Rojewski: Nadchodzi Elektrybałt!

9 stycznia 2011 18:537 komentarzy

     Różne niespodzianki przynosi nam życie. Autor niniejszej publikacji na przykład nie spodziewał się, że zbliżając się powoli do kryzysu wieku średniego, zostanie entuzjastą inicjatyw krakowskiego „ha!artu”, a słowo „hipertekstualność” wypowie bez normalnej w jego przypadku rezerwy. Nie wiedział również, że chętnie uda się w te rejony sztuki, których, chroniąc się za okładką starej, poczciwej, „tradycyjnej” książki, starał się usilnie  nie dostrzegać  

     Gdzieś z tyłu głowy autora rodzi się jednocześnie niepokój, że może obudziło się właśnie COŚ co dojrzewa, co na razie czeka zbierając siły i rośnie, szykując się do ostatecznej rozprawy. COŚ co chociaż od dawna wieszczone i przewidywane /nierzadko z entuzjazmem/, osacza nas powoli, usypia naszą czujność, a kiedyś przyniesie Człowiekowi zagładę w tym co w nim najbardziej udane. Co może jest jedynym cokolwiek w tym człowieczeństwie wartym.

  Świat wokół zdaje się szeptać, że Nieuniknione nadchodzi. Ten szept będzie narastał do krzyku, a może w końcu i skowytu, ale coś mówi mi, że coraz słabiej będziemy go słyszeć. Czy Czas Próby nadejdzie ostatecznie za lat 50 czy 100 nie wiemy. Podobnie jak tylko możemy mieć nadzieję, że coś z nas po tym wszystkim zostanie.

      No tak, zapewne Czytelnik zastanawia się dlaczego autor raczy go taką dawką patetycznych dość przemyśleń i autoanaliz. Te wszystkie refleksje nasunęły się autorowi po sięgnięciu po książkę Raymonda Queneau „100 tysięcy miliardów wierszy” wydanej w serii „Liberatura” przez Korporację „ha!art”.

     Czym jest Liberatura? Tego możemy się dowiedzieć z liberackiego minikompendium opublikowanego na stronach Małopolskiego Instytutu Kultury,

LIBERATURA

… a ja na potrzeby tego tekstu przytoczę za Zenonem Fajferem /pisownia oryginalna/.

„Co to jest liberatura
Substancją literatury jest słowo.
Mówiąc słowo, ma się na myśli jego brzmienie i sens,
pisząc – (niekiedy) także wygląd.
O przestrzeni myśli się rzadko lub wcale.
Jednak słowo, by zaistnieć w czasie, potrzebuje przestrzeni.
Przynależy ona do słowa na równi z jego kształtem, dźwiękiem i znaczeniem.
Tak pojęte słowo jest substancją
LIBERATURY.
Liberatury czyli literatury totalnej, w której tekst i przestrzeń książki stanowią
nierozerwalną całość.
Fizyczny przedmiot przestaje być zwykłym nośnikiem tekstu,
książka nie zawiera już utworu literackiego, lecz sama nim jest.
Architektonika i strona wizualna dzieła są więc nie mniej istotne niż
fabuła czy styl.
I nie ma żadnego powodu, by ograniczać się tylko do tradycyjnej formy kodeksowej.
Dzieło może przybierać dowolną postać i być zbudowane z dowolnego materiału.”
Zenon Fajfer, liryka, epika, dramat, literatura

     Trudno znaleźć dla Liberatury bardziej wdzięczny i obrazowy przykład niż omawiane dzieło Queneau. I nie ma co strzępić sobie języka słynnym „szkoda, że Państwo tego nie widzą” używanym złośliwie  przez  sprawozdawców radiowych. Kierując się duchem literatury totalnej i wolnej od ograniczeń  Państwo sobie zobaczą.

\”Sto tysięcy miliardów wierszy\” – Raymond Queneau

          Genialne, nieprawdaż? 10 sonetów, każdy poświęcony jednemu tematowi /1-Ameryka Południowa, 2-starożytna Grecja, 3-morze, 4-Indie, 5-Włochy, 6-Paryż, 7-„bliźniactwo”, 8-poezja, 9-jedzenie i picie, 10-śmierć/ pociachanych na wersy gotowe do ułożenia w 10 do potęgi czternastej kombinacji!!!  A wszystko to łączy żelazną dyscyplinę formalną z lekkością, dowcipem i humorem. Oto cudowna lektura i zabawa na dalsze… 200 000 000 lat. Tyle bowiem powinno zająć przeczytanie wszystkich powstałych przy pomocy dzieła Queneau utworów.

     Oto „tajne werbonumeryczne kadzie i retorty” /jak nazywa owo literackie instrumentarium Zenon Fajfer w jednym z komentarzy posłowia książki/ Warsztatu Literatury Potencjalnej „OuLiPo” dały nam czytelniczy nektar o wybornym smaku. Oto słowo wyrywa się z ograniczeń wynalazku genialnego /choć jakże mało przewidującego, chciałoby się powiedzieć/ Guttenberga i zamiast jednego dzieła daje nam ich miliardy, w nieogarnionej liczbie kombinacji. Jedna niezbyt gruba książka zawiera literacki ładunek wszystkich bibliotek świata, a odkrycie jej zawartości choćby w dużej części, wymaga czasu dłuższego niż historia naszego gatunku.

     Wolność tworzenia chciałoby się rzec nieograniczona bo nieogarniona! Umysł twórcy wolny od ograniczeń i jednocześnie skoncentrowany na twórczym zarzewiu, później wyręczany genialnym algorytmem.

     Skąd więc złowieszczy ton  na początku niniejszego tekstu? Ano stąd, że nektar ten pachnie trucizną, czy może raczej serum prawdy, otwierającym oczy na na naszą własną bezradność /a może i bezwolność/ i skrajny determinizm ludzkiej egzystencji. Brrrr. COŚ się właśnie ocknęło i poruszyło w swym leżu nasłuchując.

     W swojej recenzji książeczki Queneau Piotr Kofta, jak najbardziej słusznie, przywołuje  z kart prześwietnej „Cyberiady”  Stanisława Lema przykład Elektrybałta. Oto zrealizowany pospołu przez  Lema i Trurla pomysł pokrewny idei Queneau, wsadzony w trzewia maszyny program rozprawiający się z ludzką konkurencją w nieokiełznanym i nieograniczonym niczym poetyckim potencjale. Przetwarzający język jak pliki wsadowe, generując /odwołanie do Chomskiego nasuwa się samo/ wiersze już niezależnie od swoich ludzkich twórców, którzy nieopatrznie kiedyś wcisnęli „enter” czy co tam Elektrybałt posiadał.

     Oto tworzy Trurl  dzieło stanowiące nieskończona ilość dzieł dalszych, przykład kreacji tak totalnej i formalnie nieograniczonej /przypomnijmy sobie wiersze Elektrybałta/, że aż stającej się samoistnym bytem i to niekontrolowanym już przez stwórcę. Liberaci zapewne byliby Elektrybałtem zachwyceni. Dzisiaj, rzec by można, wynalazek Trurla zaczyna powoli stawać się  rzeczywistością. Technika daje nam instrumenty wobec których Elektrybałt przestaje wydawać się fantazją. Coraz większe moce obliczeniowe dają się kierować sprawną ręką programistów uzbrojoną w coraz bardziej efektywne algorytmy. A gdy jeszcze wyobrazimy sobie wyrwanie literatury z okowów fizycznego nośnika? Otrzymamy byt ultraelastyczny i dynamiczny: e-liberaturę

E-LIBERATURA

     Czy jednak nasz sen o potędze śniony z coraz większym zadufaniem może być naprawdę tak spokojny?  A jeśli role się odwrócą i ktoś zacznie programować nas!? Nie bez kozery cytuje samego Queneau Jacek Olczyk pisząc /również w posłowiu do „100 tysięcy miliardów wierszy”/ , że podkreślał on, iż OuLiPo tworzy pomysły „nowe struktury, które mogłyby być użyte przez pisarzy w dowolny sposób”.

     „Dowolny” mówi Pan Panie Raymondzie? Ale mówi Pan również /znowu podaję za komentarzem Jacka Olczyka/, że pisarze to „szczury, które konstruują labirynt, aby następnie znaleźć z niego wyjście”. A jeśli ktoś już ten labirynt konstruuje za nas? A może od zarania już się po nim błąkamy? Czy chce Pan nam coś powiedzieć Panie Queneau?

     Kolejna notka na stronach Małopolskiego Instytutu Kultury otuchy nie dodaje: „Francuski nowator literacki Raymond Queneau, melancholii, z którą się zmagał, nadał miano „ontalgii” – zgryzoty spowodowanej faktem, że świat jest taki, jaki jest. Stawiał jej czoło dzięki ekscentrycznemu poczuciu humoru, wymierzonemu między innymi w istotę literatury, w język, w samo myślenie. Stąd może jego eksperymenty prawie zawsze są niezawodne. I nie wiadomo do końca, czy to „żartyzm” podsuwał mu nowe sposoby postępowania z tekstem, czy też niepoważne procedury twórcze odkrywały żart jako osnowę realności.”

Czy dobrze widzę? „Żart jako osnowa realności”? Żart z kogo?

     Czas nieco odkryć karty i nieco tandetny dramatyzm z początku tego tekstu wyjaśnić. Oto zwykły, szary zjadacz literatury jakim jest autor niniejszego artykułu dostaje w swe ręce książkę Queneau i pragnie podzielić się wrażeniami z jak najszerszą liczbą bliźnich. Dzisiaj może to zrobić kilkoma kliknięciami. Dotrzeć do sporej całkiem rzeszy internetowych czytelników. Odbiorców recenzji, członków społecznościowych portali, użytkowników literackich forów. Aby swe wrażenia zwerbalizować i obudować nikłą choćby znajomością tematu musi jednak skądś otrzymać minimalny zasób informacji.  Co więcej autor musi się spieszyć, bo na ten sam pomysł wpaść mogło w tym samym czasie mnóstwo osób i to znacznie bardziej biegłych pisarsko i merytorycznie niż on. A cenny czas goni, a cenny czas jest dzisiaj towarem deficytowym. Dodajmy do tego, że  autor ma do powiedzenia właściwie niewiele. Nie bardzo też ma możliwość miarodajnego dowiedzenia się.  Do biblioteki autor ma daleko, książek w niej za dużo nie ma, a tekst ten jest pisany o świcie, kilka godzin przed pójściem do zupełnie innej roboty. Na szczęście ma magiczną maszynę i za kilkoma kliknięciami przed autorem otwiera się cyfrowy świat Queneau rodem z Wikipedii i gąszczu innych linków. Jedynie co autorowi zostaje to skompilować wyszukane dane, a główną wartością czytanego przez Ciebie czytelniku tekstu staje się nie tyle treść, co oryginalność kompilacji. Można powiedzieć, że autor programuje się za pomocą sieci danymi, które nie są jego i które coraz trudniej mu zweryfikować w czasie jaki może na pisanie artykułu poświęcić.

     To już nie są czasy świetności Lema czy Queneau, którzy wyprzedzając technikę antycypowali pewne procesy potęgą własnego umysłu, będąc znacznie bardziej panami swoich myśli i poglądów niż my dzisiaj. Było im o tyle łatwiej, że w tym czasie ENIAC wychodził dopiero z wieku młodzieńczego, a ludzie w znacznie większym zakresie programowali komputery niż odwrotnie. Dzisiaj bowiem trudno już powiedzieć czy człowiek tkwiąc w sieci nie jest przypadkiem bardziej programowany niż twórczy /na szczęście jeszcze przy współudziale innych, ludzkich, użytkowników sieci/, i czy nie zbliża się czas gdy „samodoskonalenie” zasobów sieciowych zmniejszy pole manewru  człowieka /nomen omen/ w sieci tak bardzo, że pozostanie on tylko „szczurem w labiryncie” dostępnych mu baz  danych.

Przesada?  Czy aby na pewno…

     Załóżmy hipotetycznie, że autor w gruncie rzeczy nie znosi nowinek. Jest, można rzec, „ogólnie strukturalistyczny”. Lubi niepozostawiające wątpliwości semantyczne struktury i w ogóle porządku świata upatruje w jak najszerzej rozumianej logice. Tymczasem trzyma w łapie książkę Queneau i nie bardzo wie cóż mógłby dodać więcej, ponad to co co najmniej kilkunastu już opublikowanych w sieci autorów napisało . Bardzo by chciał napisać profesjonalną recenzję-esej poprzedzoną własną empirią, solidną kwerendą, uporządkowaną jak pod sznurek i… zapewne tak śmiertelnie nudną, że niepublikowalną. A na pewno nieczytaną. A jeśli już czytaną to w zakresie znacznie mniejszym niż ewentualny trud tak solidnego wykonania.

     Jeśli więc autor chce dotrzeć z takim tekstem poza naukowy literaturoznawczy almanach /do którego zresztą nie trafi z powodu zbyt małych kompetencji/ musi być szybki i posługiwać się językiem, i metodologią uniwersalną dla odbiorców sieciowych. To oni bowiem będą głównym /i raczej jedynym/ targetem autora równie jak oni wsiąkniętego w sieć /autor sam jest już prawie wyłącznie sieciowym odbiorcą nie nadawcą/.

     I nagle autor, zaprzysiężony przeciwnik hipertekstu i hipertekstualności w literaturze, „Blok” Shutego np. mający za nic, tworzy utwór do kości hipertekstualny. Zamiast zagłębiać się w cytaty, przypisy, budować bibliografie, kwerendy, żmudnie weryfikować źródła, autor pragmatycznie wkleja odnośniki. Na nic bowiem zdałby się jego wysiłek w żmudnym opisywaniu wyglądu książki wobec filmiku Pana Zaleskiego. Na nic pieczołowite relacjonowanie czy przykłady queneau-owskich kombinacji własnej produkcji, kiedy w sieci funkcjonują już skrypty generujące opisywane sonety.

     Chcąc nie chcąc musi więc autor z „dobrodziejstw” internetu skorzystać. Efektem jest, twórcza co prawda, ale tylko kompilacja o cechach hipertekstu, która w dodatku może być czytana od końca, początku, środka czy jednej trzeciej. I wcale nie wiadomo czy udział autora w tym wszystkim jest szczególnie istotny, zwłaszcza, że aktualność i kompletność tekstu zależy również od tego czy ktoś zawartości któregoś z odnośników nie usunie.

     Jednocześnie, przyznaj Drogi Czytelniku, czy zasypany przeze mnie linkami i mieszczącym się w nich sporym zasobem informacji, jesteś w stanie, a może czy chce Ci się jeszcze, zweryfikowac podetknięte pod oczy dane? Czy wierzysz mi na tyle by mieć pewność, że nie jesteś manipulowany, a wiadomości na których oparłem ten tekst są kompletne? Czy wreszcie masz czas na to by szereg wątków zaprzegnąć w głębszy proces poznawczy, czy też może wnikasz w problematykę tego tekstu powierzchownie, unikając chaosu w głowie?  Czy wreszcie ja mogę się nazwać kreatorem, czy też jedynie kompilatorem cudzych mysli i idei /serdeczne pozdrowienia dla ha!artu :)/.

     To wszystko prowadzi nas do melodramatycznego COŚ-a z początku tekstu. Powstaje pytanie na ile w realiach dzisiejszej szeroko pojętej kultury jesteśmy i możemy być twórczy. Na ile jesteśmy uwarunkowani poprzez narzędzia którymi się posługujemy. Czy one jeszcze ułatwiają nam kreatywność czy już ją zabijają. Czy wreszcie, według nieubłaganych reguł matematycznych, tak świetnie wykorzystywanych przez Quenneau, one nas po prostu  nie zastąpią, oczywiście  po przekroczeniu jakiejś masy krytycznej mocy obliczeniowej komputerów i objętości baz danych.

     COŚ się chyba naprawdę budzi. I nie chodzi mi bynajmniej o apokaliptyczne wizje rodem z „Terminatora”, a o skrzeczącą coraz mocniej rzeczywistość. Proszę choćby spojrzeć na artykuł i dyskusję ze znakomitego serwisu prawniczego / serwis dotyczący własności intelektualnej nie tylko dla prawników/  Vagla.pl, gdzie powstaje problem oryginalności utworu plastycznego w warunkach gdy możliwości techniczne dają praktycznie każdemu narzędzie łatwej, dowolnej i automatycznej /!/ modyfikacji dowolnego obrazu jednym kliknięciem.

Vagla.pl

     A co z  prymitywnymi tylko na razie generatorami wierszy? Są coraz lepsze. Proszę Państwa Elektrybałt się zbliża.

     A może to wszystko bzdury? Wspomniane  dziesięć do potęgi czternastej to w końcu wciąż obszar zapewniający nam wszystkim swobodę kreacji bez większego ryzyka wpadania na siebie z pomysłami, a przecież rzecz dotyczy zaledwie dziesięciu niezbyt długich sonetów. Ale czy jest to równie wielka liczba dla współczesnego komputera? A jednocześnie czy my obudowani /uwięzieni?/ i wyręczani przez komputery, internet, media /coraz bardziej autoteliczne/, tracąc jednocześnie kontakt z drugim człowiekiem i jego pogłębioną refleksją, nie degradujemy wciąż i wciąż swojego własnego ludzkiego algorytmu? Karmimy paszcze baz danych sobą, tracąc jednocześnie umiejętność wartościowego korzystania z nich.

COŚ rośnie.

     Oczywiście to wszystko to trochę  żart i przerysowanie. Wciąż wygrywa i będzie wygrywać ludzka kreatywność, chociaż Kasparov już nie wygra z komputerem w szachy, a inny komputer odkrył już wszystkie możliwe kombinacje ruchu w warcabach. Wciąż będą realizować się w literaturze tak wspaniałe umysły jak Queneau czy Lem. Będą i inni literaci, którym Elektrybałt nie zagrozi. Wciąż trzeba, nie waham się powiedzieć, geniuszu translatorskiego Pana Gondowicza, żeby nam „Tysiąc Miliardów Wierszy” przełożyć.

Dlatego też trzymając w ręku tę książeczkę bawię się doskonale i serdecznie ją Państwu polecam.

     A cała reszta moich marnego sortu katastroficznych wizji niech tylko próbuje podkreślić wielkość tej niewielkiej-wielkiej książeczki. Książki, która każe sobie stawiać pytania godne skali umysłu i błyskotliwości jej twórcy, lecz przede wszystkim bawi niekoniecznie wymagając od nas, maluczkich, odpowiedzi.

Tytułem suplementu

     Kiedy pisałem pierwszą wersję niniejszego tekstu na portal Fabrica Librorum, pisałem ją z radością, ujęty wdziękiem recenzowanej książki, zbudowany haartowską energią krzewienia liberatury. Niestety po tym fakcie nastąpiły kolejne miesiące, w których amatorska literatura internetowa degradowała się jeszcze bardziej niż kiedyś. Czas w którym po włączeniu telewizora z ust dziennikarzy słyszałem coraz gorszą polszczyznę, czas w którym wyniki badań wskazały na zanik zdolności rozumienia dłuższych tekstów u sporego procenta nastolatków korzystających prawie wyłącznie z baz danych ze ściągami i streszczeniami. Przez to moją fascynację nowymi technologiami w służbie kultury zastępuje powoli smutek z coraz większej degrengolady konsumentów multimediów i wirtualiów.

     Liberatura na tym tle dzisiaj  cieszy mnie i smuci zarazem. Zadaję sobie pytanie czy pozbawiona ograniczeń formalnych, jakie posiada stara poczciwa książka, liberatura faktycznie może być uznana za  triumf sztuki pozbawionej okowów? Czy niesie ona ze sobą  wartościową dla nas „istotność”?

     W świecie rzeczywistym niecyfrowym /świat cyfrowy to chyba już od dawna również „rzeczywistość”/ liberatura pozwala na fascynującą mieszankę formy z treścią, pozwalając na obcowanie ze słowem daleko większą ilością zmysłów niż zwykle. Pozwala na zabawę skojarzeniami, budowanie zaskakujących metafor, mieszanie ze sobą różnych obszarów postrzegania i znaczeń. Tyle, że to zabawa jedynie i to zabawa niszowa. Pracochłonność kreowania nośnika dzieła totalnego jest zapewne nieefektywna w stosunku do zainteresowania odbiorców. Jednocześnie wydaje mi się, że tak naprawdę nieodparty wdzięk i oryginalność daje liberackim utworom właśnie dzieło-flaszka liberatka, czy możliwość wzięcia w ramiona książki-żony porzuconej.

link       link2

Bez tego materialnego ucieleśnienia  mamy może i perełkę w postaci E-liberatury, ale wrzuconą do wirtualnego śmietnika.

     W tym śmietniku E-liberatura zginie, a pewnie już zginęła w tandecie wirtualnego świata, pozbawiona indywidualnego rysu ludzkiego rzemiosła wypartego przez klikanie myszą. E-liberatura utonie /utonęła?/ w zalewie innych multimediów, które nie będą wymagały intelektualnego wysiłku, wyobraźni i abstrakcyjnego myślenia koniecznych do obcowania z liberaturą.

     Jednocześnie z ekranów komputerów złowieszczo wyziera NETURA. Netura lura, popłuczyna. Coraz bardziej niechlujna i grafomańska imitacja literatury przez duże L. Autoteliczna, praktycznie samowystarczalna w zamkniętym świecie masowego pisania i czytania w internecie. Coraz bardziej samozwańcza, niezależna od estetycznego kanonu i reguł języka. Produkt niebezpieczny bo już nie do zatrzymania –  samopotwierdzający się i samowartościujący.

Ale o tym w następnym odcinku.

 

Rojewski

 

Tags:

7 komentarzy

  • Panie Rojewski!

    Bardzo się cieszę, że dzięki uprzejmości Pana Yarre zastałem Pana w zdrowiu literackim. Mam nadzieję, że nie tylko.
    Pana recenzja miotała mną niczym ….. .

    Rozpacz – gorączkowa próba przypomnienia sobie statystycznych metod, rozbrajania Bomb – I. Czy intuicja jest narzędziem wystarczającym? My jako niewolnicy maszyn?

    Dawno temu, hitem Społeczeństwa Rozwiniętego Socjalizmu był kalkulator o swojskim, choć złowieszczo brzmiącym imieniu „Bolek”.

    Przyszli inżynierowie, toczący zaciekłe boje manewrowe z suwakami logarytmicznymi, spoglądali z zawiścią na posiadacza w/w wymienionego. Posiadacz pieścił klawisze …niczem Chopin grający Mazurka nr 3 As-dur op.41. Wynik? – „Bolek” przegrał 0:n! Dlaczego? Podał wynik, który zawierał wszystkie liczby po przecinku, jakie mu się wyświetliły. Dlaczego, przegrał? Jaka jest masa mostu Grunwaldzkiego? Chyba Y ton, X kg i 34 gramy.

    Łoskot tsunami. Elektrybałt! Jeśli mnie pamięć nie myli, to nie skończył najlepiej. Dzisiejsze strony, webliterackie i nie tylko, są właśnie takimi Elekrobałtami, zbudowanymi z setek, tysięcy, bilionów immanentnych sonetyczno-lirycznych-epicko-jakiśtam plujek. Wypluwających, wypluwających, wypluwających ….. różne stfory.

    Język Ojczysty? Tak, jest zdewastowany przez ……. . Wygrana bitwa między heblem a strugiem staje się tylko nic nieznaczącą potyczką zagończyków. Sam niestety jestem ofiarą Lorda Billworda i anglojęzycznej informacji. Ale …. Furda! Dzisiaj moja przypadłość to tylko jednostka chorobowa.

    Chyba jednak pozostanę optymistą? Tak jak Suwak wygrał z Bolkiem tak Kompjuter przegra z PAMIĘTNIKIEM PISZĄCEJ NASTOLATKI.

    Dlaczego? Bo można; Pamiętnikiem, Bolkiem, Suwakiem, Kompjuterem, Łomem albo Abakusem.

    Pozdrawiam
    Janos

  • Dziękuję, również życzę zdrowia wszelakiego, dziękuję również za miłe słowa nie tylko w tym miejscu. Co do Elektrybałtów-websajtów to problem zaczyna polegac na tym, że one coraz bardziej wsobne, zapętlone, a na reset CMOS-u liczyć co nie ma. Wypluwanie kiedys było koszmarem,że szybko, że za dużo, że za tanio, dzisiaj koszmar się podwoił net się karmi tym co wypluwa i coraz mniej w nim świeżej strawy. Jak się zakłada stronę literacką to takie stwierdzenia zakrawają na niezłą hipokryzję ;), ale to po prostu nadzieja,że może nie będzie tak źle.

    • Masz rację „wsobność” internetu i „autorów” jest dużym, jeżeli nie największym problemem.

      Dzięki za stronę. Dzięki niej kupiłem wczoraj „Miasto Ryb”

      Pozdrawiam

  • Już nieboszczyk Miłosz przewidywał,że to, co po nim zostanie będzie się mieściło w ogromnej encyklopedii między którymś z Millerów, a myszką Miki. To są koszta za powszechne oświecenie i dostępność, to jest egalitaryzm i każdy może wszystko pisać, nawet maszyna, bo ona przedłuzeniem naszych mózgów. Co to będzie? Coś będzie. Może stare elitarne poetyki pójdą do archiwum, a powstaną nowe, przystosowane do nowych czasów. Ludzie lubią byc twórczy, elitarni, to tak szybko nie znikną i elity pisarskie, tylko się przystosują do poetyk i zwyczajów liberackich, juz to robią. Będzie dobrze. A przynajmniej nie gorzej niż dotąd.

    • Mam nadzieję, choć optymistą delikatnie mówiąc nie jestem. Słuchałem wczoraj audycji w tokfm m.in. o tym jak nowe technologie kształtują nie tylko kulturę, ale ład społeczny nawet. Pojawiły sie pojęcia elity kognitywnej i elity kreatywnej.Niestety nie śledziłem dokładnie audycji by wiedzieć czy było to bezpośrednie nawiązanie do Herrnsteina i Murraya, i skąd wzięło sie rozróżnienie tej i tej elity. Wydaje mi się jednak, że podział jest trafny, oprócz kreatorów np. programistów, wytwarza się elita konsumentów, sami nie tworzą, ale jak mówi młodzież „wiedzą o co kaman”, a odbiorca masowy zajmie ostatecznie miejsce na dole hierarchii. Bardzo się obawiam o proporcje takiego podziału jeśli chodzi o literaturę. Autorzy i krytycy stworzą środowisko ksobne i wsobne, a czytelnik masowy i tak będzie wolał komiksy. Co do poetyk różnych, to chyba ma Pani tak jako i ja doświadczenia z innych zakątków sieci, że poetyka nie ewoluuje, ona się tragicznie spłaszcza. Ja widzę czarno, choć trochę mnie Pani pocieszyła.

      PS Witamy serdecznie w netkulturze 🙂

      • Nie będzie tak źle. Juz teraz w internecie coś dłuższego niż 3 linijki czytają tylko ci co sami podobne produkują, a czytają głównie swoje produkcje, ewentualnie tych, którym sie ich własne podobają. Ciekawe, że gatunek czytelnika który twierdzi, że „czytać trzeba umić” i czyta cudze mimo iż swoich nie pisze -ten gatunek idzie w ślady dinozaurów.

  • Pod koniec stycznia ha! art zorganizował dwa spotkania z liberaturą. W Bydgoszczy i w Tychach. Paweł Dunajko i jego liberatura byli bohaterami jednego z tych wydarzeń. Niestety nie byłam ani tu, ani tu, ale pomysł na taką formę komunikacji, interdyscyplinarną i niezwykle poetycką,przyjmuję z entuzjazmem. Niezwykle poetycka ta forma bo prócz przekazu słownego(ducha), jest i litera (materia), równie ważna jak owo słowo. Mozna powiedzieć „ciało” książki. A to ciało potraktowane z całą czułością, na jaką stać artystę, bo i rodzaj papieru się liczy i warstwa ikoniczna, i czcionka, i liczba stron, i co kto chce i dostrzeże. W naszych pornograficznych czasach taka zmysłowa czułość się przyda, może rozwinie nieco naszą naturalną sensualność bo ja osobiscie mam już dość walenia mnie po głowie intelektualnym przekazem albo zniewalania obrazami seksu dla mamutów. A liberatura obiecuje nam wszelką delikatność i wszechstronność w obcowaniu ze sobą. Jak nie zrozumiem słowa, to sobie choć okładkę pogłaszczę 🙂

Zostaw odpowiedź