Małgorzata Maciejewska: Kobiety im wybaczą

20 września 2011 10:473 komentarze

Męskie Granie to seria letnich koncertów, które odbędą się w siedmiu miastach Polski w kolejne soboty między 16 lipca a 27 sierpnia. Celem projektu jest pokazanie siły twórczej tkwiącej w męskim spojrzeniu na muzykę oraz sztukę poprzez zderzenie silnych osobowości i wybitnych talentów. W najbardziej niezwykłych miejscach Żywca (16 lipca), Warszawy (23 lipca), Krakowa (30 lipca), Lublina (6 sierpnia), Gdańska (13 sierpnia), Wrocławia (20 sierpnia) i Poznania (27 sierpnia) będzie można się przekonać, czym jest Męskie Granie, a raczej – czym jest sztuka w męskim rozumieniu.”

     Tak wyglądała zapowiedź  II edycji tego artystycznego przedsięwzięcia na internetowej stronie radiowej Trójki  (polskieradio.pl). Poniżej relacja z imprezy zamykającej cykl koncertów, w których obok siebie występują artyści i zespoły różnych odłamów polskiej sceny muzycznej.

 

Kobiety im wybaczą

czyli

finał Męskiego Grania 2011

 

/fot. Paweł Gołębiewski/

Piękne miejsce, dynamiczna muzyka, rewelacyjna atmosfera – te trzy elementy wyznaczają charakter niepowtarzalnego koncertu w poznańskiej Starej Gazowni, zamykającego tegoroczną, druga edycję Męskiego Grania. Wojciech Waglewski, dyrektor artystyczny projektu, okazał się świetnym wizjonerem i dokładnym owej wizji realizatorem. Dzięki jego staraniom w Poznaniu na jednej scenie zagrali najważniejsi rockowi i jazzowi muzycy polscy. A dokładniej – stado przystojnych, charyzmatycznych, utalentowanych mężczyzn.  Prawdziwa uczta dla ciała i ducha.

     Na niewielkiej, ze wszystkich stron zamkniętej przestrzeni za budynkami Starej Gazowni, niedaleko od centrum, stanęła jedna z najładniejszych scen jakie widziałam w trakcie letnich plenerowych koncertów, czarno-biało-czerwona, wypełniona  zgeometryzowanym wzorem i z  motywem klawiatury fortepianu z obu stron. Spora – ale nikt na niej nie ginął, nie gubił się, nie znikał. Przestronna – starczyło jeszcze miejsca dla reprezentacji najbardziej uprzywilejowanej prasy, a muzycy mogli się swobodnie poruszać. „Dwudrzwiowa” – jedna strona dla wchodzących, druga dla wychodzących; bardzo funkcjonalne rozwiązanie, bo umożliwiło zmianę sprzętu w mgnieniu oka i niezauważalnie. Światła – mocne, ale nie oślepiające skorelowane z  muzyką i temperamentem poszczególnych artystów. Kanał techniczny nie oddalał sceny od publiczności, a jego szerokość pozwalała prowadzącemu koncert Piotrowi  Stelmachowi z radiowej Trójki  spokojnie zapowiedzieć z niego część występów.

Koncert rozpoczął się (punktualnie, o 16:30) setem duetu Nu Kidz On The Glock, czyli DJ-a Eproma i Emade. Niedługi, nienachalny  lekko rozbujał schodzącą się z wolna publiczność. Był to moment, w którym należało dopić Żywca (oficjalny sponsor Grania) i udać się pod scenę. Warto było, bo po Nu Kidz zagrały dwa młode zespoły, odkryte i promowane przez Trójkę.

/Fisz i DJ Eprom - fot. Maciej Kulczyński/

Pierwszym z nich był Kombajn do Zbierania Kur Po Wioskach, który w koncercie krakowskim –  jak czytamy w materiałach prasowych Męskiego Grania – nie mógł wystąpić. Energiczny wokalista niemal od pierwszych dźwięków rzucił się na kolana przed widzami, wił się w muzycznych konwulsjach – dzielnie wyśpiewując jednak najbardziej znane teksty utworów grupy. Chłopcy zagrali najnowsze piosenki z poprzednich płyt,  nie zapominając o „Lewej stronie literki M”, najbardziej chyba znanym krążku grupy.

Tło muzyczne Kombajnistów jest zwykle dość mocne pod względem decybeli, występ grupy był więc swoistym testem nagłośnienia. Jednak szybko okazało się, że pomysłodawca i dyrektor artystyczny Męskiego, Wojciech Waglewski, zadbał o wszystko. Granie w plenerze zawsze jest trudne, a co dopiero opanowanie tak różnych i co chwila zmieniających się częstotliwości, kanałów, sprzętu. Koncert był opracowany technicznie naprawdę rewelacyjnie. Żadnych trzasków, szumów, buczenia czy pisków; instrumenty i wokale świetnie  zbalansowane, barwy dźwięków czyste i mocne, a każde słowo przechodzące przez mikrofon zrozumiałe.

/"Kombajnista" Marcin Zagański - fot. Paweł Gołębiewski/

Po przydziałowej „półgodzinie” zespół ustąpił miejsca formacji, która wygrała tegoroczny facebookowy plebiscyt Męskiego Grania. Była to dobrze znana publiczności, bo z Poznania, grupa Snowman. Eklektyczny, trochę szalony zespół rozruszał  ledwie co rozbudzoną publiczność, otrząsnął z transowego, lekko onirycznego klimatu Kombajnu i zaserwował mocną dawkę świeżej, hałaśliwej muzyki. Przypomnieli m.in. kompozycje z albumu „Lazy”.

/Tymon Tymański - fot. Paweł Gołębiewski/

Kolejny występ, Tymona i The Transistors, delikatnie przestroił publiczność na klimat rockowo-punkowy, a jednocześnie rozpoczął koncerty uznanych już osobowości polskiej sceny okołorockowej ostatnich lat. Tymon, określony przez Stelmacha jako dobry duch sceny polskiej, przypadł go gitary i (zachęcając widzów do wypicia piwka) usiłował ją nastroić. Było to jedyne niedopracowanie techniczne dostrzegalne sprzed sceny. Poratował go Lech Janerka, który pojawił się z nagła i przedstawiając się jako kumpel Tymona wsparł kolegę w walce z „wiosłem” prosząc o chwilę cierpliwości. Wreszcie muzycy byli gotowi. Zagrali i co nieco z „Bigos Heart”, i „Wieś jak malowanie” oraz „Wirtualną miłość” z niezapomnianej ścieżki do  „Wesela” Smarzowskiego.

/Lech Janerka - fot. Paweł Gołębiewski/

Po błyskawicznej zmianie sprzętu, po scenie popłynął prąd stały, prąd zmienny i wkroczyli na nią powstańcy warszawscy, guślarze i antyszantowcy w jednym, czyli Lao Che ze swym liderem, Hubertem „Spiętym” Dobaczewskim. Sięgnęli i do wspólnego dorobku, i do „Antyszant” Spiętego solo, by za chwilę przejść do historii polskiego rocka. Jak wyznał Spięty, zawsze chciał zaśpiewać piosenkę z Klausa Mitffocha i… zaprosił na scenę Lecha Janerkę. Charakterystyczny pokrzyk gospodarza i mocny, jakby obsypany żwirem czy żużlem głos gościa, zlały się w rewelacyjny duet.

Znów uprzątnięto scenę ze zbędnego sprzętu, a w centralnym miejscu stanął oplątany kablami Steinway i… powiało jazzem. Leszek Możdżer, nieomal zdeptawszy mnie chwilę wcześniej przy wyjściu z ogródka,  szybko zajął miejsce przy fortepianie. Jak zwykle – po prostu wszedł, siadł, błysnął uśmiechem i zagrał. Z niesamowitą swobodą przepływał przez gromkie, kilkudźwiękowe tematy, których ostatecznym zwieńczeniem był pełny muzyczny motyw główny z filmu „Prawo i pięść”. To bujał się i  swobodnie lawirował, to wybijał kilka nut dźwięcznie jak na trójkącie czy dzwonkach, to zawracał – perliście i miękko, ostro i mocno, melodyjnie i słodko. Skąpana w niebieskim świetle kilkunastominutowa improwizacja nasyciła scenę mnóstwem intrygujących, ale zawsze harmonijnych tonów, które zachwyciłyby samego Krzysztofa Komedę; jestem też przekonana, że sklepowy nakład najnowszej płyty pianisty, „Komeda”, na pewno zmniejszył się trochę już w niedzielę. Brawo biłby gorliwie Możdżerowi i Chopin, bo to jego utwór był bazą drugiej improwizacji. Utwór furkotał, grzechotał i dudnił, to ragtime’owy, to błyskotliwy i pełen humoru, nasuwający skojarzenia z dwufortepianowymi szaleństwami Marka i Wacka – choć tu klawiatura była tylko jedna! Nie obeszło się naturalnie bez ręcznika w fortepianie, co tłumiło i „umetaliczniało” dźwięk, sprawiając wrażenie, że instrumentów na scenie jest co najmniej kilka albo gdzieś w czeluściach fortepianu schowana jest niewielka konsola dj-ska.

/Piotr Stelmach - fot. Paweł Gołębiewski/

Chwilę później na scenę wkroczyła kolejna grupa – Fisz (który ledwie co opuścił swe stanowisko w ogródku), Emade, DJ Eprom i Adam Pierończyk. Hip-hop wysokiej klasy, z tekstem opartym na osobistych doświadczeniach i z muzyką „na żywo”, ruszył ku słuchaczom; bity, wzbogacone przez saksofon jazzowy Pierończyka płynęły łagodną, rytmiczną falą nad głowami kolebiącego się tłumu.

Kolejną gwiazdą (a  dochodziła już 20:00) był Lech Janerka  (który twarz swą na scenie już wcześniej ukazał) w wyjątkowej asyście flecisty Krzysztofa Popka. Wykonał utwory „nowe” ( z „Fiu fiu”), ale nie zapomniał i o Klausie Mifftochu – przez scenę m.in. przebiegła „Lola”, zdająca się wołać „Jezu, jak się cieszę!”  Występ artysty pokazał, że Janerka wciąż jest w świetnej formie i jako basista, i jako wokalista. Mocny głos, przepalony i przeżarty, ale gęsty i opalizujący jak rtęć, urzekał i zmuszał do słuchania, a melodyjności krzyku, jaki w końcu wydobył z siebie – było nie było – niemal 60-letni drobny, szczupły artysta, mógłby pozazdrościć sam Kurt Cobain.

To jednak jeszcze nie koniec. Na scenę wpadł wieczny punk, niewielki, ale charyzmatyczny lider i onegdaj basista T. Love, Muniek Staszczyk. Wywijający mikrofonem, pełen energii i jak zwykle ukryty za ciemnymi okularami; otoczony ognistym, ciepłym, żółtopomarańczowym światłem.

/Muniek Staszczyk - fot. Paweł Gołębiewski/

Przypomniał dorobek T.Love („Normalnie stary! takie towary…”) i zaprezentował nagranie solowe (m.in. „Święty” i „Stary boy”) – ma wszak na koncie samodzielny album. Wreszcie, ze sparafrazowanym cytatem z wiersza ks. Twardowskiego na ustach, na scenę wkroczyła ikona powojennego polskiego kina, amant i Szatan w jednym – Jan Nowicki, w długim ciemnym płaszczu i ze srebrnym dzwoneczkiem w dłoni. Nie było wątpliwości, mogli zaśpiewać tylko „Ring dong”, także z solowej płyty Staszczyka. „Zostaną po nich tylko buty…i telefony… komórkowe!”- ryknął gromko do Muńka, z myślą o publiczności, Wielki Szu i rozdzwoniwszy się nieco, śpiewnie zachęcał do picia: raz! (Ach, ci sponsorzy!) Spoglądając na umieszczony przy scenie czarno-biały (brawa za pomysł oraz dla operatora za piękne ujęcia) telebim, miało się wrażenie, że jest się właśnie w zadymionym, jazzowym klubie. Duet okazał się strzałem w dziesiątkę, a Jan Nowicki pokazał, że nie stracił ani odrobiny charyzmy.

Kilka minut później na środku sceny stanęły… sztalugi. Zasiadł przy nich szef Strefy Sztuki, towarzyszącej Męskiemu Graniu, rysownik „Śmierci na 5” i oprawy graficznej TVP Kultura – Mariusz Wilczyński. Scena została prawie całkiem wyciemniona, a kamera telebimowa – skierowana na artystę, który spokojnie rozpoczął literkowo-rysunkową opowieść. „Opowiemy Wam Bajkę. O Miłości.”, głosił pierwszy napis. I zaraz potem na kartce zaczęły pojawiać się pierwsze rysunki, stopniowo wycinane i łączone. Na chwilę świat postaci Wilczyńskiego zmienił się w wyświetlaną jak teledysk historyjkę obrazkową, by wreszcie postaci ponownie „zstąpiły” na sztalugę jako król i królowa; na narysowanym w czasie piosenki statku, powoli odpłynęły w stronę  rysującego się horyzontu. Artysta, znów za pomocą pisma, grzecznie pożegnał się z publicznością.

/Wojtek Mazolewski (Pink Freud) - fot. Rafał Placek/

Wreszcie kolejny gość grupy Waglewskiego seniora – Titus, demoniczny lider Acid Drinkers. W pełnym rynsztunku i pełnym makijażu prezentował się rewelacyjnie na tle jak zawsze dyskretnie eleganckiego szefa Męskiego Grania. Wraz z zespołem zagrał 2 utwory i pokazał, że nawet najdzikszy, trashmetalowy temperament może świetnie się zgrać z wyluzowaną i dość łagodną muzyką Waglewskiego. Do wykonania ostatniego utworu Voo Voo  „Nie manipuluj”  Waglewski senior zaprosił natomiast Leszka Możdżera. O, bogowie! Jakże pięknie brzmiało trio gitara/fortepian/głos ludzki! (Polecam nagranie z zeszłorocznego Męskiego w Katowicach, dostępne na Youtube.)

W finale na scenie pojawili się: najpierw lider jazzowego Pink Freud Wojciech Mazolewski wraz z  Mateuszem Pospieszalskim, a potem zestaw Voo Voo/Możdżer/Fisz/Janerka i zdecydowanie wyluzowany „Spięty”. Zgodnie zapewnili jak im dobrze i jak im miło,  i przypomnieli, że „30 cm ponad chodnikami (…) może zdarzyć się coś (…) niezwykłego”. Polecam singiel „Kobiety nam wybaczą”,  zmontowany z fragmentów tekstów piosenek jej wykonawców, z pogodną, obiecującą refleksją w stylu Voo Voo i świetną oprawą muzyczną.

Kiedy Piotr Stelmach złożył podziękowania firmom odpowiedzialnym za sprawy techniczne, artystom, którzy zagrali  czasie całej trasy, zapowiedział set Emade/DJ Eprom, najwytrwalsza część publiczności mogła się rozejść. Między Bogiem a prawdą – nieliczną była owa publiczność. Nie tyle jednak z powodu jakości koncertu czy czasu trwania, ile deszczu, który też chciał wystąpić. Nie wytrzymał w trakcie koncertu  Janerki i z zazdrości zalewał oczy i uszy widowni. Trochę mu później przeszło, pokropił już tylko dla zasady, na chwilę ustał, ale im bliżej finału tym trudniej było mu się oprzeć bliskości tylu świetnych muzyków i postanowił im towarzyszyć. Również chłodny wiatr nie dał sobie w kaszę…padać.

Bywam dość regularnie na różnego typu plenerowych, nie tylko letnich, koncertach i wciąż jestem pod wielkim wrażeniem świetnego przygotowania tej właśnie imprezy. Wszystko przebiegało sprawnie, bez potknięć, opóźnień i nagłych wypadków. Zmiany sprzętu były błyskawiczne, artyści zaczynali i kończyli grać punktualnie, ochroniarze czuwali, by wszyscy wchodzili tylko tam, gdzie im wolno. Niewielki plac przed sceną został mądrze zagospodarowany. Schowana na uboczu sekcja toitoiów (niezwykle czystych nawet pod koniec imprezy), miejsce dla palaczy, fotele-worki, ogródek (a dokładniej: ogród) piwny, przechodzący płynnie w stoiska z jedzeniem, malutki ogródek dla mediów i artystów, namiot dla mediów, sektor dla widowni. Dziennikarzy niewielu, ale reprezentujących najważniejsze media lokalne. W osobnym miejscu stał namiot  radiowej Trójki wspierającej całą imprezę.

/Marcin Gałązka - fot. Paweł Gołębiewski/

Choć koncert trwał od 16.30 do ok. 23:00, zupełnie mnie nie zmęczył. Cena biletu też nie była wygórowana, bo 70 zł za możliwość usłyszenia tak wielu ważnych postaci polskiej męskiej sceny muzycznej to naprawdę niewiele. Zwłaszcza, że jakość koncertu świetna, lepsza niż w niejednym liczącym się w Polsce klubie muzycznym. I wreszcie sami artyści – ich zadowolone twarze, ich uwaga i dokładność, z jaką wykonywali swoje utwory, wzajemne zrozumienie – widoczne także po zejściu ze sceny – sprawiły, że był to koncert niezapomniany.

Publiczność wypełniła swój sektor i ogródek i świetnie się bawiła. W każdym miejscu można było stanąć i potańczyć bez groźby otrzymania ciosu łokciem czy przydepnięć. Przy odrobinie szczęścia można było też złapać schodzących ze sceny artystów i poprosić o autograf (podpisywali się z uśmiechem i bez gderania), a nawet o coś szybko zapytać.

Jeśli idea Męskiego Grania nie wygaśnie, polecam przyszłe edycje. Może będzie tak jak w tym roku w Poznaniu? Ciekawy pomysł, doskonałe wykonanie, piękno –  wizualne i dźwiękowe, świetna atmosfera… w sumie, nawet ten deszcz wydaje mi się teraz jakiś ciepły.

Małgorzata Maciejewska

Tags:

3 komentarze

Zostaw odpowiedź