Małgorzata Maciejewska: „Dobry przelot na wciąż”

15 listopada 2011 18:591 komentarz

„Dobry przelot na wciąż”

czyli

o muzyce i mężczyznach wg „Spiętego”

oraz

o „Spiętym” i „Disparates” wg „Disparates”

 

Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego, lidera grupy Lao Che, udało mi się „złapać” po koncercie promującym jego solowy album „Antyszanty” w toruńskim Lizard Kingu. Choć był  nieco zmęczony koncertem, cierpliwie opowiadał o relacjach męsko-męskich, wpływie kobiet na muzykę i artystycznej samodzielności.

 

Małgorzata Maciejewska: Jestem pod wrażeniem bisów, jakie zagrałeś w trakcie koncertu w toruńskim Lizard Kingu. Najpierw Kabaret Starszych Panów („Już kąpiesz się nie dla mnie”), potem „5nizza”…

„Spięty”: To są rzeczy, które lubię, cenię. Z muzyką jest tak, że upodobania mam przeróżne. Generalnie rzadko słucham muzyki, ale jak już słucham to naprawdę różnych rzeczy… Wyrosłem na metalu – ekstremalnym metalu – ale rzeczy liryczne, subtelne też mnie ujmują.

MM: Twój rozległy gust muzyczny można poznać nie tylko dzięki bisom. Grywasz, też z Lao Che, utwory innych muzyków i „towarzyskie” trasy… W tym roku na Męskim Graniu wykonałeś utwór Klausa Mitffocha z Lechem Janerką.

„S”: 2-3 lata temu wykonywaliśmy piosenki Klausa Mitffocha „Strzeż się tych miejsc” i „Klus Mitroh”. Ponieważ w Męskim Graniu Lech Janerka też brał w udział, pomyśleliśmy, że skoro wykonywaliśmy te utwory kawał czasu temu, może warto je sobie odświeżyć i zapytać Lecha czy nie chciałby wykonać tego wokalnie. I się zgodził. Wiesz, spontaniczna sytuacja.

"Spięty" /fot. Martyna Dobrzyńska/

MM: A jak wspominasz „Męskie Granie”?

„S”: Fajnie. To nie jest rzecz wolna od błędów, ale dla muzyka to bardzo ciekawe. Spotyka się z innymi bandami, które coś już sobą reprezentują; wykonują autorską muzykę, taką, która jest ceniona – raczej kaszany tam nie ma… Zespoły się podpatruje – to stymuluje, człowiek od razu chce ćwiczyć… a potem wraca do domu i ma to w tyle. Ale samo miejsce, spotkanie jest fajne. Jest tam trochę szczególnego, męskiego napięcia, trudnego do opisania… To bardzo rozbudowana sprawa – bycie mężczyzną; a jeszcze na scenie, a jeszcze jak są kobiety… Czasami się można trochę zatracić. Wielu twierdzi, że mężczyźni grają dla kobiet i coś w tym jest! Nawet jakby porzucić te niskie pobudki – że chce się wyjść, napiąć, klatę, pokazać, że się śpiewa… nawet jeśli to odrzucić, mężczyzna czuje, że coś wciąż działa na kobiety i to jest naturalne, Pan Bóg tak wymyślił i tak jest.  Z drugiej strony, nie ma co tego rujnować… ale ważne, żeby się nie dać ponieść, zresztą jak we wszystkim. Umiar jest chyba wskazany.

MM: W takim razie skąd czerpiesz inspiracje do własnych kompozycji?

„S”: Inspiracje… żyje się, funkcjonuje, spotyka się z ludźmi, słucha się czegoś… To się obija o uszy i czasem w ucho wpada. Trudno pokazać konkretne inspiracje, po prostu się siada i gra… Trudno mi powiedzieć, że był konkretny plan i jakaś intencja  jeśli chodzi o muzykę – podobnie w tekstach. To raczej rzecz improwizowana i w sumie trudna do sklasyfikowania nawet dla mnie.

MM: Ale plan nagrania solowej płyty chyba dość długo w tobie kiełkował?

„S”: Bardzo długo, na wysokości 2002-2003 roku sobie wymyśliłem, że… właściwie nie wymyśliłem, bo to nie było intelektualne… Poczułem. Odczułem to podobnie jak kiedyś, wiele lat temu – byłem na jakimś koncercie rockowym, nie pamiętam na czyim – i pomyślałem sobie, że fajnie by kiedyś było stanąć na scenie, chyba dałbym radę. Mniej więcej w 2002-2003  roku też miałem przekonanie, żeby się targnąć na rzecz, która jest moja–  w takim sensie, że się nie asekuruję towarzystwem kogokolwiek, sam wykonuję swoje własne piosenki, które samodzielnie skomponowałem.

MM: Sam skomponowałeś, sam śpiewasz i jeszcze  sobie akompaniujesz…Ale z  czego się właściwie składa zestaw muzyczny, którego używasz w trakcie solowych koncertów?

„S”: To jest sound system. Popełniłem płytę i nie dało się jej odtworzyć na żywo, na live, bo było na niej za dużo rzeczy, za dużo instrumentów przeszkadzajkowych tak zwanych – na przykład perkusyjnych, grzechotek, rytmów… Dużo instrumentów klawiszowych – a ja nie jestem klawiszowcem, grałem jakieś proste melodie… Nie za dobrze się czuję grając tak na żywo, więc gitara jest tutaj elementem podstawowym. Występowałem przez jakiś czas z bębnem marszowym, takim jaki się nosi na mecze, ale mnie to znużyło, więc wykorzystuję sampler, który daje możliwość uderzenia nogą, pałkami. To taki sampler perkusyjny. I dwa mikrofony, procesor do efektów wokalnych… jest tego trochę… Właściwie jest tego dużo, a to sampler jednoosobowy… Loopuję też pewne rzeczy, czyli zapętam pewne frazy, wiec jeśli zrobię to krzywo, niewłaściwie z poziomami, to słychać… Muszę być skupiony. Poza tym nie mam dobrych speechy; nie, żebym miał kompleks z tego tytułu… Ale myślę, że jest fajnie jak czasami rzeczy są niedopowiedziane. Tak sobie wymyśliłem, że będę siedział i grał, a czasami jak coś spontanicznie mi przyjdzie od głowy to powiem.

MM: Czerpiesz z różnych stylów, ale w tytule swojej płyty odwołujesz się do szant, dość rzadko adaptowanych przez w muzykę rockową. Skąd taki pomysł?

Tak, tak! Stopami grałem - /fot. Martyna Dobrzyńska/

„S”: Pomysł wziął się z Mazur. Jeżdżę tam od wielu lat – teraz mam rodzinę, małe dziecko, więc od dwóch lat nie byłem – ale przez 20 lat pojawiałem się na Mazurach co roku. Znałem szanty, śpiewałem z załogą. Będąc na jakimś wyjeździe, słuchałem występu kapeli szantowej i pomyślałem, że to jest mało… inne, oryginalne; zwłaszcza jeśli wychodzi na scenę kapela szantowa i robi to samo… Zacząłem klecić szanty w moim autorskim rozumieniu, ale się okazało, że to w ogóle nie są szanty – więc nazwałem je „antyszanty”.

MM: Jak zareagowali Twoi koledzy z „Lao Che” na hasło „solowa płyta”?

„S”: To była nowa sytuacja. Wiadomo, że funkcjonowałem z zespołem. Od 1995, 1996 roku wszyscy graliśmy w zespołach, w 1998 roku powstała grupa Koli, potem Lao Che – ’99 – a potem zrobiłem taką secesję… Ale nie dlatego, że mnie męczyło granie z chłopakami. Wystarczy na „Antyszanty” spojrzeć – są zupełnie inne niż muzyka, która robię z Lao Che. Jeśli mam inny pomysł,  pragnienie, żeby się wyrazić w taki sposób,  chłopaki nie mogą mi mieć tego za złe – i nie mają… Chociaż trzeba by ich zapytać. Ale raczej nie ma z tego powodu między nami napięć. Gdy się pojawiają, staramy się jakoś dawać im radę, porozmawiać… To pomimo wszystko nie jest prosta sprawa –  funkcjonować w ramach 6 czy 7 mężczyzn (teraz jesteśmy sekstetem); żeby się ze sobą porozumieć, żeby się kumplować, żeby mieć dobry przelot na wciąż. O to trzeba dbać! To jest związek taki, jak z kobietą – jak się zaniedba pewne rzeczy,  jak się machnie ręką to się wyłoży… więc trzeba wkładać energię, starać się. Czasami  to jest orka na ugorze, ale daje piękne efekty, więc warto.

MM: Wasz związek faktycznie jest w dobrym stanie – tak dobrym, że za kilka dni zaczynacie grać z drugą grupą męską w ramach  trasy Lao Czesław Śpiewa. To spore wyzwanie nie tylko osobowe, ale  muzyczne…Jak doszło do tej współpracy?

„S”: Myśmy grali koncerty autorskie przez wiele lat i zawsze był koncert Lao Che, koncert Lao Che na tych plakatach… A fajnie jest, jak się jeździ na festiwale, widzi się inne składy, porozmawia się… Kiedy jest spotkanie z ludźmi, jest scena, 2 zespoły – to się kotłuje coś fajnego. A jeszcze jak to są zespoły oddalone od siebie muzycznie, ale znajdują wspólny mianownik… Jestem miło zaskoczony projektem, bo to nie jest Czesław i sidemani, ale zespół, bardzo wyraźny w każdej jednostce. Fajni ludzie, Duńczycy, ale bardzo przyjemni (śmiech).

MM: A kto wpadł na pomysł, żeby zagrać akurat z Czesławem?

„S”: Nasz basista Rysiu. Właśnie Rysiu mówi: „Nie grajmy sami wiosennej trasy, zagrajmy z kimś fajnym”.  „No a z kim?”. A Rysiu: „To może z Czesław Śpiewa”. A my: „Nie, no jak to, przecież…”. Ale potem zaczęło nam to chodzić po głowie i tak się zaczęło. Okazało się, że zagraliśmy siedem koncertów na wiosnę; bardzo fajnie ze strony towarzyskiej to wszyło i jakoś tak zażarło… Ludziom się też podobało. To powiedzieliśmy: „Zróbmy prolongatę na jesień”, bez ciśnień, że chcemy cokolwiek ugrać. Wiesz – to trochę tak jak gdy idziemy spotkać się z jaką grupą czy z dziewczyną – te dziewczyny ciągle! (śmiech) –  po prostu fajnie jest się spotkać. Potem się okazuje, że dobrze było w sobotę, no to może w niedzielę jeszcze raz by się spotkać?…na tej zasadzie.

MM: A Ty sam, jako „antyszantowiec”, chciałbyś z kimś zagrać taką podwójną trasę?

Z lewej - Michał Dominowski, obok "Spięty" /fot. Martyna Dobrzyńska/

„S”: Chyba nie. Ja generalnie jestem zamknięty i jeśli ktoś wyszedłby z inicjatywą, chciałby coś razem wykonać i jeślibym go cenił – mogłoby to wypalić. Ale na razie nie mam takiej potrzeby. Kiedy się jest samemu na scenie… jest w tym magia. Wiele rzeczy się dzieje, na wiele pytań można sobie odpowiedzieć… czemu się to robi, czemu samemu.
Jestem osobą, która się w wielu sytuacjach asekurowała. Teraz jeździmy z Michałem Dominowskim, zawsze we dwóch, i Michał jedynie za mną stoi, ale też nie do końca. Jedziemy autem, przyjeżdżamy na miejsce, gadamy, śmiejemy się, a potem on staje za konsoleta, a ja staję na scenie i jest rozłąka –  on za swoim warsztatem, ja za swoim, więc działamy w pewnej izolacji, ale to też jest fajne.

MM: Widzę, że taka muzyczna prawie-samotność Ci raczej nie doskwiera. Planujesz więc może następną solową płytę?

„S”: Marzę o drugiej, ale nie szybko, bo teraz jest nowa płyta Lao Che, komponujemy i jakoś specjalnie nie chcę się tym zajmować. Miałem momenty, że myślałem: „Trzeba drugie wydawnictwo, tu, już…”. A potem myślę: „Kurde, no, spokojnie”. W ogóle, ja nie jestem gościem, który strzela tysiącami pomysłów na minutę i ma ADHD artystyczne. U mnie się to dzieje bardzo powoli, musi odczekać… musi…jak te ogórki kwaszone (uśmiech)… musi się odstać, proces musi zajść. Czego bym nie robił, jak się będę napinał –  tym gorzej dla mnie; nic z tego nie wyjdzie, a się tylko nawytrząsam.


"Disparates", pierwszy z lewej Bartek Kulik / fot. Pawel Kotas/

Lekko jeszcze spięta po rozmowie ze „Spiętym”, inicjując jednocześnie „nową świecką tradycję” (zbyt często zapomina się o „przedkoncertujących”, którzy przecież nie tyle „przedkoncertują, co koncertują na początku!) przyparłam do muru Bartka Kulika, lidera supportującego „Spiętego” zespołu „Disparates”, chcąc zgłębić problem z drugiej strony sceny, a także dowiedzieć się, co grupa ta zamierza dalej. Bartek, absolutnie rozluźniony, wcale nie spięty powiedział mi, co następuje:

Bartek Kulik: To był nasz drugi koncert ze „Spiętym”, pierwszy graliśmy rok temu na letniej scenie Teatru Wybrzeże. Przyznam szczerze, że nie mogliśmy zostać poprzednio, by go wysłuchać od A do Z. Udało się teraz i muszę powiedzieć, że o ile płyta może nie do końca mnie przekonała, to na żywo wypadło to świetnie. Kompozycje „Spiętego” nawiązują trochę do tradycji muzyki ulicznej, do łotrzykowskiego folku, nie są przeintelektualizowane, więc jak najbardziej trafiają  w mój gust. Pomysł na ich koncertowe wykonanie i w sensie technicznym, i pod względem formy przekazu, jaką obrał – wydaje mi się znakomity, słucha się tego bardzo dobrze. Nie ma w tym zbytniego nadęcia, jest zabawa słowem i muzyką.

"Disparates" - B. Kulik, P. Rynkowski /fot. Pawel Kotas/

    Co do samego wspólnego koncertu, obydwa projekty są projektami autorskimi więc pod tym względem pasują do siebie. Ze strony Spiętego pojawiła się właściwie tylko jedna prośba –  żebyśmy (Disparates to przecież cały band) – nie szaleli za bardzo z poziomem głośności, coby obydwa koncerty stworzyły spójną całość. Choć tak naprawdę ludzie, którzy tego słuchali, musieliby powiedzieć czy to się skleiło, czy nie.

     Generalnie Lizard King jest klubem o bardzo dobrej akustyce, więc większość koncertów brzmi tam po prostu nieźle. Oczywiście byliśmy supportem, więc musieliśmy się pogodzić z tym, że gramy przy trochę innym oświetleniu, po części bez odsłuchów i w niezłym tłoku, bo scena była ustawiona pod Spiętego, jest to naturalne – graliśmy jako zespół, który wprowadza ludzi w koncert głównej gwiazdy, ale zrobiliśmy swoje (uśmiech).

     Nasza druga płyta jest w trakcie powstawania, jedziemy jeszcze raz (mam nadzieję, że ostatni) w tym miesiącu do Szubina do studia Electric Eye, by rejestrować ostatnie ścieżki. Nowy materiał wydaje mi się być dużo dojrzalszy od strony kompozycyjnej i tekstowej od pierwszego, i mam nadzieję, że jest kolejnym szczeblem w rozwoju kapeli. Zobaczymy co powiedzą recenzenci i słuchacze (uśmiech). Są już też wstępne podejścia do masteringu, więc mam nadzieję, że do końca roku materiał będzie gotowy, i że w przyszłym roku płyta się ukaże. Wtedy też będziemy myśleli o promującej go trasie, którą kto wie, może zaczniemy od Torunia właśnie.


dla Netkultury rozmawiała, szczerze artystom życząc, by wszystko potoczyło się  zgodnie z planem

Małgorzata Maciejewska

Tags:

1 Komentarz

  • Musze przyznać, ze ciekawy przypadek – chyba pierwszy w dziejach wywiad z numerem 1 pointowany przezz wypowiedź supportowca’;)

Zostaw odpowiedź