Piotr Rybczyński: Robocze notatki z Jukatanu

13 stycznia 2011 15:166 komentarzy

/fot. Piotr Rybczyński/

Czekał na nas.

Po kliknięciu light on ustawił się bokiem do źródła światła potęgując wrażenie. Miałem już przyjemność. Wielokrotnie. Na pustyni, pełnym oceanie, szczelinie lodowca, wulkanicznym kraterze, pięciogwiazdkowym hotelu, zawsze starał się przebywać blisko mnie, dlaczego więc miałoby być inaczej tym razem. Towarzyski, wyrozumiały, puszczający w niepamięć wszelkie przejawy nietolerancji, braku akceptacji we wspólnotach mieszkaniowych, eksterminacji jak też prób ostatecznego rozwiązania kwestii. Wręcz boski w tym swoim wybaczaniu i powrotach, mimo bezustannie wymierzanych atakach. Jednak kilka behawiorystycznych aspektów nie pozwala mi uderzyć w sentymentalną nutę napisać – old friend. Mierząc wzrokiem ten chitynowy transporter o objętości pięści bez wąsów dotarło do mnie, że znani mi z innych kontynentów jego kuzyni, dopuszczają się rażącego nadużycia używając jego budzącej przerażenie pod każdą szerokością geograficzną nazwy wielkiej rodziny. Niezniszczalny terminator zdolny przetrwać wybuch bomby neutronowej. Ewolucyjna doskonałość. Dostaje się tam gdzie chce, jak chce, żre to co chce i robi co chce. A chce się wyłącznie rozmnażać. Model: Mexico. Version: Yuctan. Size: Extra big. Lady’s and Gentelman – La Cucaracha.

     Kurak nie wytrzymuje pojedynku, a może toczącej się narady, która de facto nie wskazywała na wyprowadzenie jakiegokolwiek wspólnego stanowiska, ad podjęcia działań zaczepnych. Z krzykiem skacze na potwora i ucieka biegając wokół pokoju. Vae victis. W ostatnim akcie równe kolumny małych czarnych mrówek wychodzą ze wszystkich otworów w podłodze i ścianach, przystępując technicznie rzecz biorąc do defragmentacji i utylizacji pokonanej strony, jeszcze nim hero przestał skakać i wydzierać się. Chyba lepiej jakby zginął bez tych cierpień i kosztownej późniejszej terapii. Szarża następnego i doniesienia o kolejnych atakach skutecznie powstrzymują mnie przed wieczorną toaletą, utwierdzając w przyjemności spaceru w tropikalnym karaibskim powietrzu. Mniejszy nie znaczy słabszy. Brak drzwi nota bene mnie do tego nie zraził. Zasypiam z dość odważną tezą, że im karaluchy rosną większe i jest ich więcej, tym ludzi jest mniej i są mniejsi. Decyzję o egzegezie i komparatystyce demograficznej postanowiłem odłożyć do rana. Tres amigos śpią przy zapalonym świetle.

                                                             &

     Niby taka aglomeracja to Cancun, a poczty szukamy od godziny. Zaczepiam z Knurem tubylców, którzy parawerbalnymi formami komunikacji wytyczają nasz azymut. Najlepszy efekt daje upierdliwe potrząsanie Kuraka widokówką bezpośrednio przed oczami przechodniów, aż do wywołania reakcji. Czuję się jednak zobowiązany do zwrócenia mu uwagi, że niekoniecznie musi ona przedstawiać generała Marcosa palącego przez otwór w kominiarce fajkę. Chyba, że chce do partyzantów.

                                                             &

/fot. P. Rybczyński/

Chitzen Itza – militarna, religijna i handlowa stolica Majów zamieszkana w XII wieku przez 35 tys. Indian. Rzucamy się na schody monumentalnej świątyni El Castillo by po kilkuset stopniach napawać 360-stopniową panoramą dżungli po horyzont. Poza drogą dojazdową nic się tutaj od tego czasu nie zmieniło i jeszcze może dwoma simpsonami, beneficjantami polityki kolonialnej: „Such a big itong for that altor?” Yup, State of Liberty i tej dzidy na Kapitolu trudno nie nazwać symbolami funkcjonalizmu USA. Tu przynajmniej szlachtowano zwierzęta i w programowo wyższym niż konsumpcja parówki założeniu, chyba, że uznają ją za obiekt kultu jak zaśpiewał mój ulubiony amerykański wizjoner Iggy Pop: „Dog food is good for you, it make you strong and clever to (…)”. Nic dziwnego, że mu się rany na koncertach otwierają – to stygmaty ropiejących w konsumpcjonizmie blizn, pop-corn w kształcie stingerów. Chęć nawiązania konwersacji, odsunął na plan dalszy Knur przypominając sobie post factum o lęku wysokości (skoro zapomniał, że się boi to się boi?) Indiana-pokraka schodzi tyłem na czterech podnosząc morale reszty załogi. Trzeba mu uczciwie jednak oddać, że schody Majów miały odwrócony stosunek wysokości do szerokości.

/fot. P. Rybczyński/

&

     Zwiedzamy największe w całej Mezoameryce boisko Majów – 168 metrów do gry w kauczukową piłkę, która musiała przelecieć przez obręcz po odbiciu przez zawodnika biodrem. Przegrana drużyna odpadała na stałe z pucharów prosto do wielkiej wapiennej dziury. Stoimy zauroczeni mądrością starożytnych.

&

     Instalujemy się w tanim hoteliku nieopodal centrum, bestii żadnych nie widać jednak światło w nocy nam jakoś nie przeszkadza. Obok pokój wynajmował Hebreo, handlarz podręczników do historii i geografii Meksyku. Jako że wyglądał tak jak rzeczywiście powinien wyglądać dealer książek. Postanowiłem rozwiać swoje wątpliwości wokół poprawności politycznej T-shirtu z Che na Yucatanie: „Ernesto hero, commandante fucking”. Przyniósł nam wieczorem materiały dydaktyczne dla 12-14-latków. Dziwnie wyglądał ten XX wiek w egzotycznej Europie, mimo że logika podpowiada, że nie zajmie więcej miejsca niż przemiany społeczno – polityczne ubiegłego wieku ameryki łacińskiej w historii klasy VI. Dzień później okazało się, iż pewne poglądy musimy zrewidować. Zadziwił mnie, jako pierwszy dotychczas, znajomością polonusa, którego nie nazywano Juanem Pablem:
Lucking like…soldger, with black glasses and… without fair. Yyc… Yucar… Yaruselsy. He still leader? –  chyba nie byłem przygotowany na pytanie zadane w kolebce nowożytnej rewolty o juntę wojskową w słowiańskiej ojczyźnie.
Not exactly… we changed police country for demokracy.
Police – zaśmiał się z politowaniem – Smallest and most bad armamenst in Mexico.
Ciężko jest mi wyjaśnić, że rząd w Polsce ma pod kontrolą 100% powierzchni, a generał odszedł do historii nie zajmując żadnej prowincji.
Killed?- rozpromienił się po godzinie w zrozumieniu.

&

     Faux pas dans la cuisine było kwestią czasu, chociaż nie musiało trafić akurat na mnie. Tacos w hatricku, które było słodkim deserem nie stanowiło dla mnie przeszkody w brutalnym ataku cebulą, habanero i strumieniem salsy oraz w konsumpcji ku radości barmana. W Meksyku można zjeść wszystko. Kwestia ilości salsy.

/fot. P. Rybczyński/

&
– Pierdolę, nie wysiadam tutaj – obiektywnie stwierdził Kurak. Przyznałem mu rację rozgniatając pluskwę w oparciu. In genere cały Meksyk składa się z miejsc zbyt fajnych i zbyt mało fajnych do wsiadania i wysiadania. Szukanie via media to równia pochyła, statystyka to błąd obligatoryjny, jak idę z psem na spacer to statystycznie mamy po 3 nogi. Ostatnie z tych pierwszych było ze 3h temu. Jedziemy przez dżunglę po zmierzchu, z rzadka migają ogniska indiańskich gett bez światła trasą zdecydowanie inną niż znana nam droga. Zaczyna nas telepać, ale nie ze strachu. Polary poddały się w walce z wściekle wyjącą zaszronioną klimatyzacją. Jakoś tak głupio by było zamarznąć w środku karaibskiej dżungli. Nie mam pewności gdzie kończy się Meksyk, zaczyna Gwatemala, a może to już Honduras. Cóż, aporty naszych plecaków zapewnią wykształcenie potomstwa miejscowego klanu, korpusy na przekąskę dla tego, co świeci i błyska między paprociami. Stary plecak i old shues nie zlewa nas z otoczeniem. Nawet jakbyśmy się wypastowali to dalej mamy zęby. Jesteśmy gringo. Blade twarze. Americanos. Cash machine. Ruchome bankomaty. Dopiero teraz zauważam brak ochrony pojazdu (pewnie nie brakuje jej za to rozumu). Nie ma na bezpieczeństwo reguły. Do sąsiadujących fanów fastfoodów meksykanie podchodzą indywidualnie lub grupowo.

/fot. P. Rybczyński/

Ad 1. Na płatnej autostradzie jadący z przodu truck spowalnia autokar z wycieczką wietnamskich weteranów, z  tyłu ogranicza mu pole manewru drugi, trzeci pozorując wymijanie blokuje zmianę pasa. Zatrzymują autobus i chodzą jak po sklepie. Ad 2 Wśród osób nie lubiących pracować w zespole, ale również ukierunkowanych na turystykę najczęstsze jest korzystanie z Amerykanina jak z bankomatu, z tą tylko różnicą, że  zamiast wybicia PIN-u podnosi się koszulkę celem potwierdzenia posiadania za pasem broni palnej. Po prostu regionalne now-how.

&

     Na górskich serpentynach Atlas Saharian łączących wybrzeże z Saharą Centralną i kontynentalną kierowca na unijnych tablicach pozoruje awarię, w końcu udaje mu się zatrzymać inny samochód. W geście solidarności drogowej nazwijmy go Sven z przedmieść Goetheborgu podbiega z narzędziami. Na miejscu poznaje wcześniej niewidocznych panów w dżelabach, którzy jak się okazuje są handlowcami i właśnie postanowili wystosować do niego ofertę zawarcia umowy kupna-sprzedaży kilku uncji ich regionalnego produktu – konopi indyjskich. W diametralnie odmiennej wykładni zasady równości kontraktowej niż ta znana Svenowi utwierdzają go przypięte do pasów zakrzywione kindżały. Po dokonaniu transakcji ale jeszcze przed wyzbyciem się tak niepopularnej w systemach prawa koranicznego bogu ducha winnej roślinki (nota bene również przez Allacha stworzonej) i przejechaniu kilkuset metrów wpada w ręce lokalnej policji, żeby była jasność zaprzyjaźnionej z handlującymi Beduinami. Stróże niechętnie rekwirują resztę fantów Svena i z arabskiej uprzejmości podwożą go do najbliższej wioski Berberów – samochód pozwoli im łatwiej znieść gniew proroka. Świetnie władający francuskim Sven nie ulega zapewnieniom i zaklinaniom, że na temat różnic, jakie są w marokańskim i libijskim pierdlu. Geniusz tej transakcji wiązanej polega na tym, że wszyscy są szczęśliwi. Beduini sprzedali plony, stróże dorobili do skromnego żołdu, a Sven to w ogóle cieszy się jak głupi. Allach akbar.

&

     Mnie ostrzeżenie spotkało też w górach Atlas. Zmylił mnie wygląd Tunisu i kolonialnych metropolii południowego wybrzeża M. Śródziemnego różniących się od północnych głównie językiem i wieżami minaretów. Postanowiłem wybrać się w góry. Po godzinie podróży i dwóch marszu pod górę stanąłem w samo południe face tu face kilkunastu ludzi pustyni, szlachtujących bydło mieczami, jakie dotychczas miałem przyjemność oglądać jedynie na „Ben-Hurze”. Całość w roju tłustych much, składających jajka na jasnoczerwonych skałach i w oprawie mdlącego zapachu krwi – wcześniej tego zwrotu nie rozumiałem. Jak nie wierzyłem w Belzebuba, teraz jestem przekonany że tam mieszka Władca Much. Czarne turbany głośno gestykulując z ciekawością obserwowały jak zwalniam przed tuzinem walczących o flaki piesków. Problem niewiernego polega na tym, iż nie jest w stanie za pomocą intonacji, gestów rozróżnić czy arabowie wyznają sobie wzajemnie miłość czy kłócą się jak wrzucić wsteczny bieg w ruskim czołgu.
Bonjour, ca-va? – dukam.
Bien merci, tu ne pa peur, aujourd’huichiens avons beaucoup de mange – jakoś mi ten dowcip nie podjechał.
Bon travaille – pożegnałem się bez pośpiechu, ale i zbędnej zwłoki. Nie wiem, dlaczego serce miałem bardzo blisko gardła, cała sytuacja tego chyba tak bardzo nie uzasadniała. Masyw obszedłem z drugiej strony, chociaż psy nie powinny zgłodnieć w tym czasie. Jesteśmy różni jak la cucaracha na świecie. W oddali zaiskrzyło neonami Cancun. Nie myślałem, że po kilu dniach będę za nim tak tęsknił.

&

     Płyniemy w towarzystwie Kanadyjczyków z Londynu (jest drugi Londyn koło Toronto – 40 tys. mieszkańców, nie licząc oczywiście Lądka Zdroju) z czarnym jak heban z opowiadań Hemingwaya przewodnikiem nurkować w parku narodowym na rafie. Dziwnie się czuję przepływając przez miejsca, w których zawsze na „Animal Planet” pojawiają się rekiny. Szczególnie, że w karaibskich wodach pełno jest tych najgorszych paskudztw, które nie uważają mnie za ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego. Sprawdzam czy nie wyglądam jak foka. Tymczasem płynę od kwadransa w kierunku innej lodzi i pakuję na pokład pełen kitajców. Sajonara! – dalej czuję się dziwnie. Po 2h na rafie barierowej mile od brzegu zgadzamy się, że Red Sea ma ciekawsze, choć te znów nie takie odrażające.

&

/fot. P. Rybczyński/

Europejski krawężnik nie zatrzyma w Meksyku żadnego pojazdu. Zapowietrzy mu się gwizdek, lizak wypadnie z ręki. Wehikuły bez karoserii opon, z rowerowymi kołami, taboretami zamiast siedzeń, z ludnością przyczepioną do zderzaków, dachów, listew. Straciłem szacunek do autora efektów „Mad Maxa”, wszystko co uważałem dotychczas za wytwór wyobraźni było najnormalniejszą meksykańską konstrukcją. Nurtuje mnie pytanie, co musi robić wrażenie na lokalnej drogówce.

&

     Posileni kubańskim keksem kierujemy się przez Tizmin do Rio Lagartos, turystycznej miejscowości, wg lokalnego przewodnika dżungla zmienia się w prerię z rzadka porośniętą kaktusami i kołującymi nad naszym wesołym autobusem stadem sępów. Mijamy niesamowitą kolorową osadę małych domków na bagnach i jesteśmy na miejscu. Nawet jak na karaibskie warunki, wioska była zbyt szumie nazwana kurortem, z jedyna atrakcją w postaci krokodyli. Po wizji lokalnej jedynego quasi-hotelu postanawiamy się wycofać, zbyt dużą przyciągamy uwagę jako jedyni biali. Przedtem jednak zamawiamy coś z menu i szczęśliwie trafiamy na rybę. Godzinne oczekiwanie na transport Kurak wypełnia rozmową z nadzwyczaj wesołym hombre w rybackich woderach. Niezależnie dochodzimy z Knurem do wniosku, że to miejscowy idiota jednak nie wyprowadzamy go z błędu. Tak dobrze mu idzie, nie musi się posiłkować angielskimi zwrotami. Zresztą, czasem trzeba porozmawiać o niczym. W końcu to on wyskoczył z samochodu podczas zamieci żeby kupić rozmówki. Powrót do Tizminu trochę się wydłuża, rozumiemy jednak kierowcę – gdybyśmy mieli tak liczną rodzinę też  chcielibyśmy odwiedzić wszystkich po drodze.

&

     Swamp. Idziemy groblą do Tulum, poklasycznego miasta Majów na klifie. Zaczynam niebezpiecznie lawirować przy brzegach. Bagno wciąga.
Why birds not sitting there? – zaczepia mnie z zagadkowym uśmiechem strażnik parku. Kręcę głową na nie wiem.
You want now? – kręcę na tak.
They have wisdom, crocodilles are faster like birds. You are faster like bird? – kręcę na nie i dalej trzymam się środka grobli. Zawsze podziwiałem dar trafiania do ludzi bez owijania w koc i walenia pięścią w stół. Czuję się jak debil, a przynajmniej głupszy od papug i sępów. Szczególnie otwarty na tego typu sugestie stałem się już 2 lata wcześniej, kiedy nad Morzem Czerwonym dość szorstko potraktowała mnie płetwą jadową skrzydlica. I chyba miała rację, że nie powinienem jej ustawiać pod wodą do zdjęcia. Od razu zasmucił mnie na tablicy zagrożeń Red Sea wypełniony do końca pasek progresji (sharki dojeżdżały do połowy). Telefoniczna konsultacja z nurkiem również nie poprawiła mi humoru – paraliże, blizny, zejścia, zależy od gatunku. O tym, że nie należy zbytnio spoufalać się z miejscową fauną i florą przypomina mi teraz początkowo bolesna blizna na palcu. Tym od „idź stąd”.

&

     Rzeźnicki meksykański bar.
– Ryba nie płaci napiwków – Ryba
– Dostałeś w mordę? – Knur
– W Meksyku? – Kurak
Jak u Sergio Leone.

&

     4 AM. Siedzimy pod dyskontem na najgłośniejszym deptaku Cancun wsłuchując się w grających obok mariachi, po zniesmaczeniu proamerykańską barową komercją. Trzech pojebów w posrebrzanych sombrerach i diodami w marynarkach przestępujących z nogi na nogę i czwarty odwalony jak szczur na otwarcie kanału suszący złote zęby przy mikrofonie. Już lepiej jak puszczali Eminema w przerwach. Kurak wyjmuje tytoń i zaczyna skręcać papierosa. Po chwili życzliwy przechodzeń zwraca mu uwagę żeby nie palił towaru na głównej ulicy, bo kupa glin się kręci i to, fucking, w przebraniach. Po kwadransie kolejny troszczy się o nasze dobre samopoczucie (jacy życzliwi ludzie).
Friend, buy snow? Best price. Fallow me, friend. Best in Yucatan.

Zamykam swój niewyparzony i podpity kubeł, żeby nie poruszyć wątku ilości śniegu na ulicach Szczecina. Dochodzimy do konkluzji, iż miejscowa społeczność dzieli się na: A. kokainodawców & B. kokainobiorców. Sympatyczny dziadzio z pieskiem objaśnił mi po chwili w bezokolicznikach zasady savoir vivre w stosunku do miejscowych oferentów. Zweryfikował również dywersyfikację, wyróżniając część wspólna zbioru A i B, zdecydowanie największą. Zawijamy do bazy, kiedy kolejny zabiera się do prezentacji swoich seniorit.

     Po powrocie dalej intryguje mnie pewna niewiadoma tej algebraicznej łamigłówki. Zbiór A, B, część wspólna – okejas (my – gringo poza równaniem – placebo). Ale co do cholery robił ten dziadek w garniturze z pudlem o 4-ej nad ranem? Ergo X=? Obecnie coraz mniej śmiała wydaje mi się koncepcja sprawowania przez niego mecenatu i właścicielskiego nadzoru, koordynującego to wielopłaszczyznowe, proamerykńskie przedsięwzięcie.

&

     Dodge przyblokowany z obu stron nieprzyzwoicie błyszczącymi w słońcu chevroletami z Belize usiłuje wyjechać. No way. Wsteczny. Uderzenie w przód auta z tyłu. Gaz. Zderzak popycha auto z przodu. Kilka energicznych powtórzeń. Samochód odzyskuje przestrzeń manewrową. Meksyk szczerzy do nas zęby, zadowolony, że ktoś podziwia jego now-how i odjeżdża wzbijając tuman kurzu. Jakież to proste.

&

/fot. P. Rybczyński/

Nie wie, co to ból istnienia, ten, kto nie przejechał się wesołym meksykańskim autobusem, II klasą turystyczną z tequilą, metysami i swobodnie poruszającym się inwentarzem. Odcinek do Valladolid pokonujemy w kilka godzin mijając favele bez okien, z gęsto zawieszonymi w środku hamakami i leżącymi przeżuwaczami tytoniu. Jedynym wspomnieniem luksusu są groteskowo bujające się jak relikwie boga doskonale obojętnego szyldy coca-coli, kontrastując z MC światem 200 km dalej w tym głęboko spolaryzowanym społeczeństwie. Obok kierowcy strażnik z karabinem. Pocieszamy się, że na II klasę nie robi się skoków i przesiadamy w Valladolid do dalszej drogi przez dżunglę. Żeby nie myśleć nad tym, w co się znów pakujemy postanawiam liczyć mijane punkty sprzedaży (nie mylić ze sklepami) bez napisu coca-cola. Wynik wyszukiwania – zero.

&

/fot. P. Rybczyński/

Szczyt głupoty trzech greenhornów w zlewisku Zatoki Honduraskiej? Przekroczenie obrotowych drzwi rzeźnickiej mordowni na prowincji w lokalnym tego słowa znaczeniu. Po prostu musieliśmy. Bar z „The Good, the Bad and the Ugly” to prawda ekranu, prawda czasu to półnagi owłosiony barman na klepisku, dwa tuziny czerwonoskórych i sprawiający wrażenie wodza karakan, na co oprócz powtarzającego się cyklicznie tiku, coś jakby popełniał seppuku i walenia kuflem o blat, wskazywał T-shirt, na którym pewnie kiedyś znajdowała się prasowanką z Jacksonem. „Bad”? Trudno ocenić, wyblakła bardziej niż sam Majkel. Zapalają się kontrolki. Eastwood by się wycofał. Primo – wyjaśnić, że nie jesteśmy z USA. Najlepiej paląc flagę, następnym razem wezmę kilka. Zmawiamy sol, dwóch w porywach trzech tubylców nie odstępuje naszych taboretów, czując wewnętrzną potrzebę wyjaśnienia narosłych przez lata problemów, wymieniając, co jakiś czas skład.
Poland.
Holland?
Poland! – wszędzie ten sam casus podobnego brzmienia anglojęzycznych nazw, zawsze w tej kolejności.
Juan Pablo secundo – drę się.
Po osuszeniu cervezy myśl jaśniejsza, 70% meksykańskich katolików nie może być na wojennej ścieżce z wojownikami plemienia ex wodza chrześcijan (nota bene papa ratuje nas później nie raz). Dostajemy extra habanero, oliwki i ofertę kupna córki jednego z bywalców. Nie takiej jak w Cancun, tylko uczciwego kupna szanującej się i pracowitej squaw: „She’s so fine, got the steeze (..)”. Rozważanie za i przeciw, a przede wszystkim zapytania o cenę zakłócił mi problem z interpretacją słów brata barmana, który klepiąc mnie w kieszeń starał się uspokoić obawy.
– Ja brat barmana, wam być ok – podobieństwo Czecha z Aztekiem.
Gracias – odpowiedziałem patrząc mu z ufnością i wdzięcznością głęboko w oczy. W bojówkach mam 8 jednakowo wypełnionych kieszeni, jak trafił na tą z peso? Nawet zakładając prawdomówność i wykładnię dosłowną może to oznaczać pewny łomot przed barem. Knur kopie mnie pod stołem, aktywność ma tendencję progresywną. Wychodzimy po drugiej kolejce. I tak minuty jak doby.

     W nocy śni mi się, brat barmana mówiący do Majkela: „That guy had a fat rollin his poczet”. Nie jestem pewien, ale raczej nawijał po jukatańsku.

&

     Strajkuje policja. Federal de Caminos, gdyż większość w czarno-białych wozach made in States  i Bancaria e Industrial, wiszą też szyld PJF – Judical Federal, z którymi zadzieranie oznacza murowany pierdel, na który mamy średnią ochotę (nie polecam turystom rozpuszczonym prawami obywatelskimi korzystać też z pomocy stanowych straży). Policja może tu wszystko, chociaż „jest tylko słabo uzbrojonym gangiem” jak mówił Habanero. Kilkanaście półciężarówek blokuje wjazd do komendy głównej. Dobrą centurię funkcjonariuszy przeplata druga setka bezdomnych i meneli, którzy po zmierzchu zalegają na placu. Pewnie wiedzą co robią, całość jednak wygląda dość groteskowo. Za tydzień wybory gubernatorów stanowych. Przypomniały mi plakaty przybite do totemów i palm w dżungli, Caso i całej miejscowej śmietany.

&

     Personalna wycieczka. Błędne jest założenie jakoby zachodnich quasi turystów było wszędzie pełno, jak to Skiba w którymś z felietonów bodajże we Wprost ujął, że „należy w prognozie pod obok parametrów meteorologicznych podawać nasycenie Niemców”. Nieporozumienie polega de facto na tym, że lud RFN-u nie podróżuje na miejsce turnusu, przenosi tylko wycinek faterlandu z folks mjuzik, wurstem i otacza enklawę czy getto jak kto woli drutem kolczastym. Będąc na Fuertaventurze, drugiej, co do wielkości wyspie znajdującego się pod rzekomą germańską okupacją archipelagu Wysp Kanaryjskich o faunie i florze Sahary (i boskim sirocco oczywiście) usiłowaliśmy odnaleźć widziany wyłącznie na dwóch widokówkach wrak transatlantyku. Przepytaliśmy miejscowych, spenetrowaliśmy surfową stronę wybrzeża, po czym zrezygnowani zjechaliśmy nad ocean jedynym w promieniu 20 km zjazdem. Po godzinnym marszu stu metrowej szerokości plaża, przy widoczności 5 km i folderowej pogodzie, w obu kierunkach pozbawiona była śladu homo sapiens. Przecież nie lałbym do oceanu stojąc po kolana we wodzie – to tak in margine dla uwiarygodnienia swojej teorii. W końcu znaleźliśmy przełamany na pół wrak „American Star”. Pulitzer za foto jest kwestią czasu.

     W kurortach i komercyjnych centrach ich pozornie wysokie nasycenie wynika z nieumiejętności zapanowania nad strunami głosowymi, wywołując dyskomfort nacji nieczujących potrzeby afiszowania się narodowością. Kiedyś doszedł mnie z minaretu okrzyk: „Ja, ja das is fantastiś!”  I raczej nie pochodził od muezina. Siła nabywcza pieniądza? Niekoniecznie. Japońce też jeżdżą wszędzie i nie mają problemów z savoir – vivrem. Nie rozumieją tylko tablic z przekreślonym aparatem i napisów „No Photo”. Jak już się wysypią z trzypiętrowego autokaru (a dużo ich się tam zmieści) potrafią oświetlić piramidę i oślepić sfinksa. Również kwestia nachalności werbalnej nie dotyczy pompatycznych wyspiarzy. Spotkałem na którymś z berlińskich lotnisk Walijczyków, z których każdy miał 2 plecaki, w jednym czekan, raki, liny wspinaczkowe, w drugim maski, płetwy, kremy do opalania.
We lucking for a cheapest last minute and don’t now jet where – trzeba mieć fantazję.

&

     Z zawodem przyjąłem podczas prowiantowania brak technik negocjacji ad towaru i ceny na wzór arabski, wpisanych kulturowo w zwyczaj, z tradycją sięgającą przynajmniej czasów, kiedy to Mahomet wiał z Mekki do Medyny. Kilka casusów z Arabowa. Pamiętam swój najlepszy deal na suku w Tunisie. Przedmiot transakcji-spreparowany pustynny skorpion. Cena bazowa oferenta, a zarazem producenta – 15 denarów. Cena wyjściowa nabywcy – 1d. Niech wiedzą, że wielki słowiański kupiec do nich zajechał z północy. Handlarz już nie zajmuje się innymi, poświęca mi całą swoją uwagę, angażując jeszcze dwóch synów. To oznaka szacunku. Rokowania ciągną się w nieskończoność. Analiza kosztów zastrzyku z formaliny – 4d, szkło, ramy, design, robocizny to on w ogóle nie liczy tylko materiały, targowe, no i sam skorpion mógł go przecież jadem zabić, więc na ile jego życie wyceniam? Jak to, przecież wielkie szczypce oznaczają jad kiepski. Skarabeusz by się nie pochorował, pewnie sam z głodu zdechł. Jak mogę nie chcieć żmii gratis? W końcu przybite – 5d i souvenir, przeźroczysty długopis za 50 gr. To raczej nie chciwość, rytuał. Kłaniamy się sobie z szacunkiem, widać, że algebra nazywała się kiedyś al-jabr.

&

     Na Synaju trafiła mnie „zemsta faraona”. Wracam szczęśliwy z najbliższego drugstoru (30 km), że załatwiłem antybiotyk. W aptece nie ma cen, farmaceuta dokonuje oszacowania możliwości płatniczych klienta indywidualnie, gdyby nie było ze mną przewodnika mógłby ostro windować w górę tabsy. Kto nie zapłaci 20 baksów za koniec upokarzającej traumy? Wsiadam w Sharm ash Shaykh do taryfy z ociekającymi złotem Rosjanami, targuję 50 % ceny za kurs, sąsiedzi zza Buga olewają negocjacje, wywołując złość u Araba. Traktuje ich jak powietrze i nie odpowiada „doswidania”. Zarabiając 4 razy mniej na mnie wyskakuje przed hotelem, otwiera drzwi i kłania się w pas. Dziwny naród.

&

     Ostatnia historia kupiecka. Chcemy udać się do Kartaginy by taxi. Do Tunisu mamy 50, do zaoranych przez wojny punickie ruin kolejne 30 km. Mniejsza o cenę bazową, po dość ciężkich negocjacjach (po przybiciu rozkleił się – „za tyle to on to dla nas robi” i prawie mnie łobuz przekonał, że to koszt ropy w jedną stronę. Faktycznie nie starczyło, musieliśmy dać zaliczkę, bo wystartował do roboty na oparach. Żartomobil padł zrządzeniem Allacha vis a vis stacji i w ruch wprowadziła go dopiero miejscowa policja) za ilość waluty, której pierwotnie żądał do Rue de Burgibba w centrum pojechał do Kartaginy, czekał dobrą godzinę aż znajdę miejsce żeby wypowiedzieć: „Cetherum censeo Carthaginem delendam esse”, potem z powrotem do stolicy gdzie czekał 2 godziny i jeszcze do bazy.

     Jeszcze jedno zabawne (przynajmniej dla mnie) zdarzenie, które rozegrało się w arabskim żelaznym koniu. Eskortowałem gdzieś pewną panią kardiolog z Łobza prowadząc monolog na temat zwyczajów i miejscowych reguł, jako że nawet w takich kolonialnych tyglach nie jest niczym nadzwyczajnym widok kolesia w dżelabie z fajką, a za nim lady wyglądającej jak ninja z ładunkiem, którego by nie powstydził się dromader w szczycie możliwości transportowych. Konkludując, dotarłem do stwierdzenia, iż oznaką kultury i poszanowania miejscowego prawa powinien być siedzący mężczyzna w środku lokomocji. Osadziłem wizję zbyt głęboko w realiach i kiedy zauważyłem, że dysponujemy tylko jednym siedzeniem było już za późno. Musiałem wypaść przekonywująco, skoro odstąpiła mi je bez słowa. Tylko jak teraz siądzie mi pikawa to w Łobzie nie mam czego szukać.

&

     –Playa, playa, playa – wyruszamy busem przez zona hotelara na pobliską plażę.
First experience – odległość nie istnieje, czas nie istnieje. 10 km za 3 $ per capita zamienia się w 60 km i dobrą godzinę. Pływamy w Morzu Karaibskim, przyglądamy się pelikanom i rybakom wyciągającym wielkie, zębate barakudy.
Pierdolę, już nie wejdę do tej wody – na ich widok stwierdza Kurak.
Fotografujemy dyskretnie miejscowy sun patrool – czterech uzbrojonych po zęby typów z długolufową bronią w rękach. Odkrywamy brak problemów w korzystaniu z hotelowych plaż. Jesteśmy biali.

/fot. P. Rybczyński/

&

     Szukamy adaptora – napięcie w Meksyku wynosi 110V (mówiłem kupić we Frankfurcie). Po dwóch godzinach rezygnujemy na rzecz cervezy. Podają nam z limonkami, opiekana rybą i habanero w panierce. Po zjedzeniu dwóch papryczek wychylam flaszkę w 3 sekundy i chwytam następną z gównem w oczach. Nie liczą się żadne inne problemy, kiedy rozgryzasz pestki najostrzejszej przyprawy na świecie.

&

     Zjadamy znalezionego grapefruita, analizując granice własnej głupoty i brawury. To co sprzedają w tej dziwne krainie nad Vistulą, to jakieś zupełnie inne owoce.
– Knur, jak się ten dziwny kraj nazywa? Poland? Holland?
Holland? Jakoś tak śmiesznie.

Piotr Rybczyński

Autor "Notatek..." w połowie okazałości /fot. Ł. Papke/

Tags:

6 komentarzy

  • Ryba co Ty Hugo Bader w kierunku na Zachód stąd jesteś? wyśmienite… niemal tak dobre jak Twoje pamiętniki a Bakałarza (dla mnie oczywiście, bo przecież bardziej znane mi okoliczności przyrody i nieco bardziej swojski anturaż opisywały). z niecierpliwością w tę niedzielę czekam na kolejne SŁOWO, pozdr Kama

  • Przeczytałam jeszcze raz. myślę że Wojtek C też czytał i już trzęsie się o swoją przywódczą rolę w mediach podróżniczych…zwłaszcza że w swojej ekipie masz Knura menago Kuraka i artystę Papke-go… co tam Wojtkowy Makaron…Ryba jesteś naszym słońcem Meksyku

    • nie przesadzaj Kama, podobnie jak pamiętniki z bakałarza tekst stanowi fikcję literacką a jakiekolwiek podobieństwo jest przypadkowe

      pees: zgadzam się najwyżej na Geniusza Pomorza

      pozdrowieństwa;)

  • Autorze! Od dziś zwracam się do Ciebie per „Słońce Meksyku.” Nic bardziej adekwatnego.

Zostaw odpowiedź