Jacek Gulanowski: Bułgarskie impresje i ekspresje – cz. 1

20 września 2011 10:480 komentarzy

     Do Bułgarii jechaliśmy samochodem (do Wrocławia), pociągiem (do Katowic) i autobusem (do Pyrzowic), potem samolotem (do Burgas) i autobusem (do Słonecznego Brzegu). Nie wiem, czy w ogóle trzeba wspominać, że najdłuższy etap to polski pociąg. Dobrze że wyjechaliśmy z trzygodzinnym zapasem. Postój w polu za Wrocławiem i mogliśmy nie zdążyć.

     Bułgarski – dziwnie brzmiący język. Słowiański, ale dość twardy, specyficzna wymowa. Dopiero po jakimś czasie zaczyna się rozpoznawać słowa – brzmiące bardzo obco, w rzeczywistości swojskie. Widać to w nazwach miejscowości: Burgas, Kazanłyk, Kaliakra, Sozopol, Łowecz, Tyrgowiszte, Dobricz, Pomorie, Primorsko, Sveti Vlas, Obzor, Carewo. Cyrylica sprawia, że człowiek automatycznie próbuje składać proste zdania po bułgarsku ze wschodniosłowiańską, miękką (a przynajmniej tak wyobrażaną sobie przez Polaków) manierą. Nie tędy droga – Bułgarzy nic nie rozumieją. Trzeba przyjąć najbardziej nieprawdopodobną wymowę, dopiero wtedy odpowiedzą na zwykłe „proszę”/„dziękuję”. I kolejna cegiełka do egzotyki bułgarskiego – nie odmieniają przez przypadki.

     Plastyczne nazwy nadmorskich kurortów zakładanych już po wojnie z myślą o turystach, nie tylko z demoludów. Złote Piaski, Słoneczny Brzeg. Najpierw trudno uwierzyć, że tak ponazywano miasta. Z drugiej strony w  tamtych czasach mogli je ochrzcić na Stalinowo, Leninograd czy Svety Derżynski. Lądujemy w Burgas i jedziemy do Słonecznego Brzegu. Bułgarską cyrylicą zapisane jako Слънчев бряг, transliterują na nieskończoną ilość sposobów. Slynczew Brjag, Slyanchev Bryag, Slunchev Brag… Bułgarzy w rozmowach z nami używają angielskiego „Sunny Beach”, co według mnie nie brzmi już tak dobrze jak słowiański oryginał. Ale że uparcie do tego wracają  – nie ma mocnych…

     Słoneczny Brzeg – kurort zbudowany w latach 50. XX wieku. Wielka socjalistyczna inwestycja, ale paradoksalnie dopiero po upadku Bułgarskiej Republiki Ludowej naprawdę się rozrósł. Kilkaset hoteli, pensjonatów, kasyn, dyskotek, barów, sklepów, restauracji. Głowna arteria komunikacyjna – droga prowadząca na południe przez Nesebar do Burgas i dalej do Turcji, na północ do Warny i dalej do Rumunii. Jednak to nie ona stanowi serce miasta, ale odchodzący od niej w stronę morza deptak, przechodzący w równoległą do plaży promenadę. To tam odbywa się całodobowa impreza, trwa nieustanny handel, migają tandetne światła, muzyka z pobudowanych jeden nad drugim lokali zlewa się w plamę hałasu. Wrocławski rynek i pasaż Niepolda, które chwalą w rozmowach ze mną ludzie, którzy odwiedzili stolicę Dolnego Śląska, jako przykłady wielkomiejskiej zabawy, w Słonecznym Brzegu sprawiają wrażenie spokojnego dansingu dla oldbojów. Nie podejrzewałem, że akurat w małym miasteczku w Bułgarii będę się czuł jak prowincjusz. Bezwstydne nagromadzenie blichtru, niepasującej do siebie tandety. Tak możnaby zdefiniować rozrywkowy postmodernizm. Albo postmodernistyczną rozrywkę. Dość popularne rozwiązanie – wymalowane i roznegliżowane dziewczyny tańczą na barach i na stolikach w co większych knajpach. Ciekawe czy tak dobrze im płacą, że aż tyle dziewczyn na takie tańce się decyduje, czy raczej jest to na tyle słabo płatna praca, że tak wiele lokali może sobie na to pozwolić. Przed barami stoją naganiacze, którzy sprawnie przechodzą na język rozmówców i nakłaniają ich do odwiedzenia „najlepszej”, „najtańszej”, „najbardziej imprezowej” knajpy w  Bułgarii. Całkiem sporo sex-shopów. Szyby co prawda mają zamalowane, ale z reguły przyozdobione wizerunkami półnagich modelek. Wieczorem otwierają drzwi na oścież i wystawiają część towaru na chodnik. Para z małym dzieckiem szybko przemyka pomiędzy koszami z różnokształtnymi dildo. Przez witrynę salonu tatuażu widać grupkę młodzieży żywo dopingującą tatuowanego kolegę. Ciekawe ile z tych przywiezionych znad bułgarskiego morza pamiątek rozmywa się na skutek pijaństwa lub jest wstydliwie skrywana pod ubraniem do śmierci właściciela. Albo do chirurgicznego usunięcia.

     W nocy na promenadzie w Słonecznym Brzegu młodzi gromadzą się pod flagami z nazwami imprez. Potem idą roztańczonym krokiem deptakiem i wchodzą chmarami do kolejnych knajp. Ostatecznie docierają do którejś z większych dyskotek. Gdy wszyscy znikają w środku, animatorzy, którzy kroczyli na czele pochodu z flagami, stoją przy bocznym wejściu i znużeni składają imprezowe sztandary.

       Jak to na południu – dużo taniego wina. (Zresztą daleko na południe nie trzeba jechać, wystarczy odwiedzić Słowację, żeby nacieszyć się niedrogim i przyzwoitym lokalnym trunkiem.) Nie jaboli, tylko właśnie wina. Cena waha się od bardzo tanie do bardzo drogie, jakość: niezłe do świetne. Wino tanie, ale korkociągi drogie (wskazówka, którą usłyszałem przed wyjazdem, sprawdziłem – przekazuję dalej). Przy takiej temperaturze wino świetnie wchodzi, pije się całkiem sporo, ale nie szumi w głowie. Raczej pobudza, niż otępia. W sklepikach i marketach w Słonecznym Brzegu dużo polskiej wódki i zachodnich piw, trudno powiedzieć, czy po zawyżonych cenach, czy faktycznie obciążonych jedynie kosztami importu. Tego nigdy nie będę w stanie zrozumieć – kupowania za granicą droższego polskiego alkoholu. Że ktoś tęskni za „krajową czystą” po dwudziestu latach emigracji – oczywiście. Ale już po 24 godzinach od przekroczenia granicy?

      Bułgarskie piwo prawie tak tanie jak wino, schodzą ogromne ilości. Próbuję najbardziej uznanych browarów – takie sobie. Równie przeciętne, co popularne polskie piwa. Charakterystyczny posmak. Ale niektóre wody mineralne podobnie smakują, więc najprawdopodobniej o wodę właśnie chodzi. Pewnie jest tak jak u nas: żeby spróbować czegoś naprawdę dobrego trzeba dobrze poszukać wśród małych producentów. Popularne są tanie piwa w ogromnych butelkach. „Tylko jedno” zyskuje całkiem nowe znaczenie. Kupują głównie młodzi turyści i miejscowi robotnicy. Oczywiście w prawie każdym sklepie rakija, robiona praktycznie ze wszystkiego: z winogron, śliwek, moreli… Trzeba tylko uważać, żeby nie trafić na taką z dodatkiem anyżku. Chyba że ktoś lubi anyżek oczywiście. Co ciekawe – nie widać, żeby ktoś rakiję kupował. Ostatecznie biorę jedną butelkę na prezent. Próbuję dopiero po powrocie w Polsce. Gdybym wiedział, że taka dobra, mocna ale przyjemna w smaku, pierwszego dnia sprawiłbym sobie butelkę. Pierwszą.

     Oczywiście dałem się nabrać na stereotypową różnicę. Zamawiamy obiad w barze przy targowisku, ceny sporo niższe niż w bardziej uczęszczanych obszarach kurortu, standardy higieny niższe, obsługa mówi tylko po bułgarsku. Wyczytuję dania z menu, pani kręci głową, coraz bardziej się denerwuję, zwłaszcza że widzę gotowe potrawy za kontuarem. Dopiero żona zwraca mi uwagę, że tutaj przecież wszystko na odwrót – kręcą na tak. Szczerze i mocno sobie przed wyjazdem obiecywałem, że będę o tym pamiętał… A obiad – smaczny. Najlepszy deser. Prosty patent, mocno schłodzony arbuz. Warto zapamiętać na wypadek ocieplenia polskiego klimatu.

     W supermarkecie trafiam na łokum – bardzo słodka twarda masa ze skrobii kukurydzianej, pocięta w małe kostki i obtoczona mąką. Ma specyficzny podstawowy smak, wyczuwalny nawet w aromatyzowanych wersjach, podobny do najprostszych polskich lizaków, które pamiętam z początku lat 90-tych. Łokum kosztuje grosze w bułgarskim supermarkecie, zapakowane w prostą tekturkę ze schematycznym obrazkiem i napisem „Lokum – Bulgarian delight”. Od razu kupuję pudełko. Znam je ze spotkania, w którym brał udział turecki pracownik socjalny i częstował wszystkich właśnie łokum – wówczas przedstawionym jako (meczet1) „Turkish delight”. Tak też jest z innymi słodyczami czy potrawami w Bułgarii. Tradycyjne bułgarskie odnajdujemy za granicą jako tradycyjne tureckie. Ta wzajemna niechęć i poprawianie przeszłości dotyczy nie tylko jedzenia. W Nesebarze trafiamy na prawdopodobnie turecką czeszmę, podpisaną po prostu jako czeszma. Każda cerkiew czy zabytkowy dom zawsze opisane jako bułgarski, z greckimi lub bizantyjskimi wpływami, pozostałości rzymskie… Trafiamy też na przypominające duże ule budowle na uboczu. Wyglądają na zabytkowe. Nie możemy znaleźć opisów w polskich przewodnikach czy miejscowych mapkach. Z kolei w Stambule niechętnie wspomina się w folderach turystycznych o pierwotnej formie Hagii Sophii. Można odnieść wrażenie, że Konstantynopol założyli Turcy. A tradycyjne tureckie i bułgarskie pamiątkowe serwisy do kawy wyglądają identycznie w sklepach po obu stronach granicy.

      Można się gorszyć lub podśmiewywać, ale po dłuższym namyśle trudno dziwić się niechęci i podejrzliwości Bułgarów wobec Turków. Mając tak ogromnego sąsiada, z takimi doświadczeniami historycznymi, przynajmniej podświadomie trzeba zdawać sobie sprawę, że tylko duża wojowniczość i gotowość do oporu połączona z przechodzącym w cynizm realizmem jest w stanie zapewnić przetrwanie polityczne, a antypatia i umiłowanie własnej wyjątkowości – przetrwanie kulturowe i etniczne. Tak samo trudno dziwić się Turkom, że uznają się za centrum regionu, minione i przyszłe imperium, które potrafiło narzucić swoją wolę sąsiadom.

     Konstatacja myślicieli i publicystów związanych z GRECE i obwołanych mianem Nouvelle Droite: wielokulturowość (nie tylko europejska) nie polega tylko na tym, że podobnie wyglądający ludzie, mówiącymi w domu różnymi językami, zamieszkują jedno państwo i rozmawiają w lingua franca o tych samych filmach. Różne grupy etniczne i kulturowe zamieszkują określone tereny, mają różne tradycje materialne (kuchnia, ubiór, architektura), ale także duchowe (nie tylko język – także tożsamość, religię, cały Weltanschauung i wynikający z nich polityczny sposób organizacji życia).

     Ludzie mogą nie darzyć się sympatią. Warto przyglądać się zwierzętom, których podziały rewirów łowieckich, nisz ekologicznych, przebiegają zazwyczaj w poprzek politycznych granic i które nic sobie nie robią z człowieczych animozji. W Warnie pies wyleguje się w upale u bram katedry, nie siląc się nawet o żebranie, jak psy na stambulskim hipodromie. Pod Błękitnym Meczetem kot siedzi na marmurowym parapecie i nic sobie nie robi z mijających go tysięcy turystów, próbujących zwrócić na siebie jego uwagę. Jak to kot. Uparł się, że siedzi w określonym miejscu i nic go stamtąd nie odciągnie. Mahomet podobno uwielbiał koty, więc pewnie patrzyłby na to zrozumieniem, albo nawet zachwytem. I tak samo kot w Nesebarze, który postanowił wylegiwać się na schodach koło ruin cerkwi, intensywnie ignorując przy tym zakłócających spokój jego kociej mości. A że uwielbiamy koty – też zakłócamy.

     Nesebar (zapisywany przez Bułgarów łacińskim alfabetem również jako Nesseber i Nesebyr), stara część miasta, port założony jeszcze za czasów trackich, jeden z kluczowych nie tylko dla Bizancjum, ale dla całego regionu, tak pełna zabytków, przede wszystkim oryginalnych ceglanych cerkwi i pół-drewnianych domów, że nie rozdrabniano się i całe wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Chodzimy wzdłuż i wszerz. Jestem zachwycony architekturą, rozpadającymi się cerkwiami, morzem i niebem prześwitującym zza ruin murów. Żona mniej. Zwiedzanie w upale kolejnych cerkwi dość szybko ją nudzi, ja zmęczenia nie czuję. Zabytki, knajpki, stragany z pamiątkami. Ale poprzybijane do ścian i bram klepsydry, informujące o rocznicach śmierci i mszach „za”, przypominają, że to nie jest park rozrywki utrzymywany dla uciechy zwiedzających, ale prawdziwe miasto zamieszkane przez prawdziwych ludzi, a sprzedające koronki poubierane na czarno mimo upału starsze kobiety, to nie wystawiane rano i odnoszone do domu wieczorem rekwizyty. Pozostaje zacytować Mishimę cytującego Baudelaire’a: „w pełni lata jeszcze bardziej porusza nas śmierć”.

     Na promenadzie w Słonecznym Brzegu trafiamy na niespodziankę – „Rock & Metal Shop”. Przede wszystkim koszulki, naszywki, figurki, przypinki i inne gadżety. Muzykę można ściągnąć z netu, kto by się przejmował płytami? Niepozorny sprzedawca wyglądający na przypadkowego, okazuje się nieźle zorientowany. Z polskich zespołów zna głównie mainstreamowy death metal, za którym ja nie przepadam, ale przerzucamy się tytułami płyt Bathory, Darkthrone czy (kultowego tutaj) Manowar, podśmiewujemy się z Cradle Of Filth i robi się przyjemna atmosfera. Rozmowę przerywa grupka chłopaków, którzy źle zrozumieli nazwę sklepu i dopytują o biżuterię. Przeglądamy koszulki – trzeba przyznać: duży wybór, oryginalne wzory, ale wszystkie pirackie. Przenieśmy się do Nesebaru dziewięć dni później. (neseber x3)Spotykamy młodą Bułgarkę w sari rozdającą zaproszenia na festiwal ISKCON-u (czyli lokalnych Krisznowców). Można się z nią dogadać po angielsku. Wypytuję o sprawy religijne w Bułgarii, dla mnie dość egzotyczne. Trochę rozmawiamy o indyjskiej filozofii, zna podstawowe pojęcia, choć oczywiście interpretuje wszystko na typowo ISKCON-owską modłę. I jest szczerze zaskoczona, że ktoś z nią rozmawia na takie tematy. Niestety następnego dnia wylatujemy do domu, więc ominęło nas spotkanie z bułgarskimi hinduistami. Kawałek dalej trafiamy na restaurację „Mexicana” z włoską pizzą i polską banderą przed wejściem. Za to w Słonecznym Brzegu widzimy hotele z wywieszoną przy basenie flagą Izraela i szyldami po hebrajsku, bary z anglojęzycznym kartami dań i angielskim menu. Czas plemion Maffesoliego – lektura obowiązkowa. /cd w numerze ósmym Netkultury – 15 października 2011/

tekst: Jacek Gulanowski
fotografie: Agnieszka i Jacek Gulanowscy

Tags:

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź