Małgorzata Maciejewska: Muskanie klawiszy

15 listopada 2011 19:011 komentarz

red.:
Nostalgicznych wspomnień letnich koncertów ciąg dalszy. Tym razem  Leszek Możdżer, Andrzej Bauer i grupa Cellonet

 

Małgorzata Maciejewska

 Muskając klawisze

 

     Lipcowego wieczoru (ściślej – 22 lipca), lekko zdyszana, dotarłam do toruńskiego Ratusza, na którego dziedzińcu miał odbyć się czwarty koncert w ramach piątego Jazz Artus Festivalu. Niesiona falą tych, którzy coraz liczniej przybywali na muzyczne spotkanie z Leszkiem Możdżerem, Andrzejem Bauerem i grupą Cellonet, znalazłam się za bramą Ratusza i szybko oceniłam sytuację.

     Sporo krzeseł było jeszcze pustych. Na scenie, po lewej stronie (z perspektywy widza) czekał otwarty już ( i – o zgrozo! – zakurzony, poznaczony odciskami paluchów!) artusowy fortepian; Steinway, naturalnie. Obok przepychały się wyściełane krzesła i nutowe pulpity. Nad licznie zgromadzonym na scenie i wokół niej sprzętem nagłaśniającym (łącznie z mikrofonami w fortepianie – przykra konsekwencja koncertów w plenerze) czuwał siedzący na głośnikach, znudzony młody człowiek. Wiedziona nieomylnym instynktem nałogowej obserwatorki dłoni pianistów, przyczaiłam się na kamiennej ławie (jednej z tych, które okalają dziedziniec, tuż obok wejścia dla artystów) i starałam się zlać z otoczeniem.

     Tymczasem szum rozmów narastał. Miejsca stopniowo się zapełniały. Gołębie, ukryte w winorośli malowniczo spowijającej zabytkowe mury, pogodnie gruchały, a uchylone boczne drzwi przy scenie kusiły… Czas płynął nieubłaganie, odmierzany dzwonieniem zegara z wieży.  Dziewiętnasta, kwadrans po… już coraz bliżej…  Jeszcze tylko Prezydent Miasta powitał widownię, a „moje” drzwi się otworzyły – i wychodzący z nich Leszek Możdżer pogodnie się do mnie uśmiechnął. Trudno mi było opanować westchnienie zachwytu –  choć Toruń nie raz gościł pianistę, ja widziałam go i słyszałam na żywo po raz pierwszy. I z wielką przyjemnością śledziłam każdy, najdrobniejszy nawet ruch palców na klawiaturze w czasie pierwszego utworu koncertu – improwizacji na temat  „Prawa i pięści”, znajdującej się, zresztą, na najnowszej płycie muzyka.

     Kilkunastominutowa kompozycja, choć trudna i – jak to w jazzie – nie zawsze melodyjna czy choćby rytmiczna, oczarowała widownię. Zachwycił się nawet zegar na ratuszowej wieży – do tego stopnia, że przez cały koncert niestrudzenie i jakby głośniej dzwonił.

     Już po pierwszym utworze na scenę został zaproszony Adam Bauer oraz grupa Cellonet, postawny muzyk w fantazyjnych, czerwonych spodniach oraz siedmiu odpowiednio elegancko ubranych młodych wiolonczelistów. Przywitali się z publicznością. Jeden przystojniejszy-i-bardziej-uśmiechnięty od drugiego! Zajęli miejsca, dostroili się, rozłożyli nuty (przypinając je z powodu wiatru klamerkami) i ruszyli w jazz.

/fot. Karolina Kamycka/

    Okiełznanie takiego „stada”  instrumentalistów i „upchnięcie” ich w przestrzeni jednej kompozycji nie jest łatwe. Im bardziej improwizujący jazz, tym trudniej utrzymać zmienny rytm i kilka linii melodycznych, opanować natężenie dźwięku. Doskonale poradził sobie jednak z tym wszystkim Adam Bauer, ku któremu czujnie kierowali spojrzenia wszyscy muzycy. To on odpowiadał za to, by każdy zastosował odpowiednią technikę, nie „przekrzywił” melodii, trzymał rytm; pilnował, by zacząć i skończyć utwór w odpowiednim momencie. I sprawdzał się jako „dyrygent” znakomicie. Uśmiechał się pogodnie i widać było, że gra się  wszystkim świetnie. W pewnej chwili wiatr dmuchnął tak mocno, że dźwięk instrumentów przygłuszony został przez szum kartek, masowo próbujących uciekać z pulpitów nad toruńskie dachy… Pomogły sprawdzone już w takich przypadkach klamerki, którymi upięto niesforne arkusze skuteczniej – muzyka płynęła dalej. Nie był to jednak koniec zakłóceń – wiernym, choć nieproszonym gościem muzyków stał się zegar z ratuszowej wieży: to pomagał utrzymać rytm, to przeszkadzał wybijając kolejne uderzenia kwadransów, „półgodzin” i godzin. Wywoływało to uśmiech i publiczności, i artystów, a w końcu sprowokowało milczącego zazwyczaj Leszka Możdżera do krótkiej rozmowy, dzięki której ostatecznie ustalono harmonogram uderzeń, a muzycy, chcąc nie chcąc, uwzględnili fakt istnienia niesfornego akompaniatora. Niespodziewanie zza muru Ratusza dobiegły  nowe, skoczne dźwięki (karaoke? któryś z licznych starówkowych ogródków?). Nad tym już nie dało się zapanować, na szczęście same ucichły.

     Koncert nie był łatwy w odbiorze nie tylko z powodu powyższych zakłóceń. Jazzowe improwizacje to  wymagający typ muzyki, abstrakcyjny i zmuszający do porzucenia powszechnie przyjętych nawyków słuchania, nakazujących szukać dominującej melodii czy stałego rytmu. Dłuższe improwizacje nie są łatwe w odbiorze, lecz  równocześnie niezwykle atrakcyjne przez poczucie, że ten konkretny sposób wykonania danego utworu jest jedyny na świecie, niepowtarzalny. Łatwiej jest też słuchać,  kiedy instrumentów jest więcej niż jeden; wtedy trzeba nieco uwagi poświęcić osobno wybranym instrumentom, a dodatkowym walorem koncertu jest bardzo duża różnorodność barw.  Urzeka nas jeden ton czy takt, a potem płynie wzmocniony współbrzmieniem instrumentów.  Te wszystkie walory można było dokładnie zbadać w trakcie artusowego koncertu.

     Po drugim „pełnoskoładowym” utworze zaryzykowałam i, za przykładem krążącej nieopodal fotografki, przycupnęłam na schodkach wiodących na scenę. To było właściwe posunięcie. Dzięki temu nie tylko lepiej słyszałam instrumenty, ale też przez prawie cały koncert siedziałam naprzeciwko (choć z perspektywy pod-fortepianu) Andrzeja Bauera i mogłam  swobodnie obserwować pracę rąk Możdżera.

     Pianista jest bowiem nie tylko osobowością muzyczną, ale przede wszystkim naprawdę rewelacyjnym, pracowitym muzykiem. Nie próżnował i w trakcie toruńskiego koncertu. Czasem to on prowadził główny temat. Czasem tylko towarzyszył, „dobrzdąkiwał” delikatnie i dyskretnie pojedyncze akordy czy tony. Czasem, zmieniając zupełnie formę dźwięków, pozorował to instrument perkusyjny, to kolejny smyczkowy lub wokalizę. On także, jak wiolonczeliści – to szarpiący struny palcami, to obstukujący pudło wiolonczeli, to potupujący – wykorzystywał fortepian nie tylko w tradycyjny sposób. Naturalnie, nie grał na nim nogami ani nosem… ale za to dość szybko sięgnął do środka instrumentu i za pomocą bawełnianego ręcznika „przesterował” dźwięk (tego samego zresztą ręcznika użył potem do wytarcia okularów). Przez cały czas pozostawał także spokojny i bardzo skupiony na swym zadaniu. Włożył w grę mnóstwo emocji – kompozycje mieniły się pod wpływem partii poszczególnych wiolonczelistów i fraz Możdżera. I, co ciekawe, nawet gdy improwizował bardzo swobodnie, miało się wrażenie, że tak bardzo panuje nad klawiaturą, jakby grał z nut. Nawet gdy prowadził melodię tylko jedną ręką, drugą modyfikując dźwięk.

     Były też momenty, w których zdawał się tak skoncentrowany, że niemal „dotykał słuchem” kolejnych dźwięków, sprawdzał czy wybrzmiewają jak należy i czy do końca. Słuchał jakby planował dalszy rozwój melodii, jakby słyszał ją już w głowie – i z uwagą, ton po tonie, odzwierciedlał ją na klawiaturze. W grze Możdżera nie było ani odrobiny chaosu – wszystko uporządkowane, dynamika niezbyt gwałtowna, uderzenia stanowcze, ale wyważone. Choć nie zlewał się w jedno z fortepianem, widać było, że koncert to partnerska, pełna wzajemnego szacunku rozmowa fortepianu i artysty – nie zaś walka, wzajemna udręka, zmuszanie czy lekceważenie. Efektem tego dialogu były naprawdę niesamowite tony. Fortepian najwyraźniej „godził” się na eksperymenty pianisty, próbując zabrzmieć to jak kontrabas, to jak tamburyn, wreszcie – emitując z siebie rozwarstwione jakby pęknięte, podwójne brzmienie, zupełnie przy tym nie rozstrojone. W innych momentach uderzał błyskawicznie, coraz intensywniej w jeden czy dwa klawisze. Dźwięk był wtedy pulsujący, niezwykle gęsty, mocny, ale matowy. I zaraz potem przechodził w skromną, słodką melodię.

/fot. Karolina Kamycka/

    Koncert był naprawdę udany. Mam cichą słabość do wiolonczeli, jednak w takiej ilości na jednej scenie jeszcze się z nimi nie spotkałam. Głębia tonów cudownie dopełniała klawiszowe meandry, tryle, dysonanse, brzęczenia jakby rozsypanych w sercu fortepianu  cieniutkich srebrnych bransoletek. Muzycy dali z siebie wszystko, a widownia z uwagą i pomimo chłodu chłonęła wyzywające i nie zawsze łatwe frazy. Nie brakowało w trakcie koncertu ani gniewnych, zaczepnych pociągnięć smyczków, ani agresywnych, mocnych  akordów, ani łagodnych, melodyjnych, subtelnie rozwijających się dwugłosów. Urzekli mnie muzycy – przystojni, dynamiczni, eleganccy wiolonczeliści, wesoły, dobrodusznie spoglądający znad okularów, ale dyscyplinujący Adam Bauer i spokojny, uważny Leszek Możdżer. I urzekła przejmująca, przerażająca i fascynująca „Kołysanka Rosemary”, która koncert zakończyła. Nie ma widowni, która by tej kołysance nie uległa.

     Koncert, sam w sobie, magiczny był, rewelacyjny. Jednakże… Jednakże nigdy nie jest tak, że wszystko jest wspaniałe. Nie, nie mam pretensji czy żalu o cokolwiek do artystów. O publiczności tego niestety powiedzieć nie mogę. Nie rozumiem zupełnie, dlaczego widownia gromko klaszcze, aż w końcu dochodzi do owacji na stojąco, a potem nie czekając na bis -wychodzi. Nie mieści mi się też w głowie zachowanie nagłośnieniowa, który czuwając przy scenie najwyraźniej tak się wynudził, że pod koniec koncertu zapragnął rozrywki i… palił papierosy dokładnie pod nosem Leszka Możdżera. Ale to nie wszystko: koncert na powietrzu jest – jak już wspomniałam – dla instrumentalistów uciążliwy, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z delikatnym fortepianem, z wiolonczelami, a nie z kapelą rockową czy orkiestrą dętą. To oczywiste i nie trzeba „dorzucać do pieca” niczego więcej, tym bardziej, że na dziedzińcu pyłu nie brak, żwiru i kamiennego grysu, który charakterystycznie „strzela” i grzechocze, kiedy po nim dreptać. Tymczasem nikt z kilkorga fotografów nie zwracał na to uwagi i nawet nie próbował poruszać się tak, by nie przeszkadzać artystom. Przykre to wszystko.

/fot. Karolina Kamycka/

     Po koncercie, kiedy się już wyklaskałam, nauśmiechałam (z wzajemnością) do schodzących ze sceny muzyków i odczekałam swoje, udało mi się z nim zamienić kilka słów –  z Leszkiem Możdżerem. Nieco zmęczony, ale po swojemu spokojny i cierpliwy, dzielnie podpisywał płyty, gawędził, witał się ze znajomymi. Nie, nie będę udawać, że nie pamiętam, iż dostąpiłam wówczas życzliwego uściskania i ucałowania przez Mistrza, o czym z lekkim rumieńcem uprzejmie donoszę.

     Ale nie z tego powodu (w każdym razie nie tylko z tego) koncerty Leszka Możdżera polecam każdemu. Gwiazda nie gwiazdorzy, lecz oczarowuje, każe się uśmiechać, zmusza do skoncentrowania się na muzyce sauté, do oderwania się od ziemi, do śledzenia w błogosławionym skupieniu najdrobniejszego ruchu dłoni artysty, najlżejszego muśnięcia klawiszy.


Małgorzata Maciejewska

Tags:

1 Komentarz

  • Łatwo wierzę, bo już same płyty wystarczająco porywają, dvd daje jakieś przybliżenie koncertu. Będę pilnie śledzić możliwości usłyszenia go na żywo!

Zostaw odpowiedź