Andrzej Janiak: Spaghetti’ego lubią wszyscy

16 kwietnia 2011 16:460 komentarzy

Luca Spaghetti
Masz przyjaciela.
Jedz, módl się, kochaj w Rzymie.

Rebis,  Poznań 2011
tyt. oryg.: Un Romano per amico. Mangia, prega, ama a Roma
przekład: Tomasz Zbigniew Kwiecień
s. 232
ISBN 978-83-751—645-9

    
Italia znów stała się modna. Może nie cała. Od Udine po Sycylię, a tylko jej najważniejsza środkowa część: Toskania. Po sukcesie książki i filmu „Pod słońcem Toskanii”, przedstawiających perypetie rozwiedzionej Amerykanki, emigrującej do środkowej Italii, przyszła kolej na Lacjum, czyli Rzym i okolice. W 2003 r. ukazała się książka Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się, kochaj w Rzymie”, którą Rebis wydał po polsku w 2007 r. naturalnie, po książce nastąpił film. A zważywszy na sukces jednego i drugiego – ciąg dalszy. Schemat został zachowany; rozwiedziona amerykańska pisarka koi swe bóle porozwodowe spędzając „dolce far niente” w Rzymie. Tam spotyka rodowitego Rzymianina o niewiarygodnym nazwisku: Łukasz Spagetti. To brzmi tak, jakby się ktoś w Polsce nazywał Łukasz Kartofel, czy (bardziej poprawnie): Łukasz Ziemniak. Wydana obecnie (w 2011 r.) powieść stanowi, jakby kontynuację  tamtej z 2007 r. Łukasz Ziemniak rodowity rzymianin, prawdziwy romano, doradca podatkowy, zapalony kibic  piłkarski, gitarzysta-amator, smakosz, koneser  dobrej kuchni, wina i limoncello, niekiedy wokalista i zagorzały miłośnik serialu SF Star Trek, przyjmuje w Rzymie poleconą mu przez amerykańskiego przyjaciela, zaoceaniczną rozwódkę. Naturalnie blondynkę i pisarkę. Początkowo jest do niej usposobiony dość niechętnie, bo myśli, że panienka z odzysku będzie drętwa i pogrążona w rozpamiętywaniu przeszłości. Później przekonuje się, że kobita jest „wporzo”, chętnie daje się obwozić skuterkiem po Rzymie, zjada tony makaronu  pod różnymi postaciami. Uwielbia rzymskie restauracje, zwłaszcza te na Zatybrzu (Trastevere), ba, zaczyna z Łukaszem chodzić na mecze i kibicować jego ulubionej drużynie „Lazio”.  Żona Łukasza – Julia, początkowo niechętna temu towarzyskiemu flirtowi akceptuje zranioną przybyszkę i jej narastający entuzjazm do obyczajów i kultury włoskiej; a co ważniejsze przekonuje się, że Liz jest przyjaciółką całej rodziny.

     Nie ma sensu streszczać akcji ani fabuły powieści „Masz przyjaciela”. Narracja prowadzona wartko, w formie pierwszoplanowej. Niekiedy wygląda na zbeletryzowany przewodnik po Rzymie i okolicach. W części drugiej, wspomnieniowej, jest to również skrócony przewodnik po USA. „Nasz” Łukasz leci za ocean po skończeniu studiów i uzyskaniu dyplomu doktora. Nie  dajmy się tytułomanii, w Italii każdy po skończeniu studiów jest albo dottore albo „’niere”). Amerykańskim wrażeniom rodowitego rzymianina jest poświęcona druga część książki. Sporo w niej dowcipnych uwag i scen tchnących niekłamanym humorem. Np. ta z kasyna w Las Vegas, gdzie bohater, marzący o sporej wygranej przegrywa ostatnie 50 dolców. I to w dodatku do kolegów, którzy nie liczyli na wygraną. „Cóż takie jest życie” – zwykliśmy mówić.

     Prawdopodobnie ta dewiza towarzyszy bohaterowi książki przez całą powieść. Z postaci drugoplanowych na uwagę zasługuje nieschematyczny ksiądz Bernie (Bernini?), wielbiciel rocka i literatury SF. Oczywiście wyrazisty bohater, nękany od dzieciństwa kpinami kolegów drwiących z jego nazwiska, stanowi główny atut tej miejscami dość schematycznej powieści. Tchnie ona optymizmem, luzem i w sumie dość beztroskim widzeniem świata i ludzi.

     Chcesz mieć przyjaciela? Nic prostszego, będziesz go miał. Marzysz o spotkaniu swego idola? Jak staniesz się „odpowiednio” sławny idol sam poprosi o wspólny występ artystyczny. Za wielką zaletę tej książki uważam fragmenty, w których bohater, podczas obserwacji meczu Lazio ze Spartakiem Praha, wtajemnicza Liz w arkana gwarowych obelg, tudzież innych derogatory terms (s. 184-190).

     Jako człowiek, znający trochę dialekt rzymski (romanesca) mogę stwierdzić, że przytoczone przykłady są dobrze wyjaśnione i …. dość elementarne. Prawdziwy kunszt to mowa gestów wśród których nie brak aż tak obelżywych, że ich wykonanie kończy się najczęściej bójką. Ale to zjawisko ogólnowłoskie. Odrębnych gestów romanesca, chyba, nie posiada.

     Warto też zwrócić uwagę na dość oryginalną kompozycję powieści. Zarówno tytuł książki, jak i tytuły poszczególnych rozdziałów to tytuły piosenek amerykańskiego popowego wokalisty i gitarzysty Jamesa Taylora, którego fanem jest właśnie Luca Spagehetti.

Andrzej Janiak

Tags:

Zostaw odpowiedź