Rojewski: Wspaniały świat cyrku – „Carnivale”

10 stycznia 2011 17:021 komentarz

źródło: HBO

      Jest coś takiego, co możemy śmiało nazwać magią cyrku. Dla nas współczesnych już będącą czymś przebrzmiałym, ramotą, banałem, ale wciąż jeszcze jakoś tam dla niektórych pociągającą. Choćby dzieciaki, które naturalnie i w sposób nieskażony konwenansem śmieją się z głupawych klownów, albo radośnie wykorzystują jedyną możliwość zobaczenia prawdziwego lwa, a nawet /o zgrozo/ kucyka. W każdym razie, kiedy do mego miasta przyjeżdżają kolorowe namioty, jakoś chętnych nie braknie. Jakiś czar, egzotyka trwa mimo, że wypierana telewizją, kinem, globalnym reality show i całym zamętem popkultury będącym skrzyżowaniem komedii dell’arte z publiczną egzekucją. Można zresztą powiedzieć, że oto wszystkie gatunki „gawiedzianej” sztuki zlały się w jedną wszechpotężną siłę, która już nie dla odbiorcy, a odbiorca dla niej, i oto cyrk prawdziwy ustępuje cyrkowi przysłowiowemu, globalnemu kuglarstwu w megaskali. Mimo to jak mówię ślad fascynacji jeszcze pozostaje, ponieważ wciąż jeszcze świat cyrkowy tworzą ludzie swymi umiejętnościami i artyzmem, i weryfikuje ich wciąż jeszcze humor i apetyt lwa czy upadek z wysokości. Oczywiście ten tekst daleki jest od realności cyrkowego życia. Ja wiem, że to najpierw szkoła i szare treningi, wiem, że zwierzęta, często wymęczone do granic, że ekolodzy protestują, że frustracja, że mało płacą itd. Ale tak jak pisząc o magii kina nie piszemy o tym, że upił się oświetleniowiec, kaskader zwichnął nogę, a aktorka się spóźniała żrąc się z reżyserem, tak i ja pozostanę przy efekcie końcowym, tym, co jako kwintesencja aranżacji, kreacji, słowem pracowitego udawania, trafia w końcu do widza.

      Dziś, jak wspomniałem, magia przyblakła. Cyrk w sposób naturalny stał się miejscem normalnym, gdzie liczą się umiejętności i profesjonalizm. Gdzie podziwiamy kunszt akrobatyczny, treserski, aktorski. Gdzie nie wierzymy w czary, doceniając zamiast tego zręczne ręce iluzjonisty, gdzie akrobatę chroni gęsta siatka i właściwie nie walczy on o życie a o sukces właściwie sportowy. Lew też nie zje tresera, bo elektryczne odstraszacze i węże strażackie czają się w pogotowiu. Czasami jednak gdzieś się przekradnie resztka dawnego napięcia czy poczucia egzotycznej fascynacji. Ślad tego wszystkiego, co /na szczęście/ przechowuje wciąż dla nas literatura i kino.

źródło: HBO

      Paradoksalnie tego cyrku, o którym chcę opowiedzieć trudno już pewnie szukać w samym współczesnym jego odpowiedniku. To cyrk archetypiczny, metacyrk, magicznie funkcjonujący w anglosaskiej zwłaszcza kulturze. To „zamrożony” /może lepiej zaklęty/ cyrk dziewiętnasto- i wczesnodwudziestowieczny. Cyrk przedtelewizyjny ze „Św. Barnumem” w tle. Kwintesencja objazdowej atrakcji, niesamowitości i tajemnicy. Panoptikum napięcia, niebezpieczeństwa, miłości, nienawiści, śmierci i dziwactwa wszelkiego autoramentu. Tu odżywa właśnie i wychodzi na światło dzienne wciąż żywy fenomen „tajemnicy cyrkowego namiotu”, świata w świecie, kreującego się na niedostępny tajemniczy i dziwaczny, tak samo często, jak często takim będący. Fenomen świata zadziwiających interakcji i nietuzinkowych ludzi. Świata pełnego również bezwzględnego okrucieństwa i perwersyjnej często fascynacji, gdzie ułomność i wynaturzenia podniesiono do rangi talentu i sztuki. Świata, który naszym pradziadkom i dziadkom zastępował większość naszych dzisiejszych medialnych rozrywek. Reality show, o którym dzisiejsi moderatorzy jeszcze mogą tylko pomarzyć /ale niestety są już go coraz bliżsi podobnie jak uciech nowożytnego Colosseum/. Świata, któremu prawa zwierząt bywały równie obce jak prawa ludzi zapewne. Mam świadomość takiej możliwej realności, ale gdy sztuka chce mnie okłamać, nawet mocno naturalistyczną fascynacją nie umiem się bronić. A sztuka jest tu bezwzględna.

źródło: HBO

     Otóż, owa bezwzględna artystyczna kreacja z filmowego ekranu i kart książek potrafi zamienić cyrkowe karły, Człowieka-Słonia, Kobietę z Brodą i inne „dziwolągi” nie w przypadki medyczne dotykające zwykłych ludzi, jakbyśmy dzisiaj się do tego odnieśli, a w figury magiczne, owiane mroczną tajemnicą. W figury podszyte lękiem i fascynacją gawiedzi, w bohaterów i ofiary zarazem, nachalnego zainteresowania ładniejszych, zdrowszych, bogatszych, „normalniejszych”. W istoty chronione ową tajemniczością i tragiczną „atrakcyjnością”, jak pretekstem do istnienia, dla których tabor cyrkowy stawał się więzieniem i azylem jednocześnie. Trudno sobie dzisiaj, w dobie informacji globalnej, politycznej poprawności złożoność tej granicy pomiędzy cyrkiem a nie-cyrkiem wyobrazić. Powiem tylko, że moja cudowna śp. Babcia, która w wieku lat 89-u oglądała NBA i czytała „Focusa” w swoim zaczarowanym dzieciństwie czy młodości pielgrzymowała i do cyrku, i na statek co przypłynął z Indii, a nawet, wstyd się przyznać, jeździła pod posiadłość inżyniera Zaremby i dobrze pamiętam jak opisywała „nagły chłód i niesamowitą ciszę”, które nią wstrząsnęły*. My zniewoleni pilotem do telewizora czy netem, nie jesteśmy nawet w stanie sobie wyobrazić jak wiele wysiłku kosztowało kiedyś naszych dziadów wyszukanie sobie rozrywki. A i przeżycia, egzaltacje bywały silniejsze /nieme kino chociażby/ i generalnie chyba gusta prostsze, nie gańmy więc naszych dziadów zbyt pochopnie.

     Nie będę się więc po tym wszystkim upierał, że ta fascynacja wizją cyrku, jest fascynacją do końca zdrową. Nie będę zaprzeczał, że cząstkę tej zawsze  okrutnej i bezwzględnej metaforycznej „gawiedzi” mam i ja w sobie. Ale nie będę również zaprzeczał, że wizja owa ma w sobie niepowtarzalne piękno. Być może właśnie przez owe lęki, atawizmy, sekrety, namiętności, które składają się właśnie na /nie waham się użyć tego słowa/ mistycyzm cyrku. /Jeśli ktoś mi zarzuci, że tworzę fetysz, niech sam spróbuje się temu oprzeć/. Nie będzie łatwo.

źródło: HBO

     To wszystko odnajduję w serialu „Carnivale”** emitowanym w skłonnym do niesamowitych eksperymentów kanale HBO. To rzecz o cyrku lat trzydziestych, cyrku pełnego wszystkiego, o czym pisałem w stopniu niezwykle „gwałtownym”. Cyrku będącego areną walki Dobra ze Złem w atmosferze, przy której „Twin Peaks” to kaszka z mlekiem. Świat ludzki pokazany niezwykle realnie /można powiedzieć wręcz „dosadnie”/, miesza się w bardzo naturalny sposób z warstwą nadprzyrodzoną, walką Sił Dobra i Sił Zła pełną wszelkich niesamowitości. Miłośnicy kina i książki odnajdą tu coś z Kinga, Gaimana, Lyncha i Cronenberga razem wziętych, a pewnie i jeszcze więcej. Postacie zaiste przedziwne jak dziewczyna-kabalistka w toksycznym związku z katatoniczną, acz obdarzoną darem telepatii i telekinezy matką, charyzmatyczny prorok Brat Justin jako Istota Mroku / ktoś kto pamięta jak wygląda grający go  Clancy Brown to zrozumie, o co chodzi/, wreszcie tajemniczy Ben Hawkings jako Istota Światła /Nick Stahl, ten od Terminatora III/ wkręcony w przeznaczenie i walkę sił nadprzyrodzonych barwniej, niż matriksowy Neo, i wielu innych niezwykle charakterystycznych i charyzmatycznych bohaterów. Serial opiera się na rozplataniu coraz większej ilości fabularnych nitek wokół konfrontacji sił Światłości reprezentowanych przez młodego chłopaka – Bena Hawkinsa, Istotę Światła, obdarzonego mocą uzdrawiania i wędrującego z cyrkiem,  i sił Mroku których narzędziem jest Nemesis Bena, kaznodzieja Brat Justin – Istota Mroku. Przy czym ogromną zaletą serialu jest to, że niewiele jest tu czerni i bieli, obie główne postacie /zwłaszcza Brat Justin fenomenalnie grany przez Clancyego Browna/są naprawdę skomplikowane i /przynajmniej na początku odkrywania tajemnic „Carnivale”/ niejednoznaczne.

     Siła tego obrazu i fabularnej kreacji twórcy serialu Daniela Knaufa jest ogromna.  Knauf tworzy własny mistyczny świat, łącząc ze sobą różne teologie w żyjącą własnym życiem mitologię. Czyni to w sposób dla wielu obrazoburczy, ale nieodmiennie fascynujący. Trudno jest ten serial zrecenzować, bo nagromadzenie wątków fabularnych jest tak intensywne, a zwroty akcji tak niespodziewane, że naprawdę okrutnym byłoby odbierać czytelnikowi możliwość samodzielnego ich odkrywania. Nie jest to jednak film dla każdego, to dzieło dla widza z dużą wyobraźnią, umiejącego choćby na chwilę oderwać się od ziemi.  Można za to opisać wrażenia, które z grubsza ująłem w pierwszej cześci tekstu. Świat „Carnivale” to własnie świat magii dziwactw, hermetycznego cyrkowego świata, w serialu znajdującego transcendentalne uzasadnienia i odniesienia.

źródło: HBO

     Jesli ktoś chciałby jednak odkryć więcej z fabuły, polecam odnośniki w wikipedii i liczne strony fanowskie. Najlepszym jednk sposobem będzie sięgnięcie od razu po dvd z serialem.

     A gdy magia serialu nieco opadnie można posnuć refleksje na temat ponadczasowości i alegoryczności cyrku. Prześledzić dehumanizowanie się współczesnej, telewizyjnej zwłaszcza, „gawiedzi”. Powróżyć z ramówki tv na przyszłość. Pewnie okazałoby się, że alegoria cyrku byłaby tu niezwykle pojemna, a kreujący się „cyrk” współczesny staje się przerażającą mieszanką, o której nawet cynicznemu Barnumowi się nie śniło. Czuję tu zapach krwi i wieszczę rychło domowe panoramiczne, a może i holograficzne lupanary, areny i colossea, pełne dobrze wytresowanych…ludzi.

Brat Justin ucieszyłby się zapewne widząc tylu grzeszników z pilotem w ręku.

Rojewski

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
* – willa inżyniera Zaremby patrz „Sprawa Gorgonowej”
** – Opisywany film to serial „Carnivalecreated by Daniel Knauf, USA 2003, niestety zakończony po dwóch sezonach mimo rzeszy oddanych fanów. W Polsce dostępny na płytach dvd.

Tags:

1 Komentarz

Zostaw odpowiedź