak ja jakąś nauczkę na przyszłość. Więc pytam się, a co to za nauka znowu?

     Stowarzyszenie aktywistów miejskich „My Poznaniacy” działa od dwóch i pół roku. W porównaniu do środowisk z mojej lokalnej gminy, działa co najmniej o rok dłużej i o wiele prężniej. Choćby dlatego, że potrafiło skupić wokół siebie ludzi z różnych środowisk: od lewicowych aktywistów, ekologów po parafialnych społeczników. Z czasem poparcie dla działań stowarzyszenia zaczęło płynąć z różnych źródeł: od profesorów socjologii po architektów i urbanistów do artystów z „Teatru Ósmego Dnia”. Wspólnie napisali program wyborczy, który zresztą został uznany przez prezydenta Poznania za najlepszy konkurencyjny program dla stolicy Wielkopolski. Otrzymali wsparcie w trakcie kampanii od ludzi z całej Polski (wspierał ich m.in. Krzysztof Nawratek, architekt-urbanista, czy Adam Ostolski, socjolog, filozof i tłumacz, związany z „Krytyką Polityczną”).

      W mojej gminie działania oddolne, które pojawiły się jakiś rok temu, nie prezentowały się tak okazale jak stowarzyszenia „My Poznaniacy”. Ale też gmina o wiele mniejsza, bo ledwie przekraczająca 20 tysięcy mieszkańców. W mieście pojawiły się dwa niezależne ośrodki: jedno opozycyjne wobec polityki miasta, drugie wobec propozycji kulturalnej miejscowego Domu Kultury. Ich dorobek, to kilkanaście niszowych koncertów, projekcja filmu ,,Podziemne Państwo Kobiet”, konkurs literacki, który objął niemal całą Polskę , a także w przypadku opozycji politycznej: wydawana raz w miesiącu pierwsza od ośmiu lat niezależna, czterostronicowa gazeta, nawiązanie współpracy z inkubatorami przedsiębiorczości, wycieczki rowerowe organizowane dla mieszkańców miasta, darmowe lekcje języka niemieckiego dla młodych przedsiębiorców. Efekt? Spośród osób zaangażowanych, do Rady Miejskiej dostała się jedna osoba. To oczywiście należy uznać za sukces, ale wobec niekwestionowanej przewagi w Radzie reprezentantów dotychczasowej władzy – sukces, który może zaprocentować dopiero w następnych latach.

     Nie potrafię dzisiaj poza stosowaniem metody d’Hondta, wytłumaczyć porażki wielkopolskiego stowarzyszenia. Myślę, że lepiej to zrobią sami zainteresowani. W prasie pojawiły się opinie, które tłumaczą brak wyborczego sukcesu – wymienia się brak lokomotyw wyborczych na listach oraz rozproszenie głosów między wielu kandydatów. Co robić dalej? –  Nadal uczestniczyć czynnie w życiu miasta, w przypadku Poznania wziąć udział w wyborach do rad osiedlowych (sugestia – najpierw małe struktury, a dopiero potem większe), pokazywać się w mediach [sic!], ale też proponować konstruktywne rozwiązania dla miasta.

      W przypadku gminy, w życiu której  próbuję uczestniczyć, porażka miejskich aktywistów wynika z braku porozumienia, nie udało się połączyć sił – typowy błąd młodości i przeświadczenia, że można coś osiągnąć w pojedynkę. Drugim czynnikiem decydującym o porażce jest brak finansowego wsparcia. W rezultacie większość działań o intelektualnym walorze pojawia się w internecie. Warto dodać, że nikt z kandydatów do Rady Miasta kto próbował kontaktować się z wyborcą poprzez internet nie otrzymał mandatu. Aktywność zewnętrzna z braku środków, skupia się na obrzeżach miasta, do którego dostęp może nie jest utrudniony, ale na pewno już nie jest atrakcyjny tak jak wydarzenia, które mają miejsce w centrum miasta. Więc rok nawet intensywnej działalności nie daje żadnych szans na przekonanie wyborcy.

     Takie na świeżo skrojone czynniki zadecydowały o porażce w wyborach samorządowych, pomimo tego, że obiektywnie rzecz ujmując w pomysłowości i zaangażowaniu od lat w gminie nie pojawił się nikt, kto mógłby przebić swoją propozycją miejscowych aktywistów.

     Scena polityczna w Poznaniu tak jak lokalna Rada Miejska jest zabetonowana. Zabetonowana przed nowymi inicjatywami jest również centralna scena polityczna. Innymi słowy wszędzie wieje chłodem od betonu. Największym jednak rozczarowaniem jest zabetonowane społeczeństwo, które teoretycznie posiada w swoich rękach wszystkie niezbędne narzędzia do przeprowadzenia ewentualnych zmian w swoim środowisku. A jednak dokonuje innego wyboru, prostszego, bo niewymagającego większej aktywności poza wrzucenie skreślonej listy do urny w dzień wyborów.

Rafał Klan*

——————
* autor związany jest ze wschowskim stowarzyszeniem „Fabryka Kultury”. Wierzy za Zygmuntem Baumanem, że ,,utopie torują drogę postawie i praktyce krytycznej”.

Tags:

4 komentarze

  • Ciekawy materiał. Ostatbnie wybory samorzadowe zakończyły sie w zupełnie dla mnie niezrozumiałych oparach euforii. Jacy to my śłiczni, jak nas dużo (sic!) poszło do urn, jakże pięknie wybraliśmy, i nie partie, a „ludzi na dole”. jak popatrzec natomiast choćmy na sytuacje na Dolnym Śląsku, gdzie partie sprytnie wykolegowały ugrupowanie lokalne Dutkiewicza, zawiązały sojuszowy tercet egzotyczny (PO-PSL-SLD) i rządzą, to jak to wszystko wygląda? Pana tekst jest moim zdaniem mądrzejszy i mniej naiwny (albo bezczelnie hipokrytyczny) niz to, co w mediach dominowało. I dominuje.

  • Zawężając odpowiedź tylko do wspominanej w tekście gminy, oddalonej od Poznania o 70 km, to tutaj problem partii w ogóle był zmarginalizowany.

    Większość kandydatów do Rady Miejskiej czy Rady Powiatu w ogóle odcinała się od jakichkolwiek ideologicznych wycieczek (pisałem o tym w szerszym kontekście na stronie stowarzyszenia, podam może link :): http://e-fabryka.org/felieton-20.html)

    Platforma zresztą słabo reprezentowana i widoczna wystawiła listę tylko do powiatu, a PiS miał apetyt na urząd burmistrza, ale – jak wspomniałem – wyniki tych dwóch ugrupowań okazały się marne 🙂

    Stąd oczekiwania wobec wyników wyborów były w środowisku ludzi zaangażowanych bardzo duże.

    Dzisiaj, paradoksalnie, w wyniku lektury kilku artykułów nt. społecznego, amerykańskiego, republikańskiego ruchu Tea Party, przyczyny porażki w wyborach samorządowych tak mocnej grupy My-Poznaniacy jak i tych moich lokalnych aktywistów, staje się powoli kompletny. Ale o tym pozwolę sobie napisać w następnym wydaniu netkultury 🙂

    • Halina z Lipin

      Mnie w pianiu hymnów na temat aktywności lokalnej zniesmacza jedno: mylenie pojęć. Często jest tak, że to płaszczyk pod którym się ryją macherzy na skalę powiatową – mikro Grzecho, mini Miro itp.

  • Nie wiem czy to, że macherzy się „ryją” jest metaforą czy pomyłką pisarską. Może chodzi o koryto? :)Ale mnie się zdaje, że własnie aktywności lokalne ryją pod takimi Grzechami i Mirami. Nie wiem czy w Polsce istnieje jakas opinia publiczna poza durnymi sondażami, a co by nie powiedzieć w rozwiniętych bardziej demokracjach tam ta opinia funkcjonuje chyba lepiej i weryfikuje polityków. I własnie takie lokalne ruchy jak opisywane zaczynają opinię publiczną w Polsce samorządowej tworzyć, mnie się to podoba.

Zostaw odpowiedź