Kasia Czekot: Lechkość bytu cz.2

14 kwietnia 2011 13:100 komentarzy

materiały prasowe filmu

„Erratum”
reż. Marek Lechki
Polska 2010
90 min.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy się nie jest „Ciachem”

       Ciekawymi drogami podąża nasza kinematografia. Z jednej strony Polski Instytut Sztuki Filmowej chwalony jest za swoją działalność i wielu, zwłaszcza młodych, reżyserów twierdzi, że bez wsparcia i dotacji PISF-u ich filmy w ogóle by nie powstały. Z drugiej strony stopień dofinansowywania przez PISF dzieł o, delikatnie mówiąc, marnej jakości, jest też całkiem spory. Ze strony trzeciej prywatnych sponsorów i producentów trudno do ambitniejszych produkcji zachęcić /”kasa Misiu, kasa”/, a ze strony czwartej dla mnie  najważniejszej, nasila się zjawisko „filmów-widm” i  „nowych półkowników”, gdzie z braku prywatnych i publicznych środków wiele ciekawych projektów utyka na etapie produkcji bądź szukania sponsorów, a spora część już zrealizowanych, filmów czeka latami na dystrybucję /choćby bardzo dobry „Benek” Roberta Glińskiego/, albo też w ogóle do dystrybucji nie trafia. Nie mam dokładnych danych, ale ponoć do kin trafia jedynie 30% wyprodukowanych w Polsce filmów, a jak działa telewizja publiczna, której misyjnym obowiązkiem jest m.in. włączanie ich do ramówki, każdy widzi.  Płytki mamy rynek, opanowany dodatkowo przez Ciacha, Weekendy i inne Tylkomniekochaje.

     [youtube XvuQt2hAi3w]

     Dlatego też nie powinna dziwić sytuacja w której polski film o większych ambicjach realizowany jest przez 6 lat i trafia premierowo przed oczy polskiego widza po premierze światowej i objechaniu /z sukcesami/ sporej liczby zagranicznych festiwali tak jak to miało miejsce w przypadku „Erratum”.

     „Erratum” to kinowy debiut Marka Lechkiego /choć nie pierwszy film w ogóle, odsyłam do recenzji Andrzeja Grzechota/, zrealizowany z przygodami za niewiele ponad milion złotych w ciągu 24 dni zdjęciowych. Sądząc po efekcie końcowym nie sposób nie podziwiać poświęcenia i determinacji reżysera i całej ekipy. Szkoda też, że Lechki nie mógł wykorzystać tych sześciu lat na szlifowanie swojego talentu i kolejne realizacje. A słowa „talent” i „szlifowanie” są w przypadku „Erratum” jak najbardziej na miejscu.  

Errata

      „Erratum” – błąd, w liczbie mnogiej „erratę” znamy jako listę błędów dołączaną do książki. Tytuł dla filmu Lechkiego jak znalazł. Oto jedno tragiczne choć dość banalne wydarzenie staje się dla bohatera filmu okazją do zmierzenia się  z własnym spisem życiowych błędów i próby ich korekty. Michał /Tomasz Kot/ sfrustrowany, niespełniony trzydziestolatek pracujący w biurze rachunkowym udaje się w podróż do rodzinnego Szczecina. Do miejsc i ludzi, których wcześniej z rozmysłem porzucił. Niespodziewany wypadek samochodowy /więcej nie zdradzę/ zmusza go do pozostania w Szczecinie o kilka dni dłużej niż planował. Widz powoli wnika w świat Michała, razem z nim otwiera wydawałoby się dawno zamknięte rozdziały jego życia, wnika w konflikt z ojcem /Ryszard Kotys/ i dokonuje właśnie swoistej życiowej erraty.

 

materiały prasowe

     Wszystko to  toczy się w tle poszukiwań Michała zmierzających do ustalenia okoliczności wypadku w którym Michał uczestniczył. Swoich własnych podsumowań Michał dokonuje /przynajmniej początkowo/ niejako bezwiednie, otwiera się niespodziewanie dla samego siebie, instynktownie podąża w kierunku pogodzenia się z samym sobą.

                Mamy więc z pozoru banalną sytuację, bardzo prostą fabularnie opowieść, która zyskuje metaforyczny charakter przenosząc nas w wymiar zarówno przeżyć jednostki jak i uniwersalnych zagadnień moralnych. Nazwisko Krzysztofa Kieślowskiego nasuwa się tu samo przez się. „Erratum” ze swoją stylistyką, scenariuszem, sposobem narracji mogłoby być jednym z odcinków znakomitego „Dekalogu”. To olbrzymi komplement, ale i niewygodne porównanie /nie wiem czy Pan Lechki chciałby być porównywany do kogokolwiek/, choć uważam, że jak najbardziej uprawnione. „Erratum” nie jest bowiem filmem pozbawionym wad. To co Arcymistrzowi Kieślowskiemu udawało się znakomicie Lechkiemu nie zawsze wychodzi. U Kieślowskiego pierwszy plan fabuły, mimo, że będący wyjściem w kierunku metafory, alegorii, przypowieści, był doskonale precyzyjnie i wiarygodnie skonstruowany. To były historie i ludzie „z krwi i kości”.  U Lechkiego nie do końca się to udaje. Policjant ze szczecińskiej komendy /Janusz Michałowski/ to nie tyle stróż porządku, co skrzyżowanie anioła-stróża z intelektualistą. Zawsze ma dla Michała czas i powoli przechadza się po pustej prawie komendzie. Podobnie idealni są przyjaciel Michała Zbyszek /Tomasz Radawiec/ i mechanik przyjaciel rodziny /Jerzy Rogalski/. W kreację postaci otaczających Michała wkrada się fałsz, już nie alegoryczność ale baśniowość i choć to fałsz niezwykle przyjemny myślę, że można było tu dodać nieco realizmu. Nie służy też całości kilka dosłowności jak z góry przewidywalny finał wątku właściciela szklarni /Janusz Chabior/ czy kiczowata wręcz scena ptaka startującego do lotu. W kilku miejscach Lechki nie radzi sobie z detalami, co szczególnie mi doskwierało przez wspomnienie mistrzowskiego rozgrywania pozornych drobiazgów przez Kieślowskiego, choćby w postaci epizodów Artura Barcisia. 

materiały prasowe

 

„Lechkość” bytu

     Pora jednak skończyć tę erratę „Erratum” puentą, która jest oczywista – recenzować poprzez błędy można wyłącznie dzieło dobre. To film jakiego dawno w naszym kinie nie było. To film uniwersalny, który przeżywać może /i przeżywa/ tak samo widz polski, koreański czy szwedzki. Świetnie zagrany /choć Ryszard Kotys wciąż nie otrzymał roli na miarę swego talentu/, sugestywnie sfotografowany przez Przemysława Kamińskiego /choć mnie czasami raziło zbytnie skracanie perspektywy ujęć/ ze świetnie dopełniającą obraz muzyką /Bartek Smurzyński/. To nie  przypadek, że „Erratum” jest jednym z niewielu polskich filmów które znalazły uznanie u wielu poważnych recenzentów na całym świecie /choćby recenzja amerykańskiego „Variety”, które polskie kino ostatnich lat w ogóle rzadko zauważa, czemu trudno się zresztą dziwić/. Lechki ma talent, ma własny styl i odbiór świata, nacechowany empatią, niepowierzchowny. Mnie się ta „Lechkość” opowieści bardzo podoba, a miarą kunsztu Lechkiego niech będzie to jak nie udało mu się wepchnąć finałowej sceny w sentymentalizm i kicz. Ten moment szczególnie uwadze widzów polecam.

materiały prasowe

     Markowi Lechkiemu udało się zrobić „Erratum” za małe pieniądze w akcie swoistej realizacyjnej desperacji przy ogromnym poświęceniu aktorów i reszty ekipy. Efekt budzi ogromne uznanie. Nie sądzę by większy budżet i komfort pracy zaszkodziło talentowi Lechkiego, więc życze mu z całego serca by miał szansę kręcić dużo, bogato i co najmniej tak samo udanie.  I najważniejsze –  filmowa „Lechkość” sprawia, że obrazy, sceny, słowa, emocje zostają w głowach na długo. Nie każdy tak potrafi.  

Kasia Czekot

 

PS
     Na tle realizacji „Erratum” zarysował się spór regionalny pomiędzy Szczecinem i Wrocławiem. Nie dość, że Szczecin używany jest w kinematografii /serialowej/ powszechnie jako alternatywa dla zabicia bohatera czyli łagodniejsza forma jego eksterminacji /jak kto wyjedzie do Szczecina to już wiadomo, że się już nigdy nie pojawi, wyjazd do Szczecina to jak czerwona koszula w „Star Treku”/, bądź jako synonim końca świata, to jeszcze w „Erratum” gra go Wrocław. Szczecinianom lekko w swój patriotyzm lokalny ugodzonym, śpieszę donieść, że według wypowiedzi reżysera zdecydowały wyłącznie kwestie budżetowe. Po prostu na Szczecin nie mogli sobie producenci pozwolić. 

    

Tags:

Zostaw odpowiedź