Jarosław Kolasiński: Srrru!

9 stycznia 2011 16:230 komentarzy

    W roku właśnie minionym zwierzęta nie miały u nas dobrej prasy, co dziwić nie może, jako że, z uporem godnym lepszej sprawy, szkodzą. Szkodzą Polsce! Niecny ten proceder uprawiają od wielu lat: nie wiedzieć komu i po co chronione chrząszcze, brzmiąc na podmiejskich łąkach, blokują budowę obwodnic a ptaki wespół UE oraz płazami, gadami etc. zdołały zniweczyć plany inkrustowania Doliny Rospudy romantyczną wstęgą asfaltu. Bobry zaś przeszły same siebie, zatapiając ubiegłego lata pół Polski, bezczelnie potem udając niewiniątka. Polacy są dziś przez faunę prześladowani o czym polskojęzyczne media, choć rzadko, ale jednak donoszą: w pewnej miejscowości przeciętej drogą szybkiego ruchu postawiono wprawdzie stosowne osłony, ale – kierując się egoistycznym interesem ptaków – za państwowe pieniądze ekoterroryści nakleili na ekranach sylwetki skrzydlatych drapieżników. W efekcie tego pewna pani co ranka budzi się ze strachem, bo kiedy tylko zerknie przez okno, czuje się jak u Hitchcocka. To jeszcze nic – praktycznie w każdej polskiej piwnicy buszują koty do spółki ze szczurami, gołębie brudzą parapety, muchy zaś żarówki. O niepoliczalnych (niczym niesprowokowanych) napaściach komarzych samic na ludzi, szkoda nawet wspominać. Co za szczęście, że ryby są nieme i nie trzeba wdawać się w pyskówki z karpiami, kiedy im się ubzdura, że nie chcą być zjadane w Wigilię. Z psami, których kohorty ustawicznie rżną nam na trawniki, już tak prosto nie jest – właśnie zawiązały spisek przeciw narodowej tradycji. Sylwestrowej.

      Jako że ujadać zza płotu czy z balkonu każdy głupi potrafi, jawnie zaś wystąpić o wiele jest trudniej – psy najęły sługusów do walki z sylwestrowymi fajerwerkami: na Facebooku rozpętano antypolską nagonkę „Nie strzelam na sylwestra” autorstwa pozostającego na psim żołdzie stowarzyszenia „Empatia”. Na szczęście znaleźli się ludzie trzeźwi, rozsądni i odporni na tę poprawnościową hucpę. Sterowanej przez psy agresji odważyli się przeciwstawić profajerwerkowi obrońcy chińskiego przemysłu – bywa, że dosłownie – rozrywkowego (zwani dalej OChPR). Ich brawurowa kontrofensywa skrzyła się różnorodnością argumentów, finezją polemik oraz wysokim merytorycznym poziomem wniosków. Bez pardonu zawetowano poronioną ideę niestrzelania z troski o pchlarzy, ponieważ „Nie ma Świąt bez karpia, nie ma Sylwestra bez fajerwerków!” – jak bez ogródek skonstatowano, słusznie zrównując niezwykle dla postronnych uciążliwe świąteczne konsumowanie rybki z par excellence neutralnymi w stosunku do otoczenia eksplozjami. OChPR słusznie też zauważyli, że więcej (niż z powodu fajerwerków) zwierząt pada trupem pod kołami samochodów i pociągów, a nikomu przecież do głowy nie przyjdzie wzywać do poruszania się tylko per pedes. Z morderczą logiką tej argumentacji nie dało się dyskutować, gdyż gołym okiem widać, iż odpalanie petard jest człowiekowi równie niezbędne do życia jak woda, tlen czy właśnie podróżowanie.

      Nieobiektywni poplecznicy psów usiłowali  kontratakować, bredząc o zwierzęcych fajerwerkowych cierpieniach, o nerwowych dygotach, skomleniach, wyciach, o sikaniu na dywany, o zawałach… OChPR asertywnie na to odparli, że najbardziej w całej aferze winni są sami właściciele psów, a ich troska o zwierzęcych członków rodzin fałszem trąci na kilometr. – Kochacie pieski? To zamiast żądać przerwania ognia wywieźcie je za miasto, „skorzystajcie z jakiejś agroturystyki”. Padła tym samym konkretna, słuszna, cenna i nie do odrzucenia propozycja. Jak wiadomo wszystkie agroturystyki w sylwestra tylko czekają na psy z otwartymi ramionami. Jest też oczywistą oczywistością, że jeśli nawet nie zlokalizowano ich w puszczańskich ostępach, ale wyjątkowo na wsi (gdzie o żadnych petardach nikt przecież nigdy nie słyszał), to płoty mają z ekranów dźwiękoszczelnych. Populistyczny zaś zarzut o kosztowności ucieczki przed sylwestrową radością empatycznych rodaków, to tania demagogia – skoro kogoś nie stać na agroturystykę, to nie powinno go być stać na psa. Zresztą – jak wcale nie zmieniając tematu zauważyli OChPR – bardziej od fajerwerkmistrzów to psiarze dręczą swych „ulubieńców”, sadzając ich na kanapach, karmiąc łyżeczką i co szczególnie odrażające… czesząc.

     Psom oberwało się również i za to, że – cytuję – srają na ulicach i na trawnikach […] potrafią zaatakować dzieci bawiące sie, a nawet zagryźć.” Już choćby z tych powodów – jak logicznie wykazano – potwory te nie zasługują na oszczędzenie im paru godzin panicznego lęku. I tędy droga! Trawestując klasyka – pies dostatecznie 31 grudnia ze strachu sfajdany, jest przez resztę roku mniej awanturujący się. Mniej po trawnikach defekujący, rzadziej też zagryzający dzieci oraz listonoszy. Swoją drogą: wiele budżet RP mógłby zaoszczędzić, rezygnując z marnotrawienia środków na retencję i konserwację wałów, odpalając w zamian na szczególnie zagrożonych obszarach prewencyjne salwy fajerwerków wybijające bobrom z łbów bezkarne podtapianie kraju.

     OChPR zgadzając się na antyfajerwerkową edukację społeczeństwa, stanowczo i pryncypialnie zaprotestowali przeciw wszelkim w tej kwestii zakazom. Po pierwsze z uwagi na to, że „nie da się tego wyegzekwować”, po drugie – tu padł wielce wymowny przykład – przecież nie można np. walczyć z pijanymi kierowcami zakazując używania aut. Warto, by wszechobecne państwo wzięło sobie ten postulat do serca i przestało jeżdżących na bani (w końcu taka sama to narodowa tradycja jak karp na wigilię czy kutia, do diaska!) pozbawiać prawa prowadzenia pojazdów. Każdy przecież odpowiada za siebie, kąpiel, kąpielą, dziecka nie wylewać!

     W kwestii bzdurności zakazów z uwagi na niemożliwość ich wyegzekwowania OChPR mają oczywiście sto procent racji, twórczo kontynuując narodowe tradycje rodem jeszcze z czasów saskich. Kiedy bowiem obywatel bezkarnie łamie istniejące zakazy, świadczy to tylko i wyłącznie o tym, że są one bzdurą same w sobie. Tylko ktoś bardzo złej woli mógłby stwierdzić, że dlatego u nas każdy fajerwerkuje kiedy i jak tylko zechce, ponieważ spokój wszystkich pozostałych ma gdzieś, a ślamazarne państwo na to pozwala. Mówimy państwo, myślimy – władze i ich bardziej lub mniej zbrojne umundurowane ramiona: miejskie straże, policja.

     Na szczęście jesteśmy u siebie a nie w którymś z opresyjnych, autorytarnie rządzonych krajów jak np. Niemcy. Tam nie dość, że karze się fekaliczne zaniechania właścicieli psów, to jeszcze ściśle określa terminy dozwolonych kanonad a ich naruszenie bije po portfelach. Musi to na Rusi (i u Niemców). Polska to wolny kraj rządzony przez wolnych ludzi w garniturach a porządku u nas pilnują wolni ludzie w mundurach. Żaden z nich obcej sroce spod ogona nie wyleciał, nie przyleciał amerykańskim stonkowym balonem, żadnego z nich Niemcy nocą przez Odrę nie przerzucili, ani też Putin nie desantował na spadochronie. To nasi! Ułani, husarze, krew z krwi naszej, kość z kości. I oni by mieli prześladować „pirotechników” dających czadu w sylwestra (plus minus tydzień w obie strony)? Przecież sami, kiedy garnitury  (mundury) zdejmą… Srrru! Rąbią z tylu rur, ile im tylko uda się kupić. Srrru! Ku radości swych pociech – srrru! Ku chwale tradycji- srrru! A komu się to nie podoba, niech się po prostu przyzwyczai. Nie wywiezione na czas do agroturystyk zrzędliwe stare pryki też- srrru! A jeśli któryś (co się ponoć zdarza) odwali w sylwestra kitę na zawał, to tylko z korzyścią dla udręczonej ich emeryturami gospodarki, która bezboleśnie znosi wysyłanie strażaków do sylwestrowych pożarów i pogotowie do postrzelonych. A psy? A pies im mordy lizał. Nie będzie „Empatia” pluć nam w fajerwerkową twarz, ni sylwestra nam germanić. Srrru!

Jacek Karetowicz

*tekst opublikowany również w warszawskim „Notatniku Satyrycznym”

Tags:

Zostaw odpowiedź