Jolanta Sztejka: Listonosz na pożarcie

19 czerwca 2011 22:498 komentarzy

Pan Kaziu jest listonoszem od kilkunastu lat. Kocha swoją pracę i za nic w świecie nie chciałby innej. Jednak od pewnego czasu żona pana Kazia wyraźnie nalega, by poszukał nowej pracy. Dlaczego?

Mogłoby się wydawać, że mąż, który ma wymarzoną pracę, taką, którą lubi i która spełnia jego oczekiwania to jeden kłopot dla żony mniej… Mąż bowiem wraca z pracy szczęśliwy i zadowolony. Ale nic bardziej mylnego. Pan Kaziu swój zawód – owszem – kocha, ale na drodze do jego szczęścia stają zwierzęta domowe. Szczególnie psy. Psy różnej maści, które wściekle ujadają, gdy usłyszą dzwonek lub pukanie do drzwi.

Natura psa nakazuje mu bronić nade wszystko otoczenia, więc trudno mu się dziwić, że przez niedomknięte drzwi, między łydkami swego pana zamierza pokazać listonoszowi swoje uzębienie. Na nic wtedy zapewnienia właściciela: „Proszę się nie bać, Burek nie gryzie”. Jeden Pan Kazio wie, ile wzorów uzębienia – po tego typu zapewnieniach – na jego wysłużonej kurtce zostało odbitych.

Do tego to ciągłe ujadanie, piski… złowrogie spojrzenia i ostrzegawcze warczenie. Głowa może pęknąć. Mój niepozorny piesek, od kiedy uwiesił się na kurtce przerażonego roznosiciela ulotek, jest zamykany w pokoju ilekroć ktoś obcy dzwoni do drzwi. A i wtedy sama czasami mam wrażenie, że gdyby mógł dziurę w drzwiach by wydrapał. A przecież to taka słodka istotka, nieprawdaż?

Ani bloki nie są pod tym kątem bezpieczne, bo jeśli nie psy, czy kocury, to inne bydlęta (te w bardziej ludzkiej postaci) zagrażają zdrowiu i życiu listonoszy, a „na posesjach” to już nikt się nie połapie… Pan Kaziu sobie dzielnie wchodzi, niby niczego podejrzanego nie zauważając… a już za chwilę, małe niepozorne to, to uwiesza się na nogawce spodni i warczy jak opętane. I jak tu się bronić, gdy z torby wystają gabaryty B (dla niewtajemniczonych: książki, zabawki, kosmetyki czy nawet buty –  tak – japonki, sandałki, jakie chcecie) bo przesyłkę o masie do 2 kg można nadać jako list.

/rys. Michał Zięba/

Więc ze zgrozą wracam do swoich dziecięcych marzeń o tym, by zostać listonoszką – jak wtedy myślałam – roznosicielką dobrych wieści. Wtedy to właśnie listonosz kojarzył mi się jedynie z dobrymi wieściami… kartkami z okazji świąt czy życzeniami na urodziny.

Kto nie chce – niech nie wierzy, ale listonosz to ciągle zawód zaufania publicznego, zupełnie jak fryzjer czy kosmetyczka. Pukając do drzwi starszych, często samotnych ludzi zazwyczaj jest jedyną osobą, która do nich zagląda w ciągu tygodnia. Nie można mieć wówczas pretensji, że upatrzą sobie w listonoszu właśnie – powiernika swoich trosk i życzeń. A grzeczność wymaga, by choć chwilę wysłuchać: jak to było podczas wojny, na co zmarł mąż, dlaczego dzieci się odwróciły, że wnuki nie pamiętają… i całe morze niecierpiących zwłoki opowieści. A przecież w bloku na sąsiedniej ulicy kolejny starszy człowiek wypatruje listonosza, by móc się poskarżyć, że sąsiad tak podlewa kwiaty, że woda kapie na balkon…

Najsmutniejsze w tym wszystkim, że poza skromną emeryturą starsi lidzie mogą liczyć najczęściej na rachunek za gaz czy telefon… bo wnuki o ile pamiętają, wolą wysłać sms.

Szczęśliwie dzisiaj Pan Kaziu wrócił ze służby (tak, służby! Mało, kto o tym dzisiaj pamięta) cały i zdrowy, ale jego żona, każdego dnia pełna obaw oczekuje jego powrotu. Zapewne wolałaby, by Kaziu w deszczowej pogodzie zamiast włóczyć się po ulicach z ciężką torbą siedział spokojnie przy biureczku.

Żeby nie kończyć tak smętnie przypomnę stary dowcip:
Przychodzi pacjent do lekarza, żali się na złe samopoczucie. Żadne leki nie pomagają, w końcu zdesperowany lekarz podczas kolejnej wizyty mówi:
– Musi pan więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu?
– Jak to więcej? – pyta zrozpaczony pacjent
– A kim właściwie jest pan z zawodu – dopytuje lekarz
– Listonoszem!

Jolanta Sztejka

Tags:

8 komentarzy

  • No cóż w USA zdiagnozowano Postal Worker Syndrome po serii ataków agresji i szału wśród źle opłacanych, przepracowanych, pogardzanych pracowników. Jednym z synonimów wpadnięcia w szał jest idiom „gone postal”.

    W Polsce na szczęście tego nie ma chyba właśnie dlatego, że jest tak jak Jola pisze, tam gdzie listonosz jest „nasz” własny jest Panem Kaziem czy Panią Irenką tworzą się raczej ciepłe więzi. Inna rzecz, że pokolenie „etosowych” listonoszy coraz bardziej odchodzi.
    Mnie wzruszył Laskowik, który raczej szczerze opowiada, że listonoszem został w czasie przełomu 89′ dla orzełka na czapce i poczucia służby.

    A co do głównego wątku to „na pocieszenie powiem”, że mój znajomy mający dwa potężne rottweilery pojawił się kiedyś w gipsie bo pieski obaliły go i pociągnęły ładnych parę metrów goniąc listonosza na rowerze. Listonosza nie dopadły ale ich właściciel szacunku dla zawodu listonosza nabrał. 🙂

  • Tzn. na rowerze był chyba listonosz a nie rottweilery 😉

  • już chciałam szacunku nabrać do rottweilerów 😉
    czasy takie, że wielu myśli, że skoro listonosz jest „na służbie” to i za sługę może robić..
    zakupy przynieść, kwiatki podlać..
    na szczęście w małych społecznościach, gdzie rzadko pozostaje się anonimowym ten problem rzadziej występuję

  • te kwiatki i zakupy to pewnie siłą rozpędu, skoro poczta jakis bank ma, dłuopisy sprzedaje, losy na jakieś loteryjki i bajki dla dzieci;))
    Co do anonimowości listonoszy i odchodzacego pokolenia. Ty jacek za dużo złotopolskich oglądasz;)) A serio: u nas był taki własny listonosz. Młody chłopak, żeby było weselej. Wszyscy go znali m. in. z tego że z awizami nie leciał w kulki i nawet przy mrozie chodzi w podkoszulku z krótkim rękawkiem. Z naszym (poprzednim) sem był skumplowany. Teraz w Szkocji jest, jeździ podobno jako kierowca miejskiego autobusu. na jego miejscu bym nie wracał.
    Co do psów kontra listonosze… Też bym gryzł takiego, co wciąz do domu przychodzi i niczego dla mnie nie przynosi;)) A serio – kiedyś czytałęm gdzieś (ja jauz jak stary dziadek przy kominku glindzę), że awersja psó do listonoszy bierze sie stąd, że za wiele zapachów ze sobą przynoszą i pies traci orientację, stąd atakuje. To samo tyczy kloszardów i gliniarzy. Podobno. No ale – jak zwykle – to nie psy sa problemem, a ludzie. Niektózy powinni nosić na pyskach kagańcem a resztki mózgów miec na smyczy.

  • A Border Guarder Syndrome też zdiagnozowali?

  • Mówi się, że z ludźmi problem, jednak w efekcie pies jest tym, który potrafi ugryźć na wiejskiej posesji listonosza, gońca co pisma z urzędu roznosi itp.
    Wcale mnie nie dziwi, że się żona pana Kazia martwi, czy cały wróci.

  • Zapomniałabym, gratulacje dla Pana Rysownika! Nie mogę się napatrzeć, jak ten listonosz dzielnie na służbie sztandar trzyma – można rzec – niezależnie od okoliczności.

  • ilustracja fantastyczna
    jeśli chodzi o ten sztandar, to myślę że rysujący elegancko odzwierciedlił owo poświęcenie właśnie, którego wielu nie zauważa

Zostaw odpowiedź