Jarosław Kolasiński: Tri studnički łez (1) – Waltzing „Milenka”

16 października 2011 15:0313 komentarzy

 Tri studnički łez


Górski turysta normalny będąc w Tatrach w różne dziwne miejsca przemieszcza się głównie samobieżnie. Rękami sobie pomagając, rakami się posiłkując, linami – z pewnością więcej zobaczy niż turysta górski nienormalny, znaczy taki z lękiem wysokości. No to po co tu jedzie? Diabli wiedzą.
Nienormalny się samochodem porusza, wyciągiem… No, czasem jednak per pedes, ale z głową lękliwie odwróconą od przepaści. Za wiele taki nie zobaczy tak w ogóle, a już mowy nie ma o spostrzeżeniach i refleksjach, jakimi po powrocie do domu pyszni się „normalniak”. Kiedy wysokościowy lękliwiec w słowackie Tatry udaje się na marnych sześć dób – jest już kompletna tragedia. Tu się zatrzyma, tam podejrzy, tu posmakuje, tam nic dojrzeć nie zdoła i już musi wracać. Żal. I łzy rozpaczy kapią na kamienistą słowacką ziemię. I wsiąkają. Nic zatem dziwnego, że pełno tam wszędzie studniček, w których chlupocze woda z tych łez, co to już dawno nawsiąkały. Się bierze parę kartek papieru, się jak bibułą studnički traktuje, się potem te kartki odsącza, usiłując przy okazji trafić do Księgi Guinessa bijąc rekord w zastosowaniu słów pokrewnych od czasownika „występować”.

 

/Demianowska Dolina - fot. Anna Kolasińska/

 


Studnička pierwsza – Waltzing „Milenka”

Nie jest jasne, czy to Słowacja występuje głównie w górach, czy może jednak to głównie góry występują na Słowacji. Nie sposób dylematu rozstrzygnąć. Najprościej zatem uciec do przodu, zauważając, iż Słowacja występuje na południe od nas. Tak się składa. Od niedawna, bo historia Słowaków jest mocno skomplikowana i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że swoje państwo mają „dopiero co”. Jednym z efektów tej sytuacji, jest występowanie na Słowacji różnych

nacji

jakkolwiek częstochowsko by się to nie rymowało. Co intrygujące, na Słowacji występują głównie Słowacy, ale można też spotkać Madziarów, Romów oraz przyjezdnych, których z kolei dzielimy na Czechów, Polaków i pozostałych (w tym, niespodzianka, mówiących po angielsku Francuzów). Skoro mowa o Czechach, to wbrew nadziejom pomysłodawców rozdzielenia Czechosłowacji/Czecho-Słowacji pojawiają się spore problemy z identyfikacją przedstawicieli obu narodów. Zbyt podobne dla niewprawnego polskiego ucha oba te języki. Na upartego można by rzec, że Słowacy mówią po czesku z polskim akcentem albo też Czesi używają słowackiego z akcentem własnym – ale diabli wiedzą, czy ktoś się nie obrazi, lepiej więc dać temu spokój.

/Typowa słowacka trasa spacerowa dla każdego. Po prostu taki deptak - fot. Anna Kolasińska, usiłował nie spaść w przepaść - J. Kolasiński/

     Na szczęście – czasami jednak udaje się obie nacje odróżnić, jak choćby wówczas, gdy dwóch „ujaranych” Czechów dyskutuje ze słowackim kelnerem (a joint „chodzi” w kółeczko) na temat różnic językowych występujących między rodakami Komensky’ego i Pavola Országha-Hviezdoslava. Konopna, zjednoczona na powrót trójca ma z dysputy wielką, aczkolwiek niedostępną dla postronnych radość. Występujący przy sąsiednich stolikach głodni klienci, czekający aż kelner wreszcie pożegna się z marychą – nieco mniej są weseli, wszelako zachowują stoicki spokój. Polak, z narzeczy słowiańskich znający tylko mowę własną oraz popłuczyny po rosyjskiej, czuje się nieco zagubiony, jako że przyczyn wesołości dyskutantów może się tylko domyślać. Zdarza się też, w co nieco trudno uwierzyć, że na Słowacji występują Czesi jednak bez marihuany. Z takimi problem jest największy: kiedy tylko škodovki chwilowo porzucą na parkingach, momentalnie wtapiają się w tłum licznie – jak już o tym była mowa – na tych terenach występujących Słowaków, którzy u stóp Tatr są u siebie. Od niedawna, ale jednak.

/W samym środku urokliwej Levočy występuje istne cudo - fot. Anna Kolasińska/

     Na ile wtapiają się w tłum Madziarzy (których tu podobno 10% jest) – po ledwie sześciu (niestety) dniach pobytu, nie sposób stwierdzić. Z tej prostej przyczyny, że nie widać i niestety nie słychać ich w rejonie od Liptovskiego Mikulasza po Levočę i Bańską Bystrzycę. A może źle się patrzy i jeszcze gorzej słucha? Jedyna napotkana w tym czasie, dość zaawansowana wiekowo, madziarska para nie może się liczyć, jako posiadaczka starego golfa na germańskich blachach. Skoro mowa o Niemcach, którzy na Słowacji występują raczej z rzadka, to – podobnie jak wszędzie indziej – rozpoznać ich da się po osławionym „bawarskim szepcie”. Z innych nacji – w Levočy występuje dwoje Francuzów, których rokowania z kelnerką prowadzone w niekompatybilnych wersjach quasi-angielskiego zdecydowanie podnoszą poziom atrakcyjności tego uroczego miasteczka. Co ciekawe – mimo ewidentnego braku kontaktu z młodą Słowaczką w fartuszku i czepku potomkowie Gallów w końcu jedzą i piją, co zamierzali. Przed kolejną rundą rokowań Pakistan – Indie w kwestii Kaszmiru  napawa to optymizmem.

/Typowe romsko/słowacko-polskie przybijanie piątki - fot. Anna Kolasińska/

     W o wiele większej liczbie niż rodacy Dietera Bohlena występują na Słowacji Romowie, których przeoczyć nie sposób, a to z przyczyn kolorystycznych. I rzecz nie w karnacji, a w odblaskowych kamizelkach, które – wygląda na to – noszą nagminnie. Zdaje się bowiem (np. w Levočy i jej okolicach), że monopolizują roboty drogowe oraz wywózkę śmieci. Romskie dzieci, natomiast, monopolizują pozowanie do fotografii, co widać na załączonym obrazku. Niektóre (tu już stosownego obrazka, rzecz jasna, nie załącza się) wykazują się przy tym brawurowym poczuciem humoru poprzez wzajemne ściąganie sobie spodni, by na zdjęciach występować mniej konwencjonalnie.

     Uciekający z zatłoczonej Warszawy (ściślej z zakopiańskich Krupówek) Polacy, występują na Słowacji stosunkowo licznie, np. w okolicach Łomnicy. Rozróżniamy tu dwie podstawowe odmiany Polaka: schyłkową oraz standardowo-bulandową, zwaną też warzywną. Co charakterystyczne, przedstawiciele tej pierwszej występują głównie na stokach, przełęczach i szczytach górskich, egzemplarze drugiego gatunku – w najlepszym razie u Tatr podnóża, szczególnie w termach. Czasem jednak warzywni – gnani chyba jakimś atawizmem – wspinają się wyżej, trafiając pomiędzy schyłkowych. Można się wówczas pomylić z uwagi na słowo-klucz, będące w powszechnym użyciu u obu gatunków. Cytować się go tutaj nie będzie, jako że jest powszechnie znane zarówno czytelnikom, jak i wszystkim innym plemionom, pośród których urlopujący się  potomkowie Piasta Kołodzieja z różnorakich natężeniem występują. Niejednokrotnie z przytupem. Jedno jest pewne – ze słowem tym na ustach w tłum wtopić się nie sposób. I bardzo dobrze, gdyż byłaby to już przesada, byśmy jeszcze dziś się kryli po lasach, skoro przez 123 lata występowały u nas zabory. Zdarza się, ale to bardzo rzadko, że na Słowacji występują też Polacy „ślepokiszkowi”. Mowa o, nikomu u nas już i do niczego niepotrzebnym, wymierającym (wreszcie) trzecim gatunku wspomnianego słowa używającym cichcem, albo wcale. Zupełnie, jakby się wstydzili. A niby czego? Toć my swój język mamy i my nie gęsi, które to

zwierzęta

na Słowacji występują nienachalnie w odróżnieniu od kozic, zwanych tu kamzikami. Fauna ta hasająca głównie po graniach, szczytach i przełęczach, często jednak schodzi w doliny. Nie sposób jej nie spotkać w schroniskach, kolibach, restauracjach a nawet w supermarketach. W miejscach tych „Kamziki” występują na kuflach, beczkach i butelkach, czasem w postaci konserwy – w puszkach. Szczególnie godna uwagi jest odmiana čapovana i tu należy pozdrowić eteryczną pannę Zuzkę, która owe čapovanéKamziki” pięknie wypasa w Demianowskiej Dolinie, a konkretnie w kolibie „Tri Studnički”, o której jeszcze wielekroć będzie tu mowa.

     Wydry tym różnią się od kamzików, że nie występują w placówkach gastronomicznych. Nie brak ich natomiast na autostradach, o czym najlepiej świadczy ostrzegawczy znak drogowy sterczący z pobocza dwupasmówki wiodącej z Liptovskiego Mikulasza do Ružomberoka (wzdłuż brzegu Jeziora Orawskiego): „Pozor! vydry”. Znaku „Pozor! pstruhy!” nigdzie nie widać, co musi świadczyć o tym, że pstrągi dla mknących autostradą pojazdów zagrożenia nie stanowią. Podobnie jest w kolibie „Tri Studnički” (patrz „Studnička druga” – Netkultura nr 9), gdzie pstruha podaje się z frytkami lub pečenymi zemiakami ewentualnie opekanymi. Jak się człowiek uprze, dadzą i chupaté.

/U podnóża Łomnicy występuje lis - fot. Anna Kolasińska/

     U podnóża Łomnicy, wokół Skalnatego plesa występuje lis. Występuje grupowo, przy czym resztę stada stanowią podnieceni turyści, usiłujący rudzielca sfotografować. Wzmiankowany lis żywi się „kitkatami” itp., podchodzi więc do ludzi blisko, serca ich napawając szczęściem z obcowania z dziką (ejże?) zwierzyną. Jak długo jeszcze opisywany lis będzie pod Łomnicą występował? Prawdopodobnie aż do momentu, kiedy karmiony przez ludzi z ręki ugryzie kogoś w paluszek i wówczas będzie okazja porównać odnośny słowacki wyrok z polskim – w sprawie nieszczęsnego misia, który przez bezmózgowców dokarmiany, doczekał się w końcu katów.

     Skoro o tym mowa, można już przejść do analizy występowania na Słowacji psów. Występują one tu w ilości raczej znikomej, najłatwiej je spotkać na balkonach w Bańskiej Bystrzycy, a na terenie reszty kraju – pod restauracyjnymi stolikami.

/Typowy słowacki pies - owczarek balkonowy - fot. A. Kolasińska/

 

/Dwa typowe słowackie psy - labradory podstolikowo-pizzeryjne - - fot. J. Kolasiński/

Pozostałe psy, to głównie torebkowe yorki turystów. Innych jak na lekarstwo i może tak lepiej, bo zachodzi niebezpieczeństwo (i nie jest to słowacka specyfika, co wiemy z polskich newsów w działach „Wiadomości lokalne”), iż na drodze psa wystąpić czasem może

marny gnojek

którego wspomina się tu nie w kategorii „ludzie”, jako że mimo wszystko na miano to nie zasługuje. Określenie „bydlak” również jest nieadekwatne, a to z tej prostej przyczyny, że zwierzęta niczym sobie na takie pokrewieństwo nie zasługują. Można gnojka nazwać dupkiem, ale – każdy karciarz to wie – walet, nawet żołędny, jest często bardzo ważną figurą i w towarzystwie blotek pożądaną. Czy termin: gnojek jest tu na miejscu, też istnieją niejakie wątpliwości, jako że obornik (takoż gnojowica) dla gospodarki rolnej wielce jest przydatny. Osobnik zaś, o którym tu mowa, pięknych tatrzańskich słowackich hal nie nawozi, a tylko zachwaszcza. Występuje zaś na północ od Bobrovca (k. Liptowskiego Mikulasza), w pobliżu salašu Pastierska.

       Zaobserwować marnego można (na szczęście dla niego) z dużej odległości. Idzie sobie pod górkę, ciągnąc za sobą, czasem obok siebie, psa lub raczej coś, co mogłoby być psem, gdyby nie ów gnojek. Zwierzę – wnosząc z zachowania – młode jest i z prześladowcą obcuje od niedawna. Jeszcze go dobrze nie zna, gdyż a to „odejdzie” w bok na pół metra, a to naprzód się o ćwierć pyska wysforuje, a to w tyle o psi pazur zostanie. Gnojek ma na to swoje sposoby, które nie tylko (jak widać) na polskiej oświeconej wsi (czy w równie cywilizowanym mieście) są popularne. Jako że czworonóg jest na uwięzi, najprościej jest za smycz chwycić i szerokim łukiem wysoko nad gnojkowym pustym czerepem głową psa przerzucić tak, by wyrżnął w ziemię po drugiej stronie „opiekuna”. Czasem jednak nawet tak wysublimowana metoda nie pomaga i trzeba z buta przyrżnąć krnąbrnemu zwierzęciu w pysk, (co się celnie czyni), by skowycząc zrozumiało, kto tu jest sapiens, a kto w opresji. Nie są to (prawdopodobnie) metody ani powszechnie na obszarach występowania gnojka potępiane, ani wstydliwe. Gdyby było inaczej, nie stosowałby ich na oczach sporej zbulwersowanej słowacko-międzynarodowej kolejki stojącej po sprzedawany w tu owczy ser kilku odmian. Ciekawe, gdzie w pobliżu można kupić, jakże po północnej stronie Tatr ceniony, psi smalec? Na temat bogobojności występującego w całych Tatrach ludku, jakże często stawianego za moralny wzorzec, wspominać się przy tej okazji nie będzie, a to celem uniknięcia oskarżeń o wojujący ateizm. Ciekawe wszakże, jak zareagowałby św. Franciszek, widząc gnojka na hali. Skoro jednak dla polskiego sędziego ukatrupienie psa przez skacowanego rodaka za pomocą metalowej rurki nie jest szczególnym okrucieństwem, to być może w ogóle nie ma o co szumu robić. Nawet w Tatrach.

      Na Słowacji oprócz (wyżej wymienionych) nacji, zwierząt i marnego gnojka występują również

ludzie

     Jak wszędzie indziej – napotkać na Słowacji można różnych, uściślając –  i takich, i takich. Warto wiedzieć, że ubytovanie w „Solum” (Demianowska Dolina) to okazja do spostrzeżeń, jako że w jego wnętrzu występuje – obojga płci – nieliczny, aczkolwiek w pełni dający sobie ze wszystkim radę, personel. Zawiadując bardziej niż przyzwoitym pensjonatem, państwo ci, wobec gości cudownie „nieinwazyjni”, stałym swym wyrazem twarzy dowodnie świadczą, iż powieszenie Janosika za poślednie ziobro (które Word z uporem godnym lepszej sprawy na pisane z dużej litery poprawia), to historyczny fakt, a nie legenda. Bardzo musiało boleć i chyba jeszcze nie przestało. Co ciekawe – ból ten nie dotyczy np. personelu „Studniček”. Dlaczego?

/Czesi występuja na Słowacji licznie, czasem wraz z pustymi wózkami "na dzieci" - fot. A. Kolasińska/

Poza personelem i Polakami w „Solum” licznie występują turyści z Czech, tym m. in. różniący się od swych sąsiadów z północy (nie o naszej czwórce tu mowa), że ich w ogóle nie słychać i że nie terroryzują dziećmi otoczenia. Z innych atrakcji – bywa, że w pensjonacie (i całej Demianowskiej) oprócz licznych Czechów występuje też chwilowy brak wody. Nie jest to jednak żadna uciążliwość, jako że miejscowa „Vodna spolecznost” działa na tyle sprawnie, że awarię rychło usuwa, a już w kilka godzin potem dostarcza elegancką ulotkę ze stosowną pieczęcią informującą czarno na białym, że wody w kranach brak wystąpi. Wystąpi godzinach, które już minęły. Zaklęty w ten sposób problem automatycznie staje się mniej uciążliwy. Jaka spolecznost decyduje o tym, że w „Solum” nie czeka się aż „średnia temperatur z trzech dni spadnie do…” a po prostu włącza się ogrzewanie, kiedy tylko staje się zbyt zimno – trudno orzec. W każdym razie, gratulacje i euforyczne podziękowania.

     W odróżnieniu od personelu „Solum”, kasjerki występujące w „Tesco” na skraju Liptowskiego Mikulasza wykazują się wielkim poczuciem humoru. Co je tak bardzo śmieszy w koszyku pełnym sera, rohlików oraz „Kamzików” wypasanych przez „Smädných mníchów” – nie wiadomo. Jedno jest pewne – choć tanio w słowackiej cząstce strefy euro nie jest, to jednak wesoło. Może dlatego, że jada się tu śmiechogenne

sery

które na Słowacji występują wszędzie, również w bagażach turystów powracających do macierzy, przez co bukiet w ich samochodach w pełni zasługuje na miano niepowtarzalnego. Sery występujące na słowackich restauracyjnych talerzach dzielimy (z grubsza) na smażone i niesmażone. Te pierwsze można spotkać (mimo iż dość daleko do strefy rażenia knedlikiem) w wersji „czeskiej” (Edam) oraz tubylczej – mam tu na myśli oštiepok, który jest dużo smaczniejszy. Szczególnie z tatarskou omaczkou, która wszakże z polskim, domowej roboty, sosem tatarskim zbyt wiele wspólnego nie ma, a szkoda. Nader skutecznym narzędziem służącym do zwalczania tego uzasadnionego żalu jest kufelek, do którego nalewa się

piwo

made in Slovakia. Może to być, jeśli pije się proekologicznie, „Kamzik”, ale jeszcze lepiej (tak ateiście jak i wierzącemu, w któregoś z bogów) smakuje „Smädný mních”, choć napitek to niebezpieczny, jako że na etykietce występuje dobrze odżywiony zakonnik, jakby z „Monachomachii” wcięty… WY-cięty, znaczy. Rumieńce braciszka, zdecydowanie nie tyle smädneho (pol. spragnionego), co już napojonego i to całkiem nieźle, jego mocno prowokujące swym rozchełstaniem spojrzenie pobudzają konsumenta do wielu niestandardowych refleksji. Również tyczących odwiecznej zagadki bytu. Ale, raczej, niekoniecznie.

      Skoro o alkoholu mowa, to warto ze smutkiem zauważyć, że człowiek tęskniący za starym, dobrym, tanim tokajem, nie ma na Słowacji (a przynajmniej w mikulaszowskim „Tesco”) czego szukać. Ewentualnie flaszkomatu, który wypluwa euro (w wersji „wekslowej”) a połyka puste butelki i skrzynki i nie trzeba policji fiskalnej, by rozstrzygnąć w którym sklepie to wszystko kupiono.

Po odessaniu się od flaszkomatu i powrocie do Demianowskiej nietrudno stwierdzić z zadowoleniem, ale też i trwogą, że na Słowacji występuje


„Milenka”

Jak naprawdę ma na imię – niżej podpisany w ferworze walki nie dosłyszał. W każdym razie występuje. W każdym razie – raz w ciągu sześciu dni naszego pobytu w Demianowskiej Dolinie wystąpiła, ale obiecała jeszcze. „Milenka” jest w wieku zbliżonym do autora niniejszej relacji, występuje zaś późnym wieczorem w kolibie „Tri Studnički”. Najpierw jest zupełnie niegroźna, siedzi sobie (wraz z koleżankami), jak na zachodzące okoliczności, spokojnie przy suto zastawionym stole. Jako że w knajpce z głośników sączy się (nienachalnie) muzyczka, po jakimś czasie w „Milenkę” wstępuje duch Isadory Duncan albo jakiś inny demon tego gatunku. Skutkiem wskazanej metamorfozy „Milenka” staje się tancerką, która nie tyle rozpaczliwie, co skutecznie poszukuje nie Susanne, a  partnera do tańca. Nic złego się nie dzieje, kiedy trafia na nader chętnego do pląsów dolnośląskiego architekta (choć niżej podpisanego już strach w dołku ściska) – wirują razem na niewielkiej przestrzeni występującej pomiędzy stolikami. Wygląda to całkiem nieźle i ożywia nieco senną o tej porze aurę lokalu. Gorsza sprawa, kiedy stroniąca od monotonii  w pląsach „Milenka” zauważy usiłującego się skryć pod stołem Bogu ducha winnego mężczyznę, którego ogólnoświatowa skłonność do gimnastykowania się w rytm muzyki dziwi, tumani i przestrasza od kołyski. I nic nie pomaga! Mimo iż polskie „nie, dziękuję” po słowacku brzmi prawie identycznie. Mimo, iż zaatakowany wznosi się na szczyty swej znajomości (?) wszelkich możliwych języków: – Maje nożiczki inwalidy! Dancing mnie wracz, maj doktor verboten, ma panenko! – nic to nie pomaga. Na domiar złego okazuje się, że towarzysze podróży terroryzowanego w mig stają po stronie kata, nie zaś ofiary. Miast pomocy otrzymuje ona rechot oraz, owszem, jednak wsparcie, ale dla szturmującej „Milenki”. Na szczęście Słowaczka tańczy świetnie, a palce u stóp przed rozdeptaniem świetnie ma zabezpieczone. Butki, w których na parkiecie występuje, idealnie nadają się do próby zdobycia szczytu Łomnicy. Dokładnie to samo można rzec o reszcie „Milenkowego” ekwipunku – o jej wyczynowych spodniach oraz równie nieamatorskim sweterku.

/"Dancing mnie wracz, maj doktor verboten, ma panenko! " Twarz molestowanego "ruszona" tak zapamiętale przecząco potrząsał głową. Z prawej "Milenka" - fot. autor nieznany, w porę uciekł/

Czy „Milenka” kiedykolwiek występowała w Australii? Nikt nie wie. Trudno jednak, tańcząc z nią wbrew swej woli, nie wspomnieć pieśni „Waltzing Matilda”. Głównie z uwagi na smutny koniec bohatera tego „zastępczego” hymnu antypodów – nieszczęśnik ów bowiem tragicznie ginie, tonąc w objęciach strumienia. Nasuwać to musi i nasuwa niewesołe skojarzenia, jako że kamienista Demänovka występuje prawie między stolikami przykolibowego ogródka. A czyj nurt bardziej rwący:  rzeczułki czy „Milenki” – rozstrzygnąć nie sposób.

/Demänovka to nie jest, ale też rwie - jak wszystkie słowackie potoki - fot. Anna Kolasińska/

 

Rychło okazuje się, że taneczno-zaborcza Słowaczka jest nie tylko waltzing, ale tanging. Na dobrą sprawę również foxtroting, nadto menueting, macarening i diabli wiedzą co jeszcze. Jedno dobre: energia „Milenki” zaraża pozostałych obecnych i dzięki temu można już wreszcie uciec na trzymanego w trzęsących się palcach papierosa, a nawet do lasu. Sielanka! Tancerze już tylko sobą zajęci, a w lesie, to najwyżej wilk gardło rozszarpie, ewentualnie misiek flaki wypruje. A że futrzaczki te rzadziej od tancerzy w Tatrach występują, od razu się człowiek czuje bezpieczniej. Ileż jednak można palić? To przyczyna wielu groźnych chorób. Mimo wszystko lepiej ponownie zanurzyć się w waltzing otchłań koliby. I tu – co za, psia krew, niespodzianka – momentalnie jest człowiek brany w jasyr przez korowód uprawiający właśnie coś na kształt zorby skrzyżowanej z krzesanym i polonezem. Szok. Tym większy, że wszyscy tancerze – choć ich „chóralny” chuch powalić by mógł stuletnią limbę – są pijani wyłącznie taneczną euforią, a nie alkoholem. Okazuje się, że jest to możliwe.

     „Milenkowy” festiwal tańca przeróżnego kończy chwila skupienia: ociekający euforią korowód obejmuje się, skupia w krąg, stykając się głowami i poszczególne jego elementy, przez waltzing „Milenkę” sprowokowane, wymieniają tyleż szczere co trzeźwe tzw. opinie ogólne na temat urody słowackiej przyrody, smakowitości tutejszych potraw, walorów piwa, przyjaznego do otoczenia nastawienia tubylców. Kwestia paszportu Janosika na wszelki wypadek dyskutowana nie jest. Łzy braterskiego (Hej, Słowianie!) wzruszenia i zmęczenia tańcem kapią na podłogę koliby „Tri Studnički”, do której niebawem się powróci. Po kolejne kalorie i emocje.

cd – Studnicka druga – Provokativna Kati – w numerze 9

Tags:

13 komentarzy

  • Niezwykle wciągnęła mnie ta opowieść. U południowych sąsiadów niezwykłe bogactwo zjawisk występuje, a może to tylko wyobraźnia Autora? Jakby nie było, właściciele biur podróży powinni bić się w pierś, że ktoś tu za nich pracuje i zgłosić się do Netkultury w sprawie honorarium dla J.K.

    • To bardzo cenna sugestia z tym honorarium. Bardzo cenna. Myślę, że jednak dopisze te dwie brakujące części, żeby rachunek był łatwiejszy.:))

  • Tylko czytałem, ale jakbym tam był.
    Te zdjęcia! Te opisy!
    Pieski sobie leżą, jeden stoi! Och!!

    Tylko, wiecie Autorze…
    Jakby to powiedzieć…
    Prawdziwy Polak nie może, za granicą, nie sprostać!!!
    No a wy co? Ręce składacie, jak do modlitwy, broniąc się przed Waltzing Milenką?
    To aż modlić się trzeba, żeby nie waltzingować?
    Prawdę mówiąc, walc (w schroniskach to zwykle zwykły walczyk) jest dobrym początkiem…
    No!
    Potem można i tanging i slowfoxing i nawet makarening. Też i kaczuching.
    Ale Polak, to on musi umić sprostać! Wyzwaniom milenkowym.

    Apeluję tu (w tym miejscu) do towarzyszy podróży Autora opisu, aby wpłynęli.
    Żeby Polak umiał.

    Co złego jest w waltzingowaniu od czasu do czasu ??

  • Tańczyłeś jak wiatr, nie wypieraj się.
    Wszystko inne to prawda.
    Byłam, to wiem, mogę zeznawać.
    Bo Polak umi, co zostało udowodnione.
    AMEN.

    • No! Tak też myślałem.
      Ma Polak nie umić? Niemożliwe.

      Ale żeby aż tak, że jak wiatr??
      Nie, nie, nie żebym zazdrościł.

      Już było mi trochę przykro, że tak napadłem. Autor drżącą ręką, po tych doświadczeniach z Milenką zapala papierosa (może i dwa na raz? kto wie? jak człowiek zdenerwowany jest to różne rzeczy drżącą ręką robi).

      Naprawdę jak wiatr???

    • Co z tego że umi skoro niekce? Nie OTAKE, nie OTAKE

  • No, zefir raczej, ciepły fen… 🙂
    Ale kazał się PROSIĆ!!!!
    Warto było czekać na ten odcinek U can dance 😀

    • Z uwagi na faturę oraz rozmiar uszu – prędzej fenek niż fen;)))))))
      ps.
      znalazłem piękne jukendensowe fotki do zilustrowania następnego odcinka, w którym będzie o tańcach po wyjściu z jaskini lodowej:)

  • Jaskinia Lodowa… Czekam, oj czekam. Jak tak pomyśleć – może się nie tańczyło po wyjściu,ale – tańczyć się chciało 😉

  • Szkoda, że nie wpadliście na to by przywieźć mi takiego podstolikowego labradora…cudeńka opowiadacie i zazdrość wzbudzacie:)

Zostaw odpowiedź do Madzia