Jan Gryka: Leon Tarasewicz, malarz z Walił

15 stycznia 2012 16:462 komentarze

Jana Gryki opowiastki o sztuce (2)*

 .
.

Jan Gryka

Leon Tarasewicz, malarz z Walił

.

Pole

      26 lutego 1985 roku wystawa Leona Tarasewicza rozpoczęła działalność Galerii Białej w Lublinie. Właśnie na niej pojawił się ogromny obraz Pole, formalnie: bez tytułu, 400×700 cm, tempera na papierze. Wówczas to pisałem o nim nieco euforycznie, bo też taki obraz widziałem po raz pierwszy: Pole eksponowane w Galerii Białej było „szyte” na miarę, idealnie spasowane z formatem ściany „rozpierało” optycznie wnętrze i właściwie przestawało być obrazem. Było ewidentnym malarstwem, obrazem malarstwa czy może jego istotą, podświadomie zakodowaną formą bytu.

Obraz powrócił do galerii w 2000 roku, kiedy to obchodziliśmy XV- lecie jej istnienia. Po jego rozwinięciu okazało się, że jest w bardzo złym stanie. Myszy ponadgryzały papier pakowy robiąc w nim kilkanaście dziur. Biała farba emulsyjna zmieniła swój kolor na ugrowo-beżowy, umbra wyblakła i nabrała jakiejś dziwnej patyny. Wydawało się, że praca jest nie do uratowania. Artysta podjął decyzję natychmiast: po zaklejeniu dziur, w nocy przemalował cały obraz. Rano wyglądał jak nowy, identyczny jak wersja pierwotna. Ale to nie była cała prawda. W momencie wieszania go na ścianę, w to samo miejsce gdzie wisiał pierwotnie w 1985 roku, wyszło na jaw, że jest mniejszy na długości o około 60 cm. Obraz przez pewien czas był w depozycie pewnego muzeum w Polsce (nazwę przemilczę) i jego pracownicy, zapewne z okazji jakiejś wystawy, bez uzgodnienia z autorem obcięli pracę dopasowując ją do formatu mniejszej ściany. Choć był nieco mniejszy, obraz towarzyszył spotkaniu z Leonem Tarasewiczem i może nikt nie zauważył, że się skurczył. Wcześniej sala była biała, została przemalowana na czarną uzyskując też taką nazwę i wydawało się, że praca optycznie wypełnia całą przestrzeń.

W chwili obecnej obraz leżakuje w Waliłach, gdzie artysta na stałe mieszka, prawdopodobnie zajmują się nim następne pokolenia gryzoni.

Drugie pole

     Na wystawie Bilans – Balans /Galeria Biała, Lublin, 1993/ Leon Tarasewicz jedną z sal zamalował w regularne poziome pasy (bruzdy) w brązie, ugrze i bieli. Pokryły one całe ściany od podłogi do sufitu, stojący tam piec, przewody instalacji elektrycznej, istniejące szpary i nierówności. Pozostały jedynie otwory architektoniczne – okna i drzwi. W ich pobliżu pasy bruzd załamywały się w kierunku źródła zewnętrznego światła. W tym przypadku pole stało się otoczeniem. Wchodziliśmy do jego wnętrza, choć fizycznie było zewnętrzne. Wzrok biegł po pasach dookoła, jeszcze raz i jeszcze raz; nie ma końca, nie ma początku. Nastąpiło tu wyraźne przetworzenie znaków natury, jej wizualnego potencjału w obraz wykreowany na bazie natury. „Pole” przestało być obrazem traktowanym jako zamknięta formalnie całość, jaką niewątpliwie były poprzednie obrazy „pola”. Nastąpiła więc tutaj znacząca transformacja obrazu w przestrzeń. Dodajmy – w przestrzeń rzeczywistą, realną i tożsamą z miejscem powstania. Właściwie  już nie można tu mówić o „polu”, bo w istocie przestrzeń stała się przejawem czystego malarstwa.

     Pojawia się tu zupełnie inny wymiar sztuki: malarstwo ekstatyczne, wirujące, szukające innej formy wyrazu. Malarstwo Tarasewicza zaczęło wchłaniać zmiany i pulsacje wielkomiejskich organizmów. Sposób obrazowania wykazuje łączność z pierwszymi pracami, ale stanowi o innym, tym razem cywilizacyjnym wymiarze. Pojawia się odczucie ciągłości, tradycji, pamięci o roli malarstwa jako odwiecznej formie ekspresji. Jednocześnie uzmysławiamy sobie awangardowość malarstwa Tarasewicza, które w jednym geście zarówno zawiera jak i przekracza tradycję, ustanawiając nieznane dotąd reguły, które stają się oczywiste dopiero w momencie ich ujawnienia. Od rytmu płynącego z natury, aż po rytm industrialnego świata: pikseli, cząstek żywych i cząstek elektronicznych, który mimo to pozostaje zawsze elementem najstarszej konwencji ekspresji – malarstwa. Tarasewicz nie próbuje szukać cech medialnych malarstwa, nie neguje też sensu jego istnienia w aktualnym czasie. Szuka wyłącznie cech pozytywnych, możliwości rozwiązań malarskich, w warunkach jakie stwarza aktualna rzeczywistość.

     Realizacja malarska wykonana temperą, powstała jako związana na stałe i taką też chcieliśmy ją pozostawić. Po wystawie administracja Centrum Kultury, w ramach którego pracuje galeria, wynajęła salę na hurtownię instrumentów muzycznych. Dzierżawcy chcieli użyć „paseczki” jako coś w rodzaju ich loga, ale nie daliśmy zgody i przestrzeń została zasłonięta szarym płótnem. Po kilku latach hurtownia przeprowadziła się w inne miejsce a pomieszczenie wynajęto kolejnej instytucji. Zamiana została dokonana, kiedy byliśmy na urlopie wakacyjnym. Po  powrocie stwierdziliśmy z przerażeniem, że całą przestrzeń pokrywa biała gładź tynkowa. Piec kaflowy, który był również istotnym elementem tej realizacji, został rozebrany i znalazł się na śmietniku. Nic się nie dało poradzić a nawet niewiele powiedzieć. Co ciekawe, dokumentacja fotograficzna tej przestrzeni funkcjonuje już chyba w kilkudziesięciu różnorodnych wydawnictwach, a także w podręcznikach szkolnych.

Realizacja nie istnieje.

 
Wirydarz


Z okazji wystawy Remont Generalny /Galeria Biała, Lublin, 2008/ Leon Tarasewicz zaproponował realizację na wirydarzu Centrum Kultury, na placu o powierzchni około 600 metrów kwadratowych. Pierwotnie był to XVIII-wieczny klasztorny wewnętrzny dziedziniec, na którym w latach 50. XX wieku dobudowano betonową scenę estradową. Obecnie plac jest dość zdezelowany, z wieloma pęknięciami i brakującymi betonowymi płytami. Te właśnie miejsca artysta wypełnił żółtym tynkiem strukturalnym.

Wyglądało to jak lawa, która wypływa przez wszelkie szczeliny z wnętrza ziemi, spod betonowych płytek. To nawiązanie do pierwotnej formy wirydarza i jego duchowej zawartości. Odzyskał on swoją medytacyjną funkcję i stał się częścią spuścizny duchowej tego miejsca. Obecnie całe Centrum Kultury jest w remoncie generalnym, łącznie z wirydarzem. Zgodnie z planem architektonicznym ma on być wyłożony kostką granitową.

     Aby w jakikolwiek sposób przekazać wartość tej realizacji Leona Tarasewicza wydaliśmy nawet katalog dotyczący horyzontalnych jego realizacji. Są w nim zawarte wszystkie tego typu realizacje artysty oraz dwa teksty rekomendujące te zjawiska jako ważne dla sztuki, przynajmniej polskiej. Wydając katalog mieliśmy nadzieję, że może to jest jakiś sposób na ratowanie rzeczy, których nie da się stworzyć ponownie, niepowtarzalnych. Jednakże oddziaływanie naszej publikacji nie miało mocy cudotwórczej, stało się inaczej: realizacja, jest już całkowicie wyburzona.

 

Post scriptum:

      W świetle naszych wcześniejszych doświadczeń i opisanych wyżej działań trudno o optymizm. Mimo wszystko wyobrażalna jest następująca sytuacja: w jednym tylko budynku, który zajmuje Centrum Kultury w Lublinie, funkcjonują dwie stałe realizacje Leona Tarasewicza: Drugie pole jako przestrzeń zamknięta i wirydarz jako przestrzeń otwarta i użytkowa. Niezależnie od tego, w korytarzu na I piętrze budynku jest do obejrzenia trzeci zrealizowany projekt – rysunki Mariusza Tarkawiana. Osoba zwiedzająca budynek po przejściu wirydarza może skierować swe kroki na I piętro, gdzie tysiące rysunków zapełniają ściany korytarza, układając się w różnorodne sceny i w swoiste historie. Doprawdy, łatwo i miło tak sobie wyobrażać. Szkoda, że rzeczywistość jest zupełnie inna, bo jak na razie są to tylko marzenia i, niestety, nic więcej.

     W czasie debat o Europejskiej Stolicy Kultury 2016 wszystkim uczestnikom wydawało się, że to my i to właśnie tu i teraz! Tu, w Lublinie, też tak, oczywiście,  myśleliśmy. Widać nie nadeszła jeszcze nasza wielka chwila. Jeżeli mentalnie nie jesteśmy przygotowani, aby zachować takie realizacje, które byłyby wyśmienitą reprezentacją kultury w czasach kiedy powstawały, to oznacza, że z żadną kulturą do czynienia nie mamy. Ani w sensie społeczeństwa obywatelskiego – nasze zdanie nie jest brane pod uwagę, ani w sensie demokratycznej reprezentacji, która wciąż jeszcze sztuką wizualną nie jest w stanie się zająć. Kulturotwórczą rolę kilku lubelskich Uniwersytetów pominę milczeniem. Wychodzi na to, że laicka kultura, a tym bardziej sztuka, jeszcze w chwili obecnej w tej publicznej przestrzeni istnieć nie może. Zresztą, to co wiąże się ze sztuką wizualną jest chyba najtrudniejsze i to w każdej epoce. Znane są z historii sztuki przypadki artystów niedocenianych za życia. Ich dzieła uznano i odkrywano na nowo wiele lat później. Niejednokrotnie „ginęły” podczas remontów i renowacji obiektów, przemalowywane, pokryte kolejnymi warstwami tynku. Przykładem niech będzie to co najważniejsze dla Lublina – Kaplica św. Trójcy, w której w swoim czasie odkryto bezcenne malowidła pod późniejszym tynkiem. Wydaje się, że dopiero akt ponownego i to fizycznego odkrycia nadaje rangę, rangę odkrycia a nie faktu jako takiego. Sam akt malowania nie jest aktem odkrywczym.

      Jest zrozumiałe, że ocena wartości sztuki wizualnej nie jest łatwa. Czas i kolejne pojawiające się dzieła mogą tę weryfikację ułatwić. Mogą też doprowadzić do odkrycia po latach obiektów i realizacji wcześniej niedocenianych. Natomiast rzeczy zniszczonych odkryć się już, niestety, nie da, gdyż fizycznie nie istnieją. Zadziwiające i nader smutne, że nad realizacją Mariusza Tarkawiana nawet nikt nie mrugnął okiem   – od razu przystąpiono do skuwania ścian, tam gdzie remontowcom wydawało się to konieczne. I tyle…

      Z jakiegoś powodu (chyba zemsty), miałem okazję zachować swoją realizację w Centrum Kultury i to na wieki wieków. W 2005 roku na wystawie pt. „Ewidencja drobin” wykułem na centralnej ścianie galerii następujący napis:

W TYM MIEJSCU ZAMUROWAŁEM DROBINĘ CIASTA NR 47/34957 Z WYSTAWY TYP-650.

Następnie, już po zakończeniu wystawy, zagipsowałem napis i ściana wyglądała jak nowa. Wczesną wiosną 2010 roku zadzwonił do mnie konserwator zabytków z pytaniem, czy odnaleziony napis wykuty w ścianie w budynku Centrum Kultury jest mojego autorstwa? Oczywiście potwierdziłem. Następnie padło pytanie, czy napis ten ma pozostać w stanie nienaruszonym? Uznałem, że jest to absurd i poprosiłem aby go skuto. Tu pojawia się ciekawy paradoks, o którym wspominałem wcześniej – dotyczący odkryć. Opisane zdarzenie doskonale tę zasadę potwierdza! Jednak nie wykorzystałem sytuacji, pozwoliłem sobie zaprzepaścić możliwość zaistnienia jako artysta, którego dzieło odkryto; co prawda nie po kilkuset, a po kilku ledwie latach od chwili powstania.

     Lubelszczyzna to specyficzne terytorium (teren rolniczy). W tym rejonie nikt nie wierzy ani w szczere intencje, ani też nie uznaje rangi artystów mierzonych skalą centralną. Tu skala jest tutejsza. I nie ma znaczenia, że projekt rewitalizacji klasztoru wizytek (ob. Centrum Kultury) projektowali architekci krakowscy. Już na bazie wstępnych opracowań było wiadomo, że to „kicha”, jednak projekt został przyjęty. Na skalę możliwości Galerii Białej, czyli raczej wyobraźni, niż jakichś społecznych faktów, pieniędzy czy decyzji –  próbowaliśmy zmienić bieg rzeczy. Zatrudniliśmy zatem Leona Tarasewicza do próby zdefiniowania wirydarza, co się udało – naszym zdaniem – fenomenalnie, ale bez dalszego skutku oczywiście. Lansowaliśmy również usilnie tezę o konieczności przykrycia wirydarza i proponowaliśmy, aby specjalny projekt zrobił Jarosław Kozakiewicz, również bez skutku.

      Osobiście zaś byłem oponentem innego projektu – zagospodarowania parku przy Centrum Kultury jako „Parku rzeźby” (nawet zostałem wyrzucony z zebrania  dotyczącego sprawy). I tu skutek jest widoczny. 11 betonowych sześcianów dość szybko pojawiło się jako podstawy pod… no właśnie –  ciekawe co? Radni z niektórych ugrupowań już mają tzw. patriotyczne pomysły i należy się spodziewać znacznie większej ilości takich betonowych modułów. Część parku, która została udostępniona, wyraźnie zaświadcza o pomyłce całej inwestycji. Zapewne byłoby   wskazane opracować nowy projekt rewitalizacji rewitalizowanej części parku jak i   całej struktury budynku Centrum Kultury, gdzie mają  znaleźć miejsce trzy instytucje, w tym trzech niezależnych DYREKTORÓW. Każdy z nich otrzyma własny klucz, posadę i historia się zamknie.

     Remont Centrum Kultury trwa nadal a przy tej okazji kolejna fenomenalna realizacja Mariusza Tarkawiana stopniowo ZNIKA, już niewiele z niej zostało, ale o tym następnym razem.

 

 

tekst i zdjęcia:
Jan Gryka

 

– – – – – – – – – – – – – –
* – Inne nasze publikacje pióra Jana Gryki:
-> artykuł o Iłarionie Daniluku -> „Zenek”
-> Pierwsza opowiastka o sztuce: „Nenufary w tapczanie”

Tags:

2 komentarze

  • „Osobiście zaś byłem oponentem innego projektu – zagospodarowania parku przy Centrum Kultury jako „Parku rzeźby” (nawet zostałem wyrzucony z zebrania dotyczącego sprawy).”

    passus na nobla.

    A wymowa świetnego (po raz kolejny) testu jednocześnie optymistyczna i dołująca.
    To drugie, bo paskudnie się człowiek czuje, kiedy czyta o tym, jak urzędnicze blichtrowania i brak kompetencje zubożają substncje kulturalną.
    To pierwsze – bo musi cieszyć, iz nie bra wciąż ludzi, którzy (jak autor tekstu) wciąż walczą, by nie było źle, a przynajmniej mniej źle.

  • Podpisuję się obiema rękami. Skądinąd wiem, że proceder nie jest odosobniony, niestety. Życzę owocnej walki.

Zostaw odpowiedź do Yarre