Marian Wtorek: Wojna męska, żeńska, nigdy nie nijaka

16 października 2011 14:471 komentarz

     W felietonie poprzednim kwestionowałem sens wbijania kobiet w mundury w czasie pokoju, o kobiecej wojnie prawdziwej pisząc w trybie przypuszczającym. Teoretyzując. Skoro jednak, o czym niektóre i niektórzy zdają się zapominać, wojskowy mundur służy do tego, by mieć go na sobie w czas, gdy się zabija i jest zabijanym, a nie do łechtania ego podczas parad i defilad – porozmawiajmy o wojnie prawdziwej. Czuję się zobowiązany uprzedzić, iż w następnych akapitach łamię narzuconą mi przez redakcję konwencję i wypowiadam się całkowicie serio. Inaczej zresztą się nie da, skoro tematem rozważań jest tyleż znakomita, co przerażająca książka Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Nie inaczej, w przypadku „Przez wojenną zawieruchę” autorstwa Borisa Gorbaczewskiego.

     Swietłana Aleksijewicz za swój tom otrzymała nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jej książka stałą się u nas głośna, autorka wypowiadała się dla naszych mediów i przez to wszystko nagle się okazało, jak bardzo mało wiedzieliśmy o kobiecej wojnie, o wojennych kobietach.  Dzięki „Wojnie…” wiemy więcej i trzeba powiedzieć, nie jest to wiedza ugrzeczniona, czy powiewająca sztandarami. Aleksijewicz wysłuchała mnóstwa kobiet-żołnierek, z jeszcze większą liczbą  korespondowała i nadal utrzymuje kontakt. Dzięki jej znakomitej reporterskiej pracy poznać można tak wojenny, jak i powojenny los kobiet, radzieckich żołnierek. „Już” w 65 lat po zakończeniu wojny rozmówczynie znakomitej białoruskiej reporterki mogą przedstawić swój punkt widzenia. Kobiet, które na tyle się o II wojnę „otarły”, że jeszcze po ponad połowie wieku częstokroć miesiącami trzeba je było namawiać do wspomnień, a i to niejednokrotnie bez skutku. Pośród gradu polskich pochwał, jakim słusznie potraktowano Swietłanę Aleksijewicz, zabrakło mi jakoś żalu, że u nas nikt w jej ślady nie idzie. Walczące kobiety doby II wojny są, owszem, wspominane i po polsku, ale nie spotkałem (źle szukam?) się z przedstawieniem ICH wizji tych lat*. Trochę się na to zapowiadało, gdy Henryk Piecuch wydał książkę, której pointę dopisał sąd apelacyjny, ale generalnie na podobne tematy raczej się u nas nie pisze. Cicho jakoś. A może teraz? Problem w tym, że teraz będzie trudniej, jako że coraz mniej rozmówczyń, a także każda próba odbrązawiania naszej drugowojennej historii grozi łopoczącą husarskimi skrzydłami kontrą tych, co to ja zwykle wiedzą lepiej. Również w przypadku „wojny męskiej”.

     Traktująca o niej wspomnieniowa literatura tłumaczona z rosyjskiego półek już u nas nie zalega. Wraz z transformacją ustrojową wspomnienia sołdatów z czerwoną gwiazdą na hełmie przestały interesować polskiego czytelnika (o ile kiedykolwiek interesowały, tak prywatnie), nie mówiąc już o wydawcach. Skoro tak, szczególnie cenny, moim zdaniem, okazał się pomysł Rebisu, który wydał książkę Borisa Gorbaczewskiego, w Polsce niesłusznie słabo znaną i rzadko recenzowaną (a jeśli już, to zastanawiająco głupio –vide merlinowska recenzja „Trzymać się z daleka od tego gniota!” autor: „Graham”), w odróżnieniu od Zachodu, gdzie wzbudziła niejaką sensację. Sensacyjne okazało to, że właśnie Rosjanin (i nie emigrant) nazywanie rzeczy po imieniu, gdy pisze o codziennej praktyce w wykonywaniu rozkazie nr Stalina, o gwałtach w Prusach Wschodnich, o politrukach, o zaporowych oddziałach NKWD i… radzieckich żołnierkach. Oczywiście, o tym wszystkim niemało wiadomo było już wcześniej nawet na Zachodzie, ale tym razem opisał to Rosjanin, który na dodatek nie wyemigrował, tylko wciąż żyje u siebie.

     Lektura książek S. Aleksijewicz i B. Gorbaczewskiego daje szansę poznania tak żeńskiego,  jak i męskiego punktu widzenia II wojny (czy faktycznie tylko tej?) i to jeszcze z tej samej strony frontu – radzieckiej.

     Książkę Białorusinki zwykło się przedstawiać – „wojna oczami kobiet”. Rozumieć – wg recenzentów – należy zaś przez to, iż nie są w niej ukazane zmagania militarne, nie ma epickich opisów ofensyw, zaciętych obron. Nie jest to wojna sztabów, czołgów i samolotów, ale tragedia uczestniczących w niej kobiet. Ich męczarnie, brud, smród, wszy i brak podpasek, instytucja „frontowych żon”. O ile zgadzam się, iż faktycznie z czymś takim mamy do czynienia, to muszę dopowiedzieć, że wcale w „Wojnie…” nie brak opisów bohaterstwa (np. wspomnienia sanitariuszek wynoszących rannych spod ognia) oraz frontowych sukcesów (duma snajperki z tego, że jest lepsza od mężczyzn). Oczywiście – fakt, że atakuje się akurat pod Smoleńskiem, jest tu zaznaczany, ale leciutko, ołówkiem. Smoleńsk ów nie jest dla autorki ważny (i słusznie) – ją interesuje wojna widziana od dołu, wojna prywatna, osobista -wręcz intymna. Powstały obraz jest wstrząsający. Przytaczać konkretnych przykładów nie ma najmniejszego sensu, jako że w oderwaniu od siebie mogą jedynie zaciekawiać, ale nijak się to ma do uczuć targających czytelnikiem poznających wspominane przez żołnierki zdarzenia. Zdarzenia dobrane, zderzane ze sobą i przejmująco, aczkolwiek często brutalnie komentowane przez autorkę. Można – trzeba! – powiedzieć, że mowa tu o zupełnie innej wojnie, niż wielu z nas zna. O tej samej, a zupełnie innej.

     Jak się mają do tego Gorbaczewskiego wspomnienia o wojnie, którą już tyle razy oglądaliśmy na ekranach, o której czytaliśmy do znieczulonego kompletnie znudzenia? Otóż – mam tu na myśli obszerne fragmenty tej książki – męskie i kobiece spojrzenie na wojnę może być (nie musi) bardzo podobne. I jest takie, jeśli pisze się o niej tak jak Gorbaczewski. Jego wojna też cuchnie potem, brudzi krwią, roi się od wszy. Wprawdzie autor zwykle dokładnie informuje o jakich walkach pisze, jaki był ich wynik, to jednak nie przestawia klocków na sztabowej mapie, lecz cierpi wraz z tymi właśnie klockami. Gorbaczewski jest wprawdzie dumny z siebie i swoich walczących kolegów (oraz koleżanek – bo i o nich nie zapomniał, wzorem wielu innych autorów), ale lwia część jego wspomnień jest po prostu traumatyczna. Opisuje krwawe „rozpoznania walką”, rodem jakby z zupełnie innej epoki ataki „falami” oraz ekspresowe kursy wypuszczające oficerów jednorazowego użytku, takich młodziaków ginących już w pierwszym ataku, co to ich szkolić za bardzo nie trzeba, bo i tak zaraz padną. Gorbaczewskiemu nie tyle sztandar pułkowy łopocze nad głową, co latają stukasy, gryzą go wszy, bolą rany i świadomość, że byle dureń-karierowicz na jego trupie chce dochrapać się medali. Autor przeżył wojnę jako jedyny ze swojego kursu, co dla niego samego było niemałą niespodzianką, dożył końca wojny, dożył czasów, w których mógł jako weteran opowiadać o swoich przeżyciach. Wprawdzie, co podkreśla, jego prawda o wojnie była i jest inna, od oficjalnej (kiedyś i teraz również), to jednak nigdy nie musiał udawać, że na froncie nie był. I to właśnie go różni od znakomitej większości bohaterek książki Swietłany Aleksijewicz.

     Rozmówczynie autorki „Wojny…”, zanim do spotkania z reporterka dochodziło, w najlepszym wypadku dostawały od mężów instrukcje, jak rozmawiać, by było „oficjalnie”. Przed jedną z rozmów mąż eks-żołnierki zamienił się w korepetytora z historii wojny, w której jego żona przecież walczyła na froncie. Bywało i tak, że już sama chęć opowiedzenia przez żołnierkę swojej historii autorce „Wojny…” wywoływała wściekłość partnera. Skąd to wszystko? No cóż… Tu już winnych jest więcej.

     Najlepiej rzecz tłumaczą wspomnienia snajperki Kławdii S-wej, która nawet po półwieczu nadal nie potrafi zrozumieć, dlaczego ją, kobietę przelewającą za ojczyznę krew, tuż po powrocie z frontu inne kobiety w kolejce potraktowały wyzwiskami jako – tak po prostu – „frontową kurwę”. Inną rozmówczynię Aleksijewicz – Ludmiłę Kaszeczkinę oficer NKWD zwymyślał jako „francuską prostytutkę”, ponieważ z kacetu uciekła do maquis i przez samo to była podwójnie podejrzana). Takie opinie oraz przekonanie (idące w parze z oskarżeniem o „złe prowadzenie się”), iż żołnierka po tylu latach na froncie nie może być kobietą normalną, skutecznie odstręczało od przyznawania się (bywało, że przed własnymi dziećmi) do noszenia munduru w latach 1940-45.

/ilustr. Magdalena Skiba/

    Gdyby nie lektura książki Swietłany Aleksijewicz, można by mieć przekonanie, że jedynymi umundurowanymi pariasami w ZSRR byli eks-jeńcy, których „w nagrodę” za przetrwanie wysyłano do łagrów, teraz wiadomo już, iż i kobietom-żołnierkom „się poszczęściło”. Nie aż tak, jak tamtym, ale jednak też. I ten właśnie fakt biorąc pod uwagę, wypadałoby się zgodzić z tezą, że kobiecy i męski punkt widzenia na wojnę zasadniczo się różnić po prostu muszą. Problem w tym, że systematyka ta nie wyczerpuje tematu.

     Nie tylko płeć wspominających decyduje bowiem o tym, jaki jest obraz wojny w tychże wspomnieniach. Gdyby tak było, „Przez wojenną zawieruchę” musiałaby napisać kobieta, a tak nie jest. Wprawdzie walory literackie książki Białorusinki są zdecydowanie wyższej próby, to jednak w warstwie emocjonalnej opowieść Gorbaczewskiego wcale od nich nie odstaje. Dzieje się tak dlatego, że Rosjanina również niezbyt interesuje wojna z fanfarami i brzękiem orderów, ale prawdziwa – tak jak Aleksijewicz. Oboje autorzy nie proponują też uproszczonego komiksowego jej obrazu: śmierć w obu książkach jest śmiercią, a nie czymś na kształt „jednego życia mniej”, mord jest tu mordem, a nie ozdobionym fajerwerkami popisem kaskaderskim. Brud wręcz boli, rany ropieją, sprawa jest słuszna, ale często nie ma czasu się tym pocieszać, bo wciąż trwa walka o przetrwanie. Wróg jest brutalny, co tłumaczy brutalność własną (w odwecie). Atak bywa jedyną szansą ocalenia życia, a nie chęcią podniesienia sobie poziomu adrenaliny.

     To wszystko w sumie niby oczywiste, w sumie to wszystko już było w najlepszych filmach i książkach, ale jakoś (mimo niektórych wyjątków) wizja taka przegrała chyba z „przygodami wesołych jajcarzy w ich czołgach”. Ktoś takiej wojny nauczony, będzie podwójnie obiema wspominanymi tu książkami wstrząśnięty. Tylko – czy on w ogóle po nie sięgnie? A niby po co? Już wcześniej mógł poznać choćby prozę rodaka Swietłany Aleksijewicz – Wasila Bykaua (wydawanego u nas jako Wasilij Bykow), który na wojnę patrzył… No, właśnie – jakim on na nią patrzył okiem? Jakim okiem na wojnę patrzył Wasilij Bykow? Żeńskim? Męskim? Z pewnością nie wyczynowo-nijakim. Ludzkim. W tym lepszym tego słowa znaczeniu –  ludzkim. I nic tu jego płeć nie miała do rzeczy, skoro pisał prawdę o wojnie, która nie tyle jest bezpłciowa, co płci posiada. A to nie to samo.

 Marian Wtorek

* – K. Szczuka ma rację twierdząc, że Ł. Modelskiego „Dziewczyny wojenne” temat zaledwie podejmują lecz poza „męski” kanon nie wychodzą na krok.

–  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –  –

Swietłana Aleksijewicz
„Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”
tyt. oryg.: „U wojny nie żenskoje lico”
tłum.: Jerzy Czech
Czarne, Wołowiec 2010

Boris Gorbaczewski
„Przez wojenną zawieruchę. Wojna żołnierza Armii Czerwonej na froncie wschodnim: 1942-1945”
tyt. oryg. ang.: „Through the Maelstrom”
tłum.: Agnieszka Horzowska
Rebis, Poznań 2011

Tags:

1 Komentarz

Zostaw odpowiedź do Madzia