Bastelki: Gra w otwarte karty ateizmu

20 września 2011 10:5317 komentarzy

     Postanowiłam sobie, że spróbuję opowiedzieć o duszy ateuszowskiej za pomocą oczywistych oczywistości, które, w świetle danych mi przez los kontaktów z bliźnimi, wcale dla wszystkich oczywiste nie są. Niechaj będzie to, drodzy bracia i siostry wspólnej ziemskiej niedoli,  rodzaj – tak ukochanego przez  Jana Pawła II – ekumenizmu.

     Ateista wśród polskich chrześcijan, zaglądający w ich dusze i w ich pełne sprzeczności umysły, właściwie nieustannie się dziwi. Często ma on wrażenie, że mimo zewnętrznego podobieństwa, posiada inne niż chrześcijanin zmysły albo też jego umysł inaczej przetwarza zebrane z otoczenia dane. Ustalmy  na początek jedno: ateista zakłada, że dusza i umysł to nieodłączne składowe natury ludzkiej, niezależnie od wyznawanych poglądów, bo dusza i umysł są dane każdej (!) istocie ludzkiej – prawem natury. Przeciętny ateista wie o tym „od zawsze”, tzn. od chwili gdy pojawiły się pierwsze zarejestrowane przez niego myśli i pierwsze rozróżnialne uczucia, gdy zrozumiał (albo mu pokazano), że rozpoznawalność i świadomość otoczenia „bierze się” z głowy, a cała przebogata gama odczuć, przeczuć, lęków i obaw, uniesień i euforii, jak i fizycznie namacalna obecność Anioła Stróża, cała  ateuszowska metafizyka, mieści się w sercu. I niechaj to będzie pierwsza oczywista oczywistość, sprzeczna z oczywistością katolików zakładającą, że ateiści duszy nie posiadają.

     Ateista uważa za szczęśliwe zrządzenie losu, że w dzieciństwie nie był prowadzany na mszę świętą, bo np. od kościoła dzieliło go 5 km i była to okoliczność łagodząca. Dało mu to niebagatelną wolność i rozkosz rozwijania procesów poznawczych w sposób bliski naturze pierwotnej, bez ograniczającej pole widzenia otoczki chrześcijańskiej. Rozumie dzięki temu, co czuli pierwotni mieszkańcy Grecji, którzy na długo przed Chrystusem biegali ze swymi pełnymi lęku pytaniami przed oblicze dębu, gdzie święte gołębie śpiewały im odpowiedzi. To tylko pierwszy z brzegu przykład wierzeń, a Czytelnik będzie  łaskaw  w tym miejscu wstawić sobie dowolną wersję podług własnej wiedzy i upodobań.

     Jeśli zdarzyło się ateiście, że przez czas jakiś był katolikiem, też uważa się za szczęściarza, potrafi on bowiem wczuć się w skórę osoby wierzącej, wszak i jego to była skóra zanim ją zrzucił. Wydaje się, że idealną sytuacją jest połączenie obu wymienionych szczęśliwych okoliczności. I niektórym tak się przytrafia.

     Postrzegany jako osoba pusta wewnętrznie, uboższa duchem, czy nawet upośledzona (bo drogi do Boga odnaleźć nie potrafi), ateista egzystencjalną pustkę dostrzega w obozie przeciwnym (oczywista oczywistość, że wolałby móc go nazwać przyjaznym), składającym się ze stłoczonych w katolickich okopach wiernych, broniących  ze ślepym poddaństwem swych idei. Żeby choć raz wyszli do niego z białą flagą zrozumienia i chęcią zawarcia pokoju na równych prawach! Czasami białą flagą w jego kierunku powiewają, lecz gdy tylko się zbliży, zaraz chowają ją do kieszeni i wyciągają książeczkę do nabożeństwa. Mówią, że go rozumieją, ale będą się modlić i może kiedyś się nawróci, może na łożu śmierci, może Bóg mu wybaczy, może dzięki ich wstawiennictwu. Amen. Taka postawa jest w polskiej rzeczywistości kolejną oczywistą oczywistością i ateista nawet nie próbuję z nią walczyć, bo słyszał o Don Kichocie z La Manchy, może nawet przeczytał książkę Cervantesa.

/rys. Katarzyna Rymarz/

     Jak wobec tego postrzega ateista egzystencjalną pustkę katolicyzmu? Głównie to brak ciekawości, jak picie z jednego dzbana i tylko mleka, wciąż mleka, bez chęci zakosztowania smaku innych napojów, bez naturalnej, dziecięcej  wręcz skłonności, by zajrzeć do innych dzbanków. I wydaje się ateiście, że jest to postawa odbiegająca od woli chrześcijańskiego Boga – albowiem po cóż stwarzałaby świat  tak różnorodny i bogaty? Po cóż dawałby każdemu (!!!) człowiekowi wolną wolę i rozum, i sumienie?  Jeśli nasz ateista przynależy do grupy, która zakosztowała członkostwa w kościele katolickim, to wie doskonale, w jaki sposób księża komentują, omawiają i tłumaczą „zastosowanie” wolnej woli w praktyce. Bo oni nawykli wszystko dobrym owieczkom tłumaczyć. Może i „posiadają” jakąś inną wiedzą na swój wyłączny użytek, ale są dobrymi pasterzami, a (tak napiętnowana przez Pismo Święte) pycha, każe im czuć się tymi mądrymi i jedynymi poprawnie  rozumiejącymi. Ale nie to tu akurat najważniejsze. Sedno sprawy tkwi w tym, że żaden katolik nie przyzna się do braku otwartości na inne religie, na inność poglądów. Skądże! Ekumenizm w pełnym tego słowa znaczeniu, tyle że na języku, a nie w głębi katolickiego serca. I oto kolejna, jakże smutnie polska, oczywista oczywistość.

     Pora przedstawić rytuały polskiej codzienności. Oto proszę: znajomi, sąsiedzi, rodzina. Zapewne znajdzie się w tym gronie kilka przykładnych matek wychowujących ministrantów, przyszłych księży i zakonników, które odcinają się od kuzyna (bo z racji swych przekonań nie chciał być świadkiem na kościelnym ślubie), nie odpowiadają na maile siostry (bo niewierząca), wesele siostrzeńca sobie odpuszczą (bo ślub zaledwie cywilny), a jak już się przypadkiem natkną na ateistów (choćby w ośrodku wczasowym) to unikają rozmowy, nos wciskają w gazetę, odpowiadają półgębkiem, by – Broń Boże! – przez indukcję neopogaństwem się nie naelektryzować. Można też spotkać osobę, która potrafi spytać: Skoro jesteś niewierząca/cy, to co cię odróżnia od zwierząt? Jeśli w ujęciu katolika jest to otwartość, teza o odmiennych zmysłach została udowodniona.

     Bywają sytuacje, w których ateista zupełnie pojąć katolika nie potrafi. Oto przykładowy polski mężczyzna wyznania rzymsko-katolickiego, zakładający regularnie niedzielny garnitur, by po mszy świętej stanąć sobie przy oknie i komentować (rzadko kiedy pochlebnie) strój, wzrost, tuszę, łysinę czy inną fryzurę  i parę jeszcze cech przechodzących chodnikiem bliźnich. A niech no tylko pojawi się na horyzoncie Kowalska, o której wiadomo (???), że męża zdradza! O! Takiej to by się (choć ledwie co na mszy znak pokoju najbliższej w ławeczce bliźniej przekazany) nogę do góry podniosło i lało pasem „pomiędzy”. Że Chrystus wybaczył jawnogrzesznicy? W mniemaniu  wzmiankowanego mężczyzny jedno z drugim nie ma nic wspólnego. O odcinaniu pęczniejącego chucią penisa Kowalskiego, co rzadko której białogłowie odpuści, nawet nie chrząknie nasz katolicki ojciec przykładnej polskiej rodziny. Czy naprawdę muszę jeszcze dodawać, że to kolejna oczywista oczywistość?

     Gdyby tak się przypadkiem złożyło, że Kowalska mało że niewierna mężowi, ale ogólnie rzecz biorąc – niewierząca, to może i mniej jadowite i okrutne myśli by w przykładnym katoliku wyzwalała. Bo przecież z taką to nie grzech, a grzech przeciw szóstemu przykazaniu to jakoś tak przyjemnie się kojarzy (mimo iż rajski wąż i zakazany owoc, i wieczne potępienie). A jak się taką myśl (że nie grzech z Kowalską)  głośno w gronie kolegów wyrazi, to żyć się chce jakoś bardziej i piwka napić przy tym. Co dziwniejsze, i żona przykładnego, mocno tym przednim żartem ubawiona – choć widać ledwie cień uśmiechu powściąganego wstydliwie, zdradzają ją oczy, co na myśl o rozpuście wyraźnie rozbłysły. Dlaczego ateisty ów żarcik nie bawi, choć dostrzega w nim rodzaj komediowego dowcipu sytuacyjnego? Bo ma dziwnie skomplikowane serce i sumienie (te o których mówi święty Tomasz, a wcześniej święty Paweł) i jest zadziwiająco otwarty na drugiego człowieka (zgodnie z nauką Jana Pawła II), bo bez tego otwarcia „nie ma czynienia dobra wokół siebie”, a któż tego nie pragnie?

     Zaraz ktoś mi zarzuci, że zbyt idealizuję osobę ateisty. Niekoniecznie. Czynienie dobra nie jest niczym deficytowym, ani wyszukanym w świecie mocno rozwiniętej idei wolontariatu, więc dlaczego nie miałabym przykładowego ateisty w tę cechę charakteru wyposażyć? Ponadto żaden ateista tak wiele nie rozmyśla o szóstym przykazaniu,  a przynajmniej nie w kategoriach owocu zakazanego, żeby się złościć na Kowalską. Jednak czynienie dobra i dobre zamiary katolikowi polskiemu dziwnie nie pasują do ateizmu. I tu dochodzimy do kolejnej oczywistej oczywistości, spośród których wszystkich nie jestem w stanie wyliczyć, bo i nie pamiętam. Pewne jest jedno – są one powszechne i traktowane przez wierzących lekko; zresztą, zupełnie jak grzechy.

     Na koniec zostawiłam sobie prawdziwy wśród oczywistych oczywistości rarytas. Przeciętny ateista  otwarty na człowieka i wsłuchujący w jego duszę (obojętnie: religijnych, czy niereligijnych konotacji) dochodzi do wniosku, że katolicka dusza jest jedną z najprostszych. Zestaw podanych na tacy, gotowych recept na życie, rozwiewanie odgórne wszelkich wątpliwości (łącznie ze świadomością, że wątpliwości mają prawo zaistnieć) musi z czasem doprowadzić do skostnienia zarówno umysłu, jak i duszy czy sumienia. Każda próba zbadania, co też kryje w swych głębiach katolik, kończy się prędzej czy później zdecydowanym (z jego strony): wierzę i więcej wiedzieć nie muszę. I tak drzwi do katolickiej duszy zamykają się przed niewiernym. Wydaje mi się, że katolik i przed sobą je zamyka, nie chce znać własnej prawdy, woli w nią wierzyć.

     Już dusza świadka Jehowy, która wciąż konfrontuje się z prawdami pisma i podsuwa rozumowi argumenty przekonujące adwersarza, jest dalece bardziej złożona. Jednak najbardziej złożona jest dusza ateisty (pod warunkiem, że i rozumu natura mu nie poskąpiła). Od lat poszukuję mądrali, który mnie przekona, że jest inaczej. Ateiście bliżej do prawa naturalnego, które – jak przytacza ks. Józef Tischner („Idąc przez puste Błonia”, Wydawnictwo Znak  2005) – Jan Paweł II uważa za „płaszczyznę dialogu z tymi, którzy nie będąc chrześcijanami, żyją dobrze i robią wiele dobrego we współczesnym świecie”. A prawo natury jest „niczym innym jak światłem rozumu wlanym w nas przez Boga . Dzięki niemu poznajemy, co należy czynić i czego unikać ”, bo prawo natury Bóg „wpisał człowiekowi w serce”.  Ateista nie otrzymuje od natury prostych i jednoznacznych wytycznych. Musi wiedzieć sam z siebie, że „porządek dobra stoi wyżej niż porządek bytu”, bo jedynym świadkiem jego myśli „na przemian oskarżających i uniewinniających” jest jego sumienie (święty Paweł).

     Jako byty rozumne, obdarzone też sercem, możemy poszukiwać „tego co dobre według porządku rozumu” (jak chce święty Tomasz), niezależnie od faktu czy – w naszym odczuciu – Bóg istnieje jako byt realny, czy też funkcjonuje tylko jako pojęcie. A łakniemy Go jak kania dżdżu, my – zagubione  (odnalezione?) w porażającej wielkości wszechświata istoty, niepojmujące swego pochodzenia, niepewne losów swej planety, przeczuwające niewyraźny związek z każdą żywą komórką poznawalnego świata i marzące o namacalnych dowodach istnienia innych bytów. I taka oto jest nasza wspólna prawda, choć różnie do niej dążymy. Ale tylko osoby niewierzące tak sprawy postrzegają. Katolicy mają monopol na swoją prawdę, która – oczywista oczywistość – powinna obowiązywać wszystkich.

Bastelki

Tags:

17 komentarzy

  • Muszę przyznać, że poczułem się lekturą tego tekstu cokolwiek dotknięty. Mam – niestety! – przykre wrażenie, że po raz kolejny podczas netkulturowych dyskusji o (współ)istnieniu deistów i ateistów obracamy się wokół tego samego, skandalicznie fałszywego obrazu góralskiego skansenu. Znów te przykuse kalesony i fikuśne kapilindry. I po co?

    /oczywistością katolików zakładającą, że ateiści duszy nie posiadają/

    Pardon? Znam wielu, naprawdę wielu katolików, od bardzo gorliwych (i na sposób „augustyniański”, i „franciszkański”) po takich świąteczno-niedzielnych. Nie zdarzyło mi się jednak usłyszeć, aby ktokolwiek z nich – łącznie nawet z rydzykowskimi ortodoksami – odmawiał jakiekolwiek istocie ludzkiej posiadania duszy. Zatem: nie, kol. Bastelki. Wiem, że w miarę wygodnie jest widzieć te kalesony, acz jeśli w ogóle kiedykolwiek były one w modzie (były? dowody poproszę), już dawno, dawno temu trafiły do lamusa.

    /ateista egzystencjalną pustkę dostrzega w obozie przeciwnym (oczywista oczywistość, że wolałby móc go nazwać przyjaznym)/

    O dostrzeganiu pustki jeszcze za moment. Teraz: wolałby? Czy aby na pewno? Nie, nie wątpię ani przez sekundę, że wolałaby kol. Bastelki. Jednakowoż – jak najbardziej uzasadnionym, nie przeczę – przykładom ciemnogrodzkich postaw niektórych katolików da się przedstawić szerokaśną gamę zachowań (również niektórych) ateistów, którzy w wierzących bliźnich widzą zgraję matołów, bezrozumnie trykającą czołem w kościelną posadzkę. Sposoby konkretnych realizacji tego przekonania można by wymieniać godzinami. Ale w jakim celu? Przecież to oczywiste, prawda? Czy tacy ateiści też by woleli? Chciałbym w to uwierzyć (sic).

    Teraz co do tzw. rarytasu: poczułem się trochę jak w osiedlowym ośrodku zdrowia. W tej szufladzie mamy te proste przypadki. Widnieje na niej nalepka z wielkim napisem ‚KATOLICY’. Pod nią mamy kilka innych przegródek. Jak rozumiem, gdzieś w okolicach „świadków Jehowy” znaleźliby się też np. „buddyści”. A co z „muzułmanami”? Nad „katolikami”, czy pod? I dlaczego? Wreszcie, na samej górze, szafa dla ateistycznej elity, obdarzonej giętkim umysłem i duszyczką pachnącą świeżością. Piknie i nadobnie. Dutki wrzucać do skrzynki i żadne tam „co łaska”, cztery pięćdziesiąt od głowy.

    Wreszcie: /taka oto jest nasza wspólna prawda, choć różnie do niej dążymy. Ale tylko osoby niewierzące tak sprawy postrzegają./

    Tu się wziąłem i załamałem. Cytowane słowa cokolwiek dziwacznie wyglądają idąc spod palców osoby, która jeszcze chwilę wcześniej rozpisuje się o otwartości i innych takich hmmm… oczywistościach. W ten sposób nie da się poprowadzić żadnej rozgrywki. Jako człowiek wierzący (choć słabo), nie mam nic naprzeciw graniu w otwarte karty. Ale moje karty to muszą być naprawdę moje karty. A nie wetknięta mi do rąk trójka waletów w przyciasnych gaciach i kapeluszu z piórkiem.

    • Cały problem zdaje się polegać, zygi, na tym, że udaje ci się nie trafiać na tych katolików, na których trafia bastelki. Bez żadnej ironii – zazdroszczę. a w większej mierze trafiam na podobnyc jak autorka. Skoro protestujesz przeciw używaniu tabliczki „katolicy”, to jaką byś w zamian zaproponował? Bo trudno osoby któych opinie o ateistach zostały tu prawie że zacytowane uznac za muzułmanów skoro chodza na katolickie msze a nie do meczetu;) No to kto to jest? W kwestii tego, czy ateista dusze ma czy nie (a nie ma) to osobiście słyszałem takie wisty od mojego własnego katechety. Zdarzło mi się też od znajomych katolików, więc nie jest tak, że autorka tezę wyssała z palca. na temat tego, czy bez odpowiedniej, chrzescijansiej duchowości życie wewnętrzene jest w ogóle możliwe na odpowiedmum poziomie, kilkakroć wypowiadał się ks. prymas Glemp jak pamiętam niezbyt prawosławny. Nie jest ta dobrze, jak twierdzisz, choć wolałbym, żebym to ja się mylił.

      • Nie wiem. Wydaje mi się, że jednostki niezdolne do wylezienia poza zamknięty światek własnych poglądów i „mojszość” swoich racji trafiają się zarówno pośród niewierzących, jak i wierzących w to, tamto, czy siamto. Dlatego nie podoba mi się używanie jakichkolwiek szufladek (nie tylko w tej sprawie zresztą). Najpierw jesteśmy ludźmi, potem dopiero wyznawcami.

    • Spokojnie, z-m-p. Poczułeś się dotknięty, ugodzony do żywego. Zabolało? To teraz już wiesz, co często czuje ateista/ateistka w polskim społeczeństwie. Oczywiście, że „rarytas” jest bzdurą – nie przypuszczałam, że ktokolwiek może potraktować ten fragment inaczej niż rodzaj (artystycznej?) prowokacji, mającej na celu poruszenie i oburzenie, które pomoże wejść w skórę drugiego.
      Życie wewnętrzne, złożoność natury ludzkiej, wrażliwość nie mają nic wspólnego z religijnością/niereligijnością – to oczywista oczywistość, nie sądziłam, że tu w ogóle może dojść do niejasności.

      Twoja emocjonalna reakcja , z-m-p, pokazuje dokładnie jak wygląda dialog na linii wierzący-niewierzący – emocje nie pozwalają ocenić całościowego sensu wypowiedzi, powodują skupienie uwagi tylko na „dotykających mnie” czy „obrażających” moją religijność fragmentach. Mam nadzieję, że już trochę ochłonąłeś, a ból jaki poczułeś przez moment pozwoli nam choć minimalnie zbliżyć się do rozumienia siebie nawzajem.
      Nie interesują mnie takie czy inne rozważania natury okołoreligijnej w oparciu o teorię, ważna jest dla mnie mentalność społeczeństwa, która pozostaje niezmienna niezależnie od upływu czasu i zmian ustrojowych. Wszystkie (!) przytoczone w felietonie przykłady i wypowiedzi są wzięte z życia, to nie literacka fikcja, ani wymysł mojej wyobraźni.

      • Widzisz, ale ja się poczułem dotknięty nie jako katolik, a jako zwyczajnie jako człowiek. Mam nadzieję, że tym razem Ciebie nie zaboli, ale moim zdaniem od rozumowania w stylu „katolicy to, ateiści tamto” (niechby i przedstawionego jedynie celem prowokacji) już tylko drobniutki kroczek do wymysłów typu „Polacy kradną, Włosi to brudasy, Żydzi geszefciarze, Rosjanie pijacy etc., etc.” I pewnie, można znaleźć całe multum przykładów na polskie złodziejstwo, włoskie uchybienia w higienie, żydowskie machlojki, czy rosyjski alkoholizm. I co z tego?

        Wydaje mi się, że nawet bez kłucia i podgrzewania jestem w stanie wejść w położenie osoby o innych poglądach, niż moje. Tym bardziej nie rozumiem, skąd to ustawiczne wzajemne celowanie do siebie z ciężkich sprzętów. Może zamiast się okładać, spróbujmy znaleźć jakieś wspólne punkty? Pomyślmy o rozwiązaniach, które spowodowałyby, że i Tobie, i mnie zrobiłoby się lepiej?

        Przecież jakieś zalążki już tu były. Ja też, jako katolik, uważam, że rozdział kościoła i państwa leży w najlepszym interesie zarówno kościoła, jak i państwa. Takoż sądzę, ze finansowanie z państwowej (a więc po części także ateistycznej) kiesy kościelnych instytucji i projektów to rozbój w biały dzień (zwłaszcza wziąwszy pod uwagę wysokość okolicznościowych „cołasek”). Wreszcie, wracając bliżej tekstowego meritum, bez wyraźnego zaproszenia nie zamierzam pałętać się po meandrach czyjejkolwiek duszy.

        Poprzez wzajemnie wytykanie sobie przywar, rzucanie granatami i pokazywanie paluchami nie dojdziemy donikąd.

        • Nie zajmuję się tu wcale „tacą” (kto chce niech wrzuca), nawet mnie aż tak nie martwi, że mimowolnie dopłacam do kościoła-instytucji,
          a mówienie o mentalności dużej części społeczeństwa nie oznacza, moim zdaniem, kreowania negatywnych stereotypów. Zatem – nie rozumiem z czym Ty polemizujesz. Odnieś się do tego o czym rzeczywiście jest ten tekst.

          Bardzo ładnie napisałeś: „Pomyślmy o rozwiązaniach, które spowodowałyby, że i Tobie, i mnie zrobiłoby się lepiej?” No myślę i myślę, i wydaje mi się, że nazywanie rzeczy po imieniu, wskazywanie dziwnych zachowań (nie odpowiadam na maile kuzynki, bo niewierząca) i zaproszenie do dyskusji (do otwarcia duszy) to chyba dobry początek. Czy naprawdę zamykasz oczy na pewne sprawy z życia publicznego? Nie słyszysz tych nośnych hasełek Polak-katolik?

          Oburzasz się na mój pojedynczy głos, jak czułbyś się w kraju, gdzie przewagę stanowią ateiści, a TV nieustannie pokazywałaby polityków (i nie tylko)nawołujących: Polak- ateista!

          • /mówienie o mentalności dużej części społeczeństwa nie oznacza, moim zdaniem, kreowania negatywnych stereotypów./;

            /nazywanie rzeczy po imieniu, wskazywanie dziwnych zachowań (…) i zaproszenie do dyskusji (do otwarcia duszy) to chyba dobry początek/

            Nie. Mówienie o mentalności dużej części społeczeństwa nie oznacza kreowania negatywnych stereotypów. Tak długo, jak tej dużej części nie dopniemy jakiejś kategoryzującej łatki. Bo jeśli ta łatka się pojawi, imiona, jakie chcesz nadać rzeczom, robią się z gruntu fałszywe, a dyskusja, do której zapraszasz, okazuje się jedynie zbieraniem dowodów na poparcie z góry utrwalonej tezy.

            OK, duża część naszego społeczeństwa tak już ma, że uwielbia dostrzegać ździebełka w cudzych oczach. Takie narodowe hobby, łamiące wszelkie podziały, popularne wśród biednych i bogatych, starych i młodych, chudych i grubych, wieśniaków i miastowych, wierzących i niewierzących, wymieniać dalej? Naprawdę uważasz, że gdybyś była żarliwą katoliczką, owi „ździebełkowi hobbyści” daliby Ci spokój? Przecież w trymiga znaleźliby jakiś zbiór, do którego należą oni, ale Ty już nie. Może miałabyś nie taką fryzurę? Zbyt nowy/stary samochód? Zbyt wysoki/niski obcas? A może wymawiasz „r” w ten chahaktehystyczny sposób?

            Jasne, możesz sobie nalepić na „hobbystach” łatkę „katolicy” i przyprasować ją krokodylionem idiotycznych wypowiedzi i zachowań członków krk. Możesz do woli okopywać się w swej mniejszościowości, schować się za gardą ateizmu i zza niej od czasu do czasu celować palcem w paru cymbałów powtarzających równie brodate, co bzdurne hasełko „Polak-katolik”. Możesz nawet zamknąć oczy na całą gromadę ateistów plotących piętrowe farmazony o katolikach. Tylko po co? Naprawdę uważasz, że nazywasz w ten sposób rzeczy po imieniu?

    • To jest przede wszystkim nudne. A zważywszy NATO,że odbywały się już w Netqulturze dyskursy okołoreligijne,z których naturalnie i tak nic nie wynika, to uczucie nudy się potęguje.
      „Nie przyszedlem Pana nawracać ” twierdził ksiądz poeta Jan Twardowski.I my slę,ze to jest stanowisko rozsądne.
      Również w przypadku ateisty.

      • Ocena czy to nudne czy nie, to oczywiście kwestia subiektywnego (oczywiście adekwatnego skoro taki temat) podejścia, Ja się nie wynudziłam. Ateistką nie jestem, katoliczka również. Jakoś mnie nie nudzą świadectwa osób ukazujące, że ciężko im funkcjonowac w naszym społeczeństwie. Co do cytatu z Twardowskiego – bardzo ładny, nosny, z praktyką tu i teraz niemający zbyt wiele wspólnego. Co ma te pierni do felietonowego wiatraka – nie pojmuję. Ani jednego zdania „nawracającego” w tym tekscie nie znajduję. Nie rozumiem skąd taki pomysł. Nie wiem też, co trzeba napisac, by pan (pani?) Bekas mógł (mogłaby) uznac, że coś „wyniknie”. Jesli opisane sytuacje sa panu (-i) znane, to nie rozumiem jego (jej) komentarzy pod poprzednimi tekstami „tego gatunku;))

        • Pani Zuzik nie „rozumienie” moich komentarzy pod poprzednią dyskusją na tematy wyznaniowe.Jak mniemam nie chodzi tu o rozumienie, „jaranie”, pojmowanie czegoś,bo nikt się do defektów umysłowych dobrowolnie nie przyznaje,ale o akceptację,której się wcale nie spodziewałem,gdyż poglądy mam raczej oryginalne, dalekie od banalnych oczywistych stwierdzen.Może też chodzic o zrozumienie przeslanek,motywów, które takie widzenie ukształtowały.
          Jako fenomenolog muszę stwierdzić,ze są pytania o funkcjonowanieczegoś i pytania o genezę czegoś. Odpowiedz na ten drugi rodzaj pytan jest znacznie trudniejsza i w wypadku obiektów jednostkowych takich jak pojedynczy człowiek nie wiadomo czy te starania mają sens.
          Natiralnie ,każda wypowiedz jest subiektywna. Pani wypowiada się też tylko we własnym jednostkowym imieniu,a więc subiektywnie. Ale subiektywizm subiektywizmowi nierówny.Są poglądy na czymś oparte(chociażby na doświadczeniu ,lub stosownych lekturach czy obserwacjach)i poglądy relacjonujace to z czym się OSOBIŚCIE zetknęliśmy.
          Z faktu ,że koło mnie na rogu, umieszczono skrzynkę pocztową, nie wynika,że na każym rogu ulicy jest skrzynka pocztowa.
          W Polsce 90% dyskusji polega na tym,że każdy stara sie w sposób na ogół bezzasadny uogolnić swoje doświadczenia i przekonywuje innych,że jest tak jak on mniema. To utrudnia wszelką dyskusję,zamieniajac ją w pustą gadaninę. Takie podejście nazywam egomonokazualizmem lub krocej monokazualizm ( w olbrzymim skrócie; jedna przyczyna-jeden skutek). Tymczasem życie jest o wiele bardziej skomplikowane niz takie pośpieszne”diagnozy”.
          Jeśliby Pani przeczytała uwaznie moje wpisy,bez trudu pojęłaby pani,że mają dużo wspolnego z praktyką i propnują praktyczne rozwiązania z których 4 najważniejsze to ; 1)państwo ponad wyznaniowe ( a nie świeckie jak chce chcą idioci z SLD,przygotowujac grunt pod propagandę ateizmu lub/i satanizmu 2) oficjalne,bądz publiczne pytanie o wyznawaną religię-pytaniem „antykonstytucyjnym” (jak w US )karane więzieniem,3) zadne z istniejących wyznan nie wspomagane z kiesy panstwowej.Zródła dochodu; wylącznie własne majątki, darowizny i składki „wiernych”.Dotyczyłoby to równiez szkół różnych stopni oraz uczelni prowadzonych przez instytucje religijne,4) Całkowity zakaz organizowania propagandy religijnej i antyreligijnej,w tym również wizyt duszpasterskich zwanych „kolędami”
          Zadna z tych propozycji nie została podjęta w dyskusji. Pewno ze względu na zbyt abstrakcyjny charakter.

  • Mnie treść tego tekstu nie dotkneła. Wiem z doświadczenia, że autor( lub autorka) mogła spotkać tego rodzaju zachowania i postawy. Świadczą one jedynie o tym jak małą wiedzę mają zarówno ateiści, jak i ludzie więrzący ( choć podobno wszyscy jesteśmy wierzący, jedni wierzą w istnienie, inni w nieistnienie Absolutu, bo dowodów nie ma nikt) Jeśli Najwyższy istnieje wszyscy mamy duszę, bez względu na wyznanie, czy jego brak.I tu podstawową niewiedzą popisują się katolicy Jeżeli nie istnieje to ta dyskusja nie ma sensu.Jako ortodoksyjny katolik potępiam opisane przez autora zachowania innych katolików, podzielam jego zdanie, że polski katolicyzm jest delikatnie mówiąc niewłaściwy. Znam osobiście księży, którzy moim zdaniem sa niewierzący, szerzą nienawiść, ksenofobię, antysemityzm i głupotę. Dla mnie postawa chrześcijańska to przede wszystkim tolerancja w myśl ewangelicznej zasady ” macie miłować nawet nieprzyjaciół swoich”. Nie podzielam wielu zachowań niewierzących,jednak toleruję je pamiętając, że nawet anioł zawahał się przed przeklnięciem diabła, szanując jego wolną wolę.

  • Jestem ateistą i duszy nie posiadam.
    Pozdrawiam szaleńczo i z pianą na pysku];=0

    • Jeśli jest tak jak Ty zakładasz, to ja i tak w porównaniu z Tobą jestem w lepszej sytuacji. Na końcu żywota nastąpi rozkład materii, koniec świadomości, nie będzie nawet okazji żałować straconych okazji. Jeśli jest tak jak ja wierzę, to Twoja sytuacja jest marna. Nawet ateiści posiadają duszę nieśmiertelną, a pamiętaj, że oczekuje na nią cała wieczność. W jakimś bliżej nieokreślonym czasie obaj się o tym przekonamy( lub nie).

  • a ja w sumie przeczytałam z przyjemnością i uśmiechem na twarzy
    bo jednak z przymrużeniem oka trochę..
    popadamy ze skrajności w skrajność
    to chyba tez ostatnio nasza przywara
    🙂

  • Ja tylko na marginesie tej dyskusji mogę podać dwa najbardziej jaskrawe przykłady z własnego życia: raz – dowiedziałam się, że nie mogę wychować dobrze dzieci, bo jako ateistka jestem pozbawiona moralności, dwa – na moją deklarację niewiary usłyszałam, że to niemożliwe, bo jestem na to zbyt inteligentna. Obie wypowiedzi pochodzą od osób wykształconych i skądinąd niegłupich. Tak, od takich osób, a nie tzw. ciemnej masy.

  • I znów włożyłam kij w mrowisko? Wieje nudą, a niektórzy dyskutanci rozpaleni do żywego.
    Cóż, nie rozmawiajmy o agresywnych kibicach, o idiotycznych sporach opozycji z rządem, o młodych-gniewnych patriotach – nie ma o czym. Przymknijmy oczy, bo to zjawiska marginalne – grunt to dobre samopoczucie. Wg z-m-p „wytknięta palcem” mentalność jest w naszym kraju zjawiskiem marginalnym – i jak tu się nie dziwić?

  • Nie da się (nie dziwić).

Zostaw odpowiedź