Tandemonium: Nie czekajcie na barbarzyńców. Oni już tu są.

20 września 2011 10:515 komentarzy

     Byliśmy, proszę Państwa, niemal pionierami Internetu. Byliśmy też jego  apologetami. Kiedy zadawano nam pytania o poezję internetową, zaklinaliśmy się, że nie różni się niczym od każdej innej, że tak samo może być dobra lub zła, a Internet, dzięki zapewnieniu błyskawicznej łączności z czytelnikami, może ją ożywić, przybliżyć, upowszechnić. Radość nasza z tego powodu była wielka, albowiem kochamy poezję miłością pierwszą aż po grób. Jakże się myliliśmy!

     Pierwsze symptomy pojawiły się wraz z upadkiem Usenetu. Grupy dyskusyjne wypączkowały w niezliczone portale, a te stworzyły potwora.

Potwór jest wszystkożerny, odbija mu się tylko  po dobrej poezji.

Z grubsza można wyróżnić dwa typy potworów:
– potwór poczciwy
– potwór oświecony
Potwór poczciwy występuje w literaturze od wieków. To nasza dobrze znana, oswojona grafomania, układne rymowanki, niezmienne od stuleci wierszyki sztambuchowe, liryczne westchnienia panien i młodzianków, rubaszne rymy biesiadne etc. etc. Tą nie będziemy się zajmować. Istniała i istnieć będzie, nie zmieniła się w dobie Internetu, może tylko zwiększyły się jej możliwości autoprezentacji.

     W niniejszym felietonie zajmiemy się więc grafomanią oświeconą, która święci sukcesy wprawiające autorów niniejszego w permanentny stupor.

 ***

      Upadek portali był tylko kwestią czasu. Autorzy, którzy coś umieli, uciekli dłubać na swoim poletku. Natomiast grono wygadanych i przebojowych zajęło się fabrykowaniem własnego świata.

     Świat literacki to książki, spotkania autorskie i czasopisma. Książki od biedy można wydawać za niezbyt wielkie pieniądze. Gorzej z czasopismami. Na to również znalazł się sposób. Założono pisma internetowe. Graficy komputerowi zrobili, co było trzeba, i tak zwodowano pierwsze pismo, po nim kolejne i jeszcze jedno. Skoro były pisma, pojawili się redaktorzy, recenzenci i sekretarze redakcji. Publikowano koślawe wierszyki i równie koślawe ich recenzje. W małych miastach zaczęły odbywać się festiwale poezji, TEJ poezji.

     W krótkim czasie oświecona grafomania stworzyła świat, będący parodią prawdziwego świata, i od tego momentu przestała być zabawna. Sprawa stała się poważna, bo oto pojawili się autorzy uznawani przez społeczność za wybitnych. Ich się opiewało w recenzjach, ich książki lansowano jako wydarzenia. I w krótkim czasie znaleziono dojście do publicznych pieniędzy. Czy można się dziwić, że wójt daje pieniądze na gminny festiwal poezji? Przecież to kultura wysoka, z najwyższej półki! To nobilituje, a na to nie szkoda rzucić grosza. Festiwale zaczęły mnożyć się jak grzyby po deszczu. Panie od polskiego nareszcie poczuły wiatr w żaglach. Teraz zasiadały w jury, ferowały werdykty, bankietowały i raportowały władzy, że impreza nad wyraz wartościowa, a także sławi i głosi wszem i wobec. Grupa rosła w siłę i kolejne manewry sięgały coraz wyżej. Władza płaciła i oglądała malowniczych dziwaków czytających mało zrozumiałe teksty. Liczyło się, że w gminnej statystyce w dziale kultura przestawała straszyć samotna, niedofinansowana biblioteka.

/rys. Katarzyna Rymarz/

     Na tym etapie oświecona grafomania tworzy już wyraziste zjawisko. Wiersze zazwyczaj są o sprawach ostatecznych lub o miłości, ale takiej nieszczęśliwej. Pointa wiersza musi być wybuchem ekstazy; w obłokach ektoplazmy, w fontannach krwi, ginie zazwyczaj mizerna wartość samego utworu. Taka forma staje się obowiązująca i po jakimś czasie wytwarza zespół definitywnych rozwiązań, które są powszechnie przestrzegane. Istnieje też jej bardziej nowoczesna odmiana: tu miłość i ektoplazmę zastępują seks i wydzieliny ciała, walczące o lepsze ze skrawkami skóry, zdartymi paznokciami, zaropiałymi oczami, a podmiot liryczny nurza się w oparach alkoholu, z lubością opisując poranne skutki jego nadużycia, podkreślane charakterystycznymi znakami przestankowymi rozpoczynającymi się od powszechnie znanych liter alfabetu.

     Gra o kasę toczy się bez chwili wytchnienia. Powołuje się fundacje o niewinnych nazwach i poprzez nie ciągnie się publiczne fundusze. Od tego momentu można już mówić o instytucjonalizacji zjawiska. Wydawnictwa są na przyzwoitym poziomie edytorskim, często na lśniącym papierze, co stanowi ukłon w stronę wójtów i sołtysów, wychowanych w kulcie papieru kredowego. Ale przecież można iść wyżej, prawda? Więc się idzie. I tak oto miasto niegdyś wojewódzkie, zyskuje festiwal poezji organizowany przez oświeconych. Na tym festiwalu pojawiają się już pisarze i krytycy z oficjalnego obiegu. Cóż, z czegoś żyć trzeba, pieniądze nie śmierdzą i tak dalej. Prezydent miasta ma swoje pięć minut, w sprawozdaniu wszystko się zgadza, a wierszy i tak nikt nie czyta. Sytuacja jest wręcz idealna, by sięgać dalej, wyżej, aż po najwyższe rejony.

     Oczywiście nikt nie zaprosi oświeconych na salony. Ale im to nie jest do niczego potrzebne. Mają swoje pisma, swoich krytyków, swoje wydawnictwa i festiwale. Zostali poetami, a tego zawsze chcieli.

Dziś słyszy o nich Polska, a jutro cały świat.

Tandemonium

Tags:

5 komentarzy

  • można się załamać
    😉
    trochę zgłupiałam

  • jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o talerz zupy, kto się nie sprzedaje ten bałwan, hehe..? świat byłby piękny, gdyby pieniądze posiadali wyłącznie sołtysi, ze łbem na karku i to najlepiej – takim do wszystkiego 🙂 czy istnieją mityczne złote (pół)środki? pewnie z tysiąc. grunt by zjeść, grunt być silnym sprawiedliwym, grunt nie dać się zwariować. czy istnieje nadzieja, dla sprawiedliwych (tj., podczepiając się lekko pod poetykę felietonu – nie-potworów) i dla sołtysów? cóż, przyszłość i jednych, i drugich leży w ich wspólnych dłoniach 🙂

    dobry felieton

    pozdrowienia serdeczne!

    Rafał W. alias kto wie, ten wie

  • prycypialnie pojechane. Aż się prosi kontynuacja w temacie prozy internetowej. W kwestii diagnozowanego upadku portali literckich, to ja na tak i na nie. Jeśli za upadek uznamy przekształcenie się tychże w portale społecznościowe – to się zgadzam;)

  • proza też oświecona?

    mnie to najbardziej podkurzają zblazowane polonistki, tudzież dziennikarki/dziennikarze kulturalni, a nawet ci poszczególni z radia, których jak słyszę, jak ich ton głosu słyszę, to już wiem, że są wspaniale oświeceni, i że by ich to najlepiej – z laczka!

    R.

    • generalnie, to mnie oni też denerwują. Z drugiej strony taki zapanował kult literata-amatora, że tłumy sobie wmówiły, że mają talent, ba! warsztat nawet i swoje klęski w kontaktach z wydawcami oceniają jednoznacznie – jako spisek;) Zupełnie bez refleksji, – a moze to co ja pisze, to kicha. A przeciez – jest to możliwe, nawet bardziej możliwe, niz niemożliwe.

Zostaw odpowiedź do Rudy Lesio