Tandemonium: Po Porcie, czyli quo vadis Biuro Literackie

16 kwietnia 2011 16:556 komentarzy

Podobno najlepsze Porty, to te, na których się nie było. Ten był kolejnym, na którym byliśmy.


Dzień
pierwszy

jako nie niosący z sobą żadnych nowych olśnień poetyckich, bo będący benefisem Tadeusza Różewicza, odpuściliśmy sobie, trawiąc czas na spotkaniach poza okopami Portu. I bez naszej pomocy bez wątpienia zostanie on ogłoszony sukcesem na miarę światową.

     Już teraz możemy powiedzieć głośno i wyraźnie, Port jako festiwal Biura Literackiego wyczerpał swoją formułę. Każdy kolejny Port stanie się w nieuchronny sposób kopią poprzedniego. Może być jeszcze gorzej, bowiem dowiedzieliśmy się, że Port steruje w kierunku prozy. Oby nie osiadł na mieliźnie.

     Bez dopuszczenia, czy doproszenia autorów spoza stajni BL, czeka nas kolejna nudna akademia Ku Czci. Port (a przed nim Fort) Legnica startował jako festiwal poezji, może już pora porzucić marketing ostatnich lat i wrócić do korzeni?

Dzień drugi.

Planowo spóźniliśmy się na czytanie, zdążyliśmy jednak stwierdzić naocznie, że wnuk Wojaczka jest do niego niezwykle podobny.

     Dla nas wydarzeniem był projekt Julii Fiedorczuk i grupy poetek z innych europejskich krajów. Akcja poetycka obok Tajnych Kompletów, znakomicie sfilmowana przez Karola Pęcherza, to było coś! Dodajmy, że w uznaniu zasług Karol Pęcherz został pierwszym męskim uczestnikiem projektu!

     Tymczasem pierwszy stolik przy barze dostarczał zarobku ajentowi bufetu. Czołowy poeta „neolingwistyczny” przysypiał na siedząco, później na leżąco, a wokół śmiech i gwar równie czołowych poetów BL, którzy demonstrowali skomplikowane sposoby mieszania trunków. O braku zainteresowania tym, co się działo na scenie festiwalu, nie musimy chyba wspominać.

     Tak więc wiersze płynęły, a autorzy BL eksperymentowali: białe z czystą, whisky z colą brały ślub z wytrawnym martini; proczaja swołocz kontentowała się piwem. Publiczność w przerwach czytań spekulowała: padną, nie padną! Czołowy poeta „neolingwistyczny” zwisał z krzeseł stanowiąc interesującą dekorację.

     Kolejna seria czytań dostarczyła nam mieszanych wrażeń. Bogusław Kierc, kustosz i opiekun spuścizny po Rafale Wojaczku (tak przedstawiono  go z offu), wdrapał się na podest orkiestry i z tej olimpijskiej wysokości postanowił przypomnieć festiwalowej publiczności, że jest aktorem. Że jednak brak mu kwalifikacji na Julię, wyszło, jak wyszło: modulował, cedził, akcentował, czarował, mamił,  a wiersze z tomu „Rtęć” jak nudziły, tak nudziły i sens owych językowych akrobacji nadal był niedocieczony i niejasny. Tak samo niejasny jest powód wydania tej książki. Publiczność festiwalu pozostała obojętna na wzloty poety i nagrodziła je zdawkowymi brawkami.

     Druga na scenie pojawiła się Bianka Rolando, która bez większego przekonania i wiary w sukces odczytała kilka części poematu „Modrzewiowe korony”. Publiczność, w tej liczbie my, pogubiła się już na wstępie, bezskutecznie usiłując doszukać się sensu  lub choćby wdzięcznego brzmienia; pozostało nam wytrwać do końca występu.

     Czekała nas nagroda. Jako trzeci wystąpił Mariusz Grzebalski, który podbił uczestników pełnokrwistą mieszanką swoich wierszy. Publiczność dobrze się bawiła, co chyba rozgniewało organizatorów, bo po zapowiedzi Grzebalskiego, że przeczyta na zakończenie swój nowy wiersz, zgaszono światło. Grzebalski zareagował jak na poetę przystało; zagroził, że przeczyta wiersz nawet po ciemku. Groźba podziałała, światło włączono i pozwolono poecie zakończyć udany występ. Zasłużenie naszym zdaniem Mariusz Grzebalski zszedł ze sceny „na brawach”, co, jak wiadomo, według Milesa Davisa jest miarą udanego występu.

     W czasie przerwy sytuacja przy wiadomym stoliku nie zmieniła się. Czołowy poeta „neolingwistyczny” malowniczo spoczywał na dwóch krzesłach; i niech ktoś powie, że poeci nie mają fantazji!

     Wypiliśmy kawę i popędziliśmy na recital dwóch poetów z wysp, Michaela Longleya i Briana Pattena.

     Michael Longley zaprezentował zestaw swoich kanonicznych już wierszy. Odczytał je z przepięknym akcentem i młodzieńczym zapałem. Poeta w tym wieku nieczęsto potrafi zmusić publiczność do uwagi. Longleyowi ta sztuka się udała.

     Jako drugi na scenie pojawił się Brian Patten. Zaczął ostro od melodeklamacji i wykonał wiersz z iście rockandrollową werwą! Aplauz publiczności był najlepszą nagrodą. Później było równie dobrze, a nawet jeszcze lepiej. Znakomity wybór wierszy, rewelacyjne wykonanie, świetny kontakt z publicznością! Pełne zawodowstwo. Skądinąd Brian Patten jest przemiłym, bezpośrednim człowiekiem, żartownisiem, wyraźnie zainteresowanym kontaktem z czytelnikami bez właściwej naszej wierchuszce splendid isolation.

     Po tym pięknym występie udaliśmy się na przerwę. Nie musimy dodawać, że grupa czołowych poetów BL pilnowała swojego stolika i śpiącego kolegi. Widocznie nie takie rzeczy umieją, więc co się będą przyglądać? A poza tym prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Zastanawialiśmy się przez chwilę, jak można tyle wypić bez zapasowej wątroby. Jedynymi uznanymi poetami, których zdarzyło nam się widzieć na czytaniach innych byli Piotr Matywiecki, Bohdan Zadura, Bogusław Kierc i Wojciech Bonowicz.

     Obserwując stan „biurowych poetów” postanowiliśmy zakończyć swój udział na ten dzień i udaliśmy się w swoją stronę, byle dalej od „biurowego stolika”. Proza musiała dać sobie radę sama. Jak i wieczorni bohaterowie nie z naszej bajki: Podgórnik i Honet. Choć wyznajemy z bólem, który wciąż trwa: czytania Bonowicza (występującego razem z nimi) bardzo nam żal. To znakomity poeta, wolny od biurowej pozy. Honet i Podgórnik wypłoszyli nas skutecznie. Oddelegowany na ten występ specjalny wysłannik potwierdził nasz domysł. Bonowicz był jak zwykle świetny, a reszta męcząca, co nas nie dziwi, skoro od rana koczowali przy wiadomym stoliku.

Dzień trzeci.

Znęceni słońcem zamiast przyglądać się prezentacji książek dla dzieci (zakładamy, że świetne, bo Pattena) wybraliśmy się na spacer. Był to akt godnej podkreślenia odwagi. Wiatr zapierał dech, trudno było utrzymać się na nogach. Nie dawszy się zdmuchnąć, udaliśmy się na prezentację nowej serii Biura – „44 – Poezja polska od nowa”. Mimo starań nie udało nam się wyłowić klucza wyborów (czyżby go nie było?). Interpretacje utwierdziły nas już to w przekonaniu, że nie warto było odkrywać (Konopnicka – Matywiecki), już to, że można by lepiej recytować (Broniewski – Suska), już to – na koniec – że trudno zepsuć Ważyka (Sosnowski).

     W przerwie z nieustającym zainteresowaniem obserwowaliśmy sytuację przy Biurowym stoliku. Zabawa trwała. Poeta „neolingwistyczny” drzemał na krześle i nie przejawiał chęci  kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. Pozostali poeci zgodnie kontynuowali zbożne dzieło opróżniania butelek ku wielkiej radości ajenta baru.

     Kolejne czytanie. Joanna Mueller odczytała cichym przepraszającym głosem fragmenty tomu „Wylinki”. Tematyka wierszy zyskała jej akceptację części żeńskiej widowni. Pozostali słuchacze pozostali niewzruszeni na swoich miejscach mimo nudy sączącej się z głośników, czekając na resztę.

     Marcin Sendecki czytał, jakby z góry założył, że wiersze z tomu „Pół” nie znajdą zrozumienia. Istotnie, jest to poezja trudna, wymagająca intensywnej lektury, jednak mimo tak wysokiej skali trudności uznajemy to czytanie za udane.

     Dariusz Sośnicki odczytał kilka wierszy z tomu „O rzeczach i ludziach”. Wiersze Sośnickiego przestały się nam podobać w okolicy tomu „Ikarus”, a jeśli dodać do tego wyjątkowo nudną interpretację autora, to poziom nudy stał się trudny do zniesienia.

     Kolejne czytanie było związane z antologią „Umocz wargi w kamieniu”, zawierającą wiersze poetów latynoamerykańskich w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej. Gośćmi festiwalu byli Jose Angela Leyvy, Eduardo Lizalde i Ambar Past. Publiczność była oczarowana pięknym brzmieniem języka hiszpańskiego. Niestety tłumaczenia ujawniły pewien defekt; wiersze odczytane przez troje poetów były napisane w poetyce zaangażowanych społecznie i politycznie wierszy francuskich z lat trzydziestych. Dziś już jakby trochę odgrzewanej, ze sporą dawką patosu.

     Wreszcie wielki deser i nagroda dla cierpliwych uczestników festiwalu, czytania Bohdana Zadury i Eugeniusza Tkaczyszyna Dyckiego.

     Zadura czytał wiersze z tomu „Nocne życie”, nawiązując wspaniały kontakt z publicznością. Czytał umiejętnie, świetnie dobierając wiersze, wywołując poruszenie, śmiech i skupiając na sobie uwagę. To było najlepsze czytanie tegorocznego Portu.

     Na Zadurę spadł też przykry obowiązek powiadomienia, że Dycki nie pojawi się na scenie, gdyż zatrzymały go w domu ważne sprawy.

     Bohdan Zadura odczytał kilka wierszy Dyckiego dowodząc, że niekoniecznie musi je czytać sam autor, jak się czasem sugeruje, aby odniosły sukces. Okazało się, że te znakomite wiersze i bez teatru Dyckiego świetnie sobie radzą. Piękne doświadczenie.

Żegnając się ze znajomymi, kątem oka zerkaliśmy na stolik przy barze. Impreza trwała w najlepsze.

Wyjście z portu /autor nieznany/

Więc do zobaczenia za rok? Przy tym samym stoliku?

Tandemonium

Tags:

6 komentarzy

  • już dawno uprzedzano mnie, bym nie marnowała czasu
    może zaryzykowałabym mieszkając bliżej..
    jak widać jednak los miał mnie w opiece
    😉

  • Andrzej Tchórzewski

    Dobrze napisane; z dużym dystansem i nutką ironii.
    Prawdę mówiąc bez „antuażu”i multimedialności same teksty najczęściej nie zachwycają. W sumie dużo hałasu i „lekramy”
    o nic.

  • Maria Kościuszko

    Fajna relacja. Cieszę się z sukcesu Grzebalskiego – zaczynam poznawać jego wiersze i podobają mi się. „Nocne życie” Zadury znam, mam je na swojej półce. Wiem też skądinąd, jak dobrze czyta swoje teksty.

  • Ja mam ogólnie refleksję wyczerpania formuły wszelkich pozornie szerokich i niezinstytucjonalizowanych ruchów w kulturze czy też nieopartych mocno o media zjawisk niszowo-środowiskowych. A jeszcze bardziej ogólnie uważam, że trudno o znaczące funkcjonowanie poezji w kulturze kraju w którym wszyscy zaczęli pisać, a nikt nie czyta innych.

    Internetowy boom spowodował upadek papieru czyli procedury wydawniczej, solidnej redakcji i selekcji, i powoduje straszliwą literacka inflację. Nie ma nic gorszego dla poezji jak „umasowienie”, a prawdziwie zdolni cierpią za wyczyny grafomanów. Wystarczy popatrzeć na kryzys portali poetyckich. Czas na festiwale.

    • „prawdziwie zdolni cierpią za wyczyny grafomanów”
      lubię, kurde, jak o mnie piszą. O moich znaczy cierpieniach

  • A to ci impreza! Za to relacja interesująca sama w sobie.

Zostaw odpowiedź