MiKasa: Czy Anastasi nas obraził?

19 czerwca 2011 22:003 komentarze

Siadając na tron selekcjonera naszej siatkarskiej kadry narodowej mężczyzn Andrea Anastasi z pewnością wiedział, iż mebel to mocno chybotliwy. Lekceważąc fakt ten, choć się jeszcze dobrze się nie rozsiadł, to już się naraził. Stwierdził w jednym z wywiadów, iż Polacy to drugi rzut światowej siatkówki. Do pierwszego zaliczył Brazylijczyków i Rosjan, mając na myśli obfitość talentów w obu tych krajach. Oczywiście nie sposób się z nim nie zgodzić, ale pozostaje wątpliwość – dlaczego Włoch nie podkreślił, iż PlusLiga jest prawie najlepsza na świecie, a polska myśl szkoleniowa w zasadzie nie ma sobie równych. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, to zapewne Włoch nie chciał się zapętlić koncepcyjnie – skoro Polacy najlepsi, to czemu od tylu lat obcokrajowcy tremują kadrę i jeszcze dziwnie się to zbiega z sukcesami odniesionymi po wieloletniej przerwie. Jeśli chodzi o potęgę ligi, to pan trener się raczej nie wypowiada, co dobrze świadczy o jego zdolnościach dyplomatycznych. Efekty niejakie to już przynosi, gdyż nie słychać (dotąd) większej krytyki jego poczynań. Inna rzecz, czy nie jest to przypadkiem cisza przed burzą – być może Anastasi nas obraził. Czas pokaże.

Jak dotąd pokazał selekcjoner. To mianowicie, że na kolanach za kadrowiczami szorować nie zamierza i jakoś bezapelacyjnie przeszedł oświadczenia absencyjne takich asów jak Zagumny, Winiarski, Pliński i Wlazły. Wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że stan zdrowia im nie pozwala tuż po rozdętym ligowym sezonie trenować i walczyć w narodowej drużynie. W przypadku Mariusza W. nie jest to zbyt wielka niespodzianka, jako że od MŚ 2006 roku niewiele reprezentacja (z tych właśnie przyczyn) miała z niego pożytku. Na szczęście Skra Bełchatów tego o sobie powiedzieć nie może, jako że dba o zdrowie zawodników w sposób godny naśladowania. Najlepszym na to ponad dwumetrowym dowodem jest zawodnik Możdżonek, który pół sezonu przyskakał z poważną kontuzją stopy i nikt o to afery nie robi. A powinno się drągala ukarać, bo kontuzję zapewne ukrył przed klubowym lekarzem i trenerem Piechockim, który (startując na trenerski tron krajowy) z pewnością nie dopuściłby do narażania nogi Możdżonka, będącej przecież jedną z najwartościowszych kończyn dolnych kadry narodowej. Sprawa przez media przemknęła jakoś tak mimochodem, a komentarze sprowadzić można do jednego mianownika: „gra na blokadach to u nas norma”. I bardzo dobrze.

Skoro o norma mowa, to jedną z nich przez cały ligowy sezon było milczenie graczy, działaczy oraz trenerów w sprawie wprowadzonej w życie reformy rozgrywek PlusLigi. Z grubsza polegała ona na tym, że wprowadzono II rundę rundy zasadniczej, która okazała się o wiele ciekawsza do pozostałych, w których  żaden Libero nie grał w pierwszej linii, a kibice tłumie przychodzili na mecze, co od lat zdążyło już nas wszystkich znudzić.

Co ciekawe, nowy system sprawdził się aż tak bardzo, że już w nadchodzącym sezonie nie będzie obowiązywał. Tak przynajmniej donoszą media. Nie donoszą natomiast, czy już można brzydko o tym systemie mówić, czy jeszcze nie. I jest to karygodne niedopatrzenie. Przynajmniej w świetle poprzednio obowiązujących zasad zabraniających krytykę systemu ustami graczy i prezesów klubów. Malkontenci, których nigdy nie brak, kręcili na zakaz nosem, ale niesłusznie. Przecież – jak pan Popko zauważył – to niedopuszczalne, żeby zawodnicy krytykowali to, co ustalili ich pracodawcy. Jak widać – plotki utrzymujące, że od epoki sprzed Spartakusa kilka lat już minęło – okazały się mocno przesadzone. Zresztą odrzucony system nie mógł być przecież zły, skoro Artur Popko nadal go w wywiadach chwali.

System chwali, zawodników – tuż po zakończonym arcydługim sezonie – gani i ostrzega. Kadrowicze „mają być zdrowi, z chęcią i ambicją” – podkreśla (tym razem jako wiceprezes PZPS). Czy dotyczy to zawodników starszych (jak Pliński i Zagumny), którym przeładowany sezon na wspomniane zdrowie jak widać nie wyszedł? Pewnie tak. Czy zawodnicy mogą już narzekać na zły stan zdrowia spowodowany również odrzuconym systemem? Nie wiadomo. Nie wiadomo też, jak to możliwe, że w pierwszym meczu z USA (Liga Światowa) zawodnik Kurek zagrał na światowym poziomie, nazajutrz natomiast był cieniem samego siebie (przemęczenie?). Podobnie nie wiadomo, jak to się stało, że kadrowicz Jarosz junior gra coraz gorzej, zawodnik Bartman też nie przypomina samego siebie z czasów częstochowskich (dopiero w meczu nr 3 z Amerykanami sie przebudził), a zawodnik Fabian Drzyzga, znów nie rozgrywa w kadrze.

Zdawać by się mogło, że skoro poza kadrą znalazł się raczej niezastępowany Zagumny, a w 2014 organizujemy u siebie MŚ, to wypadałoby jeden z największych (od bardzo, bardzo dawna) naszych talentów na tej pozycji zacząć wreszcie ogrywać w szóstce najpierwszej z pierwszych. Nic z tych rzeczy – numerem jeden (i słusznie) gra eks-banita Żygadło, a zastępuje go tyleż waleczny, co rzemieślniczy Woicki. Zdawać by się mogło, że rozgrywacz winien (jak Zagumny) łączyć perfekcję z lekką dozą szaleństwa, ale chyba nie, skoro Fabian D. jest poza dwunastką. Być może przed końcem kariery jeszcze się go kiedyś powoła. Zawodnik Kubiak na ten przykład zdążył już zagrać i tylko się z jego postawy cieszyć można.

/rys. Michał Zięba/

Zresztą my inne cele mamy przed sobą (nr 1 dla Anastasiego to Londyn), a nie jakieś tam jedne na 40 lat MŚ, na których dałoby się złoto wywalczyć. O co więc halo? W razie czego jeszcze pomnożymy ilość meczów w lidze, skutkiem tego zawodników „zdrowych, z chęcią i ambicją” cudownie przybędzie. Nasz myśl szkoleniowa zresztą o to zadba i wtedy wyjdzie szydło z worka: że Anastasi nas obraził. Bo przecież jak się nawet znów Winiarskich zajeździ, a młodych nie wychowa, to poradzimy sobie jakimś siatkarskim Guereiro, a na filary drużyny zrobi się wybory, albo po prostu będą nimi ci, którzy sezon ligowy przeżyją. Krytyki stanu rzeczy po prostu się zabroni. Precedensy niejaki już są – pan Tomasz Zadroga, prezes PGE już raczył próbować zakazu komentatorki „starego” Drzyzgi na „jego” meczach. Jeszcze nieskutecznie.

I to na dziś wszystko o naszej kochanej siatkówce. Tej męskiej.
Następnym razem napiszę o żeńskiej, jako że tam już zwolniono trenera Matlaka. Przecież on jeszcze pracuje! – sprostuje ktoś, a ja w odpowiedzi się spytam: skoro postawiono mu dwa cele – podium i w Grand Prix, i na ME, to co jest pewniejsze – że chłop jeszcze pracuje, czy że de facto już go wyrzucili?

 

MiKasa

Tags:

3 komentarze

  • Ja myślę, że to, o czym w tekście napisano, to kolejne etapy wprowadzania w życie propagowanej przez pana Popko wizji siatkarskiej NBA. No bo tak: w NBA gra się dużo. Minimum 82 spotkania (sam sezon regularny), a maksimum (czyli finał ligi przy pełnej ilości spotkań w każdej rundzie play-off) to coś grubo ponad setkę wyjdzie. W NBA raczej niemile widziane jest także krytykowanie poczynań władz ligi przez zawodników. Co prawda, stroną przy tego typu regulacjach jest tam NBAPA (zrzeszenie zawodników), czego u nas jakby nie uświadczysz, ale najwyraźniej pan Popko pominął ten w sumie mało istotny szczególik.

    Jak tak dalej pójdzie, to niedługo prezes Piechocki przytransferuje sobie – ku uciesze dużej części kibiców Miami Heat – LeBrona Jamesa.

  • W kwestii ligi otwarto-zamkniętej – coś przycichło. Oczywiście pan Popko odpowiedzi na pismo kibiców nie dał, czego należało się spodziewać.
    Ale trzeba widziec pozytywy , to widzę:
    1. Bartman (mój idol) się obudził i jest coraz lepszy
    2. Pojawił się kolega Kubiak, który ma wielkie zadatki na Winiarskiego
    3. Żygadło ma wreszcie okazję pokazac Polakom, co potrafi, a potrafi wiele.
    4. Ktoś (Anastasi) wreszcie zrobił coś więcej w zastępowaniu wiecznie nieobecnego Wlazłego, niż reanimowanie Gruszki.

    Co do organizacji zawodników, to u nas chyba we wszystkich dyscyplinach jest tu bryndza.

  • No to pozamiatane. Matlaka wyciepli wcześniej, niż przewidywałem. Ciekawe, czy kogo PZPS wymyśli w zamian

Zostaw odpowiedź do MiKasa