Andrzej Janiak: „Paliwo” czy nawyk?

16 kwietnia 2011 16:531 komentarz

Marek Bardadyn
Nałóg jedzenia
Rebis, Poznań 2011
s. 115
ISBN 978-83-7510-613-8

     Odchudzanie powoli staje się przemysłem, a ilość grubasów wzrasta. Cukrzyca zbiera swoje żniwo. Już nawet psy i koty  (częściej)  chorują na cukrzycę. Ślepną, wysiadaj… a im nerki, powoli tracą orientację w przestrzeni. Żyją maksimum 10 lat, a mogłyby o siedemdziesiąt procent dłużej.

     Panie tracą interesujące kształty i powoli zamieniają się w zwaliste graniastosłupy, takie bliższe sześcianom. „Gdzie zrobić talię?” często pyta krawcowa.

     Naturalnie, próbują z „tym” walczyć. Kolejna dieta-cud; cytrynowa, kapuściana, grejpfrutowa, jabłkowa, dość efektywna – i chyba szkodliwa – dieta dra Kwaśniewskiego. Przed piętnastu laty ogromnie popularna. I kolejny pomysł: „Jedz zgodnie z grupą krwi”.

     Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć; nie istnieje żądna cudowna recepta na odchudzanie. Ani „emy” (efektywne mikroorganizmy), ani witaminowo-mineralne suplementy dra Rotha.

     To pierwsza prawda. A druga to taka, że łatwiej zrzucić wagę niż utrzymać ją stale na określonym poziomie. Dobrze o tym wiedzą bokserzy, zapaśnicy czy ciężarowcy, którzy często muszą się katować zanim wejdą na podium. Katują się też odchudzający. Wprawdzie ideologia – pocieszycielka głosi, że „puszyste jest piękne”, ale panie, bo to one , głownie dbają o figurę, stanowią główny staff wszelkich obozów odchudzających.

     Obserwowałem kiedyś panią, która po prawie miesięcznym pobycie (2 X 2 tygodnie) na słono opłaconym obozie straciła 12 kg. Sukces!!!! Ale po dwóch tygodniach życia bezobozowego było już 8 kg, itd. I znów następny obóz. Dziwiłem się, że na takich zgrupowaniach nie leczy się otyłości ćwiczeniami jogi czy uczęszczaniem do sauny. Szybko to sobie wytłumaczyłem; główny aspekt odchudzania stanowi polepszenie stanu zdrowia, a nie  ładna sylwetka. Używana w nadmiarze sauna osłabia serce. Jedna wizyta na tydzień lub dziesięć dni wystarczy. I  znów mamy problem regularności i konsekwencji. A także indywidualnych uwarunkowań zdrowotnych, a więc, wszystko musi odbywać się pod kontrolą lekarza. I takie przesłanie zawierają książki dra Marka Bardadyna, twórcy diety strukturalnej.

     Co do stosowania ćwiczeń hatha jogi sprawa jest jasna; poszczególne asany rozmaicie oddziaływają na kondycję naszych organów wewnętrznych. Krotko mówiąc na „jedno” szkodzą, na „drugie” pomagają, więc znów należałoby dokonać podwójnych konsultacji; z instruktorem jogi i lekarzem.  Wreszcie, „puszystość” uniemożliwia wykonanie podstawowej, wyjściowej pozycji „lotosu” dzięki czemu bardziej skomplikowane ćwiczenia są raczej nieosiągalne.

     Tymczasem dieta strukturalna i „odchudzanie weekendowe” (odpowiednie publikacje wydał już Rebis w 2007 i 2008 roku) są przystosowane do zwykłych ludzi, cierpiących również na inne schorzenia, oprócz otyłości.

     W „Nałogu jedzenia” podoba mi się udokumentowane i konsekwentne stanowisko, że skłonność do tycia jest uwarunkowana genetycznie. Pogląd, że częste „podjadania”, nieregularne spożywanie posiłków jest bardzo szkodliwe, wypada uznać za powszechny. Można dyskutować, czy nadmierne jedzenie wynika  z potrzeby odreagowania stresu – jak chce Autor – czy w takiej samej lub większej mierze,  z nudy.

     Czytając tę książkę niewątpliwie interesującą i całkowicie obcą moim problemom zdrowotnym, zacząłem się zastanawiać, po co i skąd to nagłe zainteresowanie dietetyką i racjonalnym odżywianiem. Od przeszło 10 lat jestem weganinem. Ale… zamierzam rzucić palenie. Już raz próbowałem. I „powiększyłem” się o ponad 10 kg. Trudno było je zrzucić. Pisze dr Bardadyn: „Wszędzie na świecie w nałóg jedzenia wpadają osoby, które wyzwoliły się z innego uzależnienia. Przykład palaczy, którzy z reguły tyją kilka kilogramów po rzuceniu palenia, jest najbardziej znany i udokumentowany” (s. 23). Kilka, to nie 11,5. A jeśli będzie więcej? I ta obawa powstrzymuje mnie przed podjęciem prozdrowotnej decyzji.

     Pewno, jednak „nałóg jedzenia”, chociaż samo sformułowanie  może się nie podobać. Podobnie, jak „puste kalorie”, które raczej pustymi nie są, gdyż skutkują zwiększonym zapasem trójglicerydów. I niekoniecznie trzeba jeść mięso czy spożywać nabiał, aby przybrać na wadze. Za najważniejszą część „Nałogu jedzenia” uznałbym „Test”. I od szczerych odpowiedzi na 31 zadanych w nim pytań radziłbym rozpocząć lekturę (s. 76-82, interpretacja testu 83-84). Sam uzyskałem 15 punktów, a więc górny wynik w pierwszej grupie (0-15). A powinienem mieć zero. Trzeba się, więc, zastanowić.

Andrzej Janiak

1 Komentarz

  • hala targowa

    Hehehe… Szczerze mówiąc z zasady nie czytam żadnych poradników ani tym bardziej ich recenzji, bo uważam to za kompletna strate czasu. Sama nie wiem, czemu się złamałam i tu wlazłam … i nie żałuję. Janiaka nie znam, ale oklaski! Jeśli sie prezentuję właściwa kulture słowa (rzecz u dzisiejszych recenzentów nieczęsta), to nawet recenzyjka, ot takase, ksiązki z gatunku poradnikowego to może byc perełka. I jest. Warto by ci, którzy zawalają internet recenzjami o niczym, które sa głównie streszczeniami de facto a nie recenzjami przeczytali sobie Janiaka o Bardadynie i wbili sobie do zakutych łbów jak powinna wyglądac erudycyjna (nawet o odchudzaniu!!!) recenzja. Że powinna zawierać zdanie własne recenzenta a nie skrócona wersję myśli autora recenzowanego. Hura.

Zostaw odpowiedź