Sławomir Olzacki: Dlaczego Polacy nie lubią Rumunów?*

19 marca 2011 18:179 komentarzy

Dlaczego Polacy nie lubią Rumunów?

 Jest coś absurdalnego w fakcie, że naród żywiący – jak rzadko który – wielką do nas sympatię, jest przez Polaków wyjątkowo odrzucany. Dlaczego, skoro – w przeciwieństwie do innych nielubianych  przez nas nacji – trudno się dopatrzyć jakichkolwiek powodów, prawdziwych lub wyimaginowanych?

fot. Sławomir Olzacki

Stereotyp Rumuna w świadomości przeciętnego Kowalskiego jest nader niekorzystny. Mówiąc uczenie, wzajemna stereotypizacja obydwu narodów: Polaków i Rumunów wyznaczona  przede wszystkim przez pamięć okresu komunizmu i gwałtowne przemiany społeczno-polityczne, jakie zaszły w obu krajach. Współczesny stereotyp Rumuna w Polsce ukształtował się nie pod wpływem kontaktów z Rumunami, ale z Romami/Cyganami,  przyjeżdżającymi z tego kraju, co spowodowało zmianę sposobu myślenia o Rumunii w Polsce. Fakt, że stosunkowo niedawno Polska i Rumunia miały wspólną granicę uległ  zatarciu w pamięci zbiorowej obydwu społeczeństw.

Wydawało się, że wejście Rumunii do UE spowoduje szybkie zmiany wizerunku tego kraju. Jak wynika z badań socjologicznych, przeprowadzanych w Polsce, tak się nie stało. Jaka była Rumunia w tych dniach, kiedy stawała pełnoprawnym członkiem Unii? Jak to się odbywało, jaki był bilans otwarcia? Byłem naocznym świadkiem tamtych dni. Rozmawiałem z ludźmi, przemierzałem kraj, robiłem notatki i zapiski. A także oczywiście zdjęcia. Oto zapiski z tamtych dni, ze stycznia 2007 roku.

Marka Rumunia

Jedź szybko, bo inaczej koła w biegu ci odkręcą – radził przez CB radio kierowca tira w pobliżu granicy rumuńskiej. 1 stycznia 2007 r. Rumunia weszła do Unii. Ale obraz Rumuna w świadomości Europejczyka z tą datą się nie zmienił.

Wizerunek Rumunii, marka Rumunia, to nasz wielki problem – mówi Gheorghe Moisescu, ekspert od kreowania marek i public relations. Gheorghe zna się na rzeczy. W listopadzie 2006 r. zdobył prestiżową nagrodę w konkursie Romanian PR Award za stworzenie i wykreowanie nowej marki wina – z segmentu dla zamożnych snobów. Chwalił je publicznie premier Rumunii. Gheorghe wymyślił wino, które już po roku od powstania jest rozpoznawane przez koneserów w Londynie. Oparte na cabernet sauvignon, smakuje inaczej niż większość czerwonych win. Jest bardzo wytrawne.

Sukces nie polega tylko na smaku, to kwestia marki, a marka to zbiór skojarzeń i oczekiwań – tłumaczy Gheorghe. Za jego plecami, na ścianie, wisi kolekcja obrazów Sorina Ilfoveanu, urodzonego w 1946 r. malarza, uchodzącego za jednego z najciekawszych rumuńskich twórców. Razem wpadli na pomysł nawiązania do dackiej tradycji i rzymskich bachanaliów. Na etykiecie z poderżniętego gardła baranka spływa strużka krwi do podstawionego kielicha, który tym samym staje się świętym Graalem. A nazwa „Davino” w założeniu ma tworzyć „davino kode”, nawiązywać do Dana Browna i „Kodu Leonarda da Vinci”.

Gheorghe, podobnie jak ojciec, jest z wykształcenia lekarzem, ale odszedł z zawodu do pasjonującego świata igrania skojarzeniami, tworzenia wizerunków, zabawy iluzjami. Żałuje, że nie powstała marka Europa Środkowa, z którą kojarzyłaby się dobra kiełbasa, salceson, słonina, wódka i palinka, niezbyt mocna, z dorodnymi owocami czereśni w butelce.

Jest zdania, że Rumunia wchodzi do Unii zbyt wcześnie, bez refleksji nad tym, jakie miejsce chciałaby mieć wśród krajów Wspólnoty. Obawia się, że wymogi i normy unijne zlikwidują rumuńską specyfikę. Zniknie sprzedawana przez chłopów prasowana słonina, ręcznie robione sery, jarmarczny handel. – Za szybko to robimy, za szybko – powtarza Gheorghe, uderzając pięścią w stół. – Wy, Polacy, wchodziliście do Unii z opinią narodu odważnego, miłującego ponad wszystko wolność, jako bohaterowie powstań i Solidarności, jako katolicy, stojący murem za Kościołem rzymskim i papieżem. A my wchodzimy jako kto? Jako naród ciemnych pastuchów? Inteligentów zapatrzonych we Francję? Spadkobierców niepokonanych Daków?

 

 

Gheorghe Moisescu z żoną Kristiną i córeczką Smarandą w swoim mieszkaniu w Bukareszcie. Fot. Sławomir Olzacki

 Kristina, jego żona, młodsza o kilkanaście lat, nie podziela tych obaw. Prowadzi niewielką agencję turystyczną, ma nadzieję, że już w tym roku jej obroty wzrosną. Mówi, że cena za utratę części specyfiki regionalnej nie jest wygórowana. Podobnie jak mąż ma nadzieję, że ich córeczka Smaranda żyć będzie w świecie innym, lepszym, którego jednak na razie nie potrafią za bardzo sobie wyobrazić.

Dwie osobne fety

 Rumunia jest siódmym pod względem wielkości krajem UE (powierzchnia 238,3 tys. km kw., ludność 22,3 mln). Ma świetne położenie, bogactwa mineralne, wielkie walory turystyczne i ambitnych ludzi. 2,5 mln Rumunów, czyli więcej niż co dziesiąty, już pracuje w Unii. Rumunia może wkrótce zaskoczyć tempem rozwoju (już teraz nie jest najgorzej: wzrost PKB – 8 proc., inflacja – 9 proc., dochód na głowę – 8200 dol., bezrobocie – 5,5 proc.).

Premier Călin Popescu-Tăriceanu udziela wywiadu w chwilę po zakończeniu uroczystości akcesyjnych przed siedzibą rządu w Bukareszcie. Fot. Sławomir Olzacki

 W Bukareszcie 31 grudnia 2006 r. premier i prezydent w wyniku nieporozumień na tle ambicjonalnym wejście do Unii świętowali jednak osobno. Premier przed siedzibą rządu przy placu Rewolucji o godz. 20, prezydent na placu Uniwersyteckim przed północą. U premiera było oficjalne przemówienie, kompania reprezentacyjna, wciąganie flagi na maszt, orkiestra, fajerwerki. Prezydent świętował bardziej na luzie, z szampanem. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Josep Borrell oraz komisarz do spraw rozszerzenia Unii Olli Ren byli na obydwu uroczystościach.

Bukareszt. Uroczysta defilada z okazji akcesji. Fot. Sławomir Olzacki.

Gratulowano, jak to przy takich okazjach, odwagi, determinacji, składano życzenia. Rumunia i Bułgaria o wstąpienie do UE starały się od 1995 r. W 2000 r. rozpoczęły negocjacje. Traktat akcesyjny został podpisany w kwietniu 2006 r. Politycy odczuwali ulgę, pamiętając, że jeszcze na początku 2006 r. sprawa nie była ostatecznie przesądzona. Wytykano Rumunom nie tylko zaniedbania w dziedzinie standardów weterynaryjnych, ale przede wszystkim brak skuteczności w walce z korupcją i przestępczością zorganizowaną. Na prawie 70 zabójstw na zlecenie, których dokonano w ostatnich latach w kręgach biznesu, nie wyjaśniono ani jednego. Ze zwalczaniem korupcji, i to na najwyższych szczeblach, szło lepiej. Wiosną 2006 r. z funkcji przewodniczącego Izby Deputowanych zrezygnował były premier i lider socjaldemokratów Adrian Nastase, do dymisji podać się też musiał wicepremier. To przesądziło, chociaż Bruksela ma nadal poważne obawy, czy Rumunia jest przygotowana do wykorzystania funduszy unijnych.

W sylwestrową noc strzeliły więc korki szampana: Rumuni Nowy Rok witali już jako obywatele Unii Europejskiej. Sytuacja podobna do polskiej, choć w lustrzanym odbiciu; traktat podpisywała rządząca od 2004 r. prawica, ale negocjacje rozpoczęli będący wcześniej u władzy postkomuniści.

O co chodzi Unii

Constantin, właściciel mieszkania-hostelu w blokowisku na peryferiach Bukaresztu, właśnie u siebie witał Nowy Rok. Mieszkanie ma trzy pokoje. W jednym mieszka gospodarz z matką, w drugim jest jedno podwójne łóżko dla pary, w trzecim – dwa piętrowe dla czterech osób. Hostel jest w międzynarodowej sieci internetowej i dzięki temu stale są w nim goście. Właśnie wyjechali Holendrzy, zaraz przyjadą Meksykanie. W dwójce jest Greczynka i Niemiec, po nich przyjedzie para Francuzów. Dzięki temu Constantin zarabia kilka razy więcej niż przeciętny Rumun i na dodatek – co podkreśla – nie musi tłuc się do pracy metrem i kłaniać zwierzchnikowi.

Constantin właściciel hostelu w Bukareszcie. Fot. Sławomir Olzacki.

Powiedz mi, dlaczego Unia nas chce? – zagaduje Constantin. – Przecież u nas nie jest tak jak w Europie, daleko nam także do was, Polaków.
Trochę zna Polskę. Jako nastolatek przejeżdżał przez nią do pracy w Niemczech. Był tam dwa razy, za każdym razem nielegalnie. Pamięta oczy strażnika na granicy polsko-ukraińskiej i strach, jaki wtedy czuł. Na Dworcu Centralnym w Warszawie dobry Polak zafundował mu hamburgera i frytki. W Gubinie znowu wrócił strach. Czekał na transport przez granicę, było zimno. Wszedł do kościoła. Podobało mu się, że Polacy tak ładnie się ubierają na spotkanie z Panem Bogiem. Modlił się i doznał otuchy. Później bał się aż do chwili, kiedy otworzył się kontener i powiedzieli, że można wysiadać, bo już są w Niemczech.

O co więc im chodzi: o naszą ropę, Morze Czarne, bliskość Rosji? – wraca z uporem do swego pytania Constantin. Jego zdaniem, Rumunia będzie częścią Europy dopiero wtedy, kiedy zwalczy się korupcję, bezpańskie psy, bezkarne rzucanie niedopałków na chodnik, śmieci na obrzeżach miast. Ale jedno go bardzo cieszy: że już nie będzie granic i budzących strach oczu strażników.

Uliczny stragan w Branie. Fot. Sławomir Olzacki.

Jak Węgier z Rumunem

Na budynku opery w Kluż (węgierska Napoka) wisi rumuńska flaga. Spłowiała, postrzępiona. Od razu widać, że ktoś wolałby, aby jej tu nie było. To Węgrzy, których jest w Siedmiogrodzie prawie półtora miliona. Nie lubią 1 grudnia, chociaż to dzień wolny od pracy i święto państwowe. Nosi ono jednak nazwę Wielkie Zjednoczenie Rumunii. 1 grudnia 1918 r. Zgromadzenie Narodowe Rumunii podjęło uchwałę o zjednoczeniu ze starym królestwem Siedmiogrodu i Banatu. Tak powstała România Mare, Wielka Rumunia. To jedyne tu święto o charakterze narodowym.

Przedstawiciele mniejszości węgierskiej, jak co roku, składali kwiaty pod pomnikiem Avrama Iancu, rumuńskiego bohatera z okresu Wiosny Ludów – opowiada Imre, węgierski student z Kluża. Wianuszek był cokolwiek żałobny, z chryzantem, nie miał też szarfy w barwach narodowych Rumunii, tylko białą z czarnymi szlaczkami, no i zrobił się skandal – uśmiecha się łobuzersko.

W tym roku akademickim węgierscy wykładowcy i studenci miejscowego Uniwersytetu im. Babusa i Bolyaia, szczycącego się otwartością i wielokulturowością, poprosili władze uczelni o zrealizowanie starego (jeszcze z lat 60.) postanowienia senatu w sprawie dwujęzycznych, rumuńsko-węgierskich, tabliczek na ścianach. Po miesiącu, kiedy nic się nie zmieniło, dwaj wykładowcy na własną rękę zaczęli wieszać przygotowane przez siebie tabliczki. W kilka dni później powiększyli rzeszę bezrobotnych.

Takie drobne z pozoru incydenty wywołują wielkie emocje.  Teraz Węgrzy podniosą głowy – obawia się Nicolae, starszy człowiek, rumuński patriota, jak się przedstawia. – Pogrodzą doliny i zażądają autonomii. Ale Węgrów w Siedmiogrodzie ubywa. Romanizacja z czasów dyktatury Ceauşescu, emigracja, mieszane małżeństwa, niska dzietność sprawiają, że szanse na autonomię regionu maleją. Nadal jednak jest to bardzo drażliwy temat w rumuńskim parlamencie.

Tam, gdzie kończy się kontynent

Od stycznia niemal czterystutysięczna Konstanca, drugie co do wielkości miasto Rumunii, jest największym unijnym portem nad Morzem Czarnym. Być tu to znaczy stanąć pod pomnikiem Owidiusza. To tutaj spędził on na wygnaniu ostatnie dziesięć lat życia. Tu napisał „Ars amandi” oraz „Żale”. W głowie dźwięczą fragmenty „Starości Owidiusza” Jacka Kaczmarskiego: „Kiedyś tu będzie Rumunia”; „Stoją nade mną tubylcy, pachnący czosnkiem”; „Barbarzyńcy w kożuchach zmienią się w naród ambitny, pod kolumną Trajana zajmując się drobnym handlem”.

Pomnik Owidiusza w Konstancy /z fotoreportażu "Rumunia - w pogoni za Europą"/ fot. S. Olzacki

Początek stycznia 2007, wczesny ranek. Stoję przy pomniku Owidiusza. Legenda głosi, że wzniesiony w 1887 r. pomnik, dłuta Ettore Ferrariego, stoi na grobie poety. Owidiusz patrzy w morze, od którego oddziela go tylko New Pizzico, czynny non stop pub-restaurant-pizzeria. Nieopodal stoi meczet, zza którego wschodzi słońce. Drogą morską do Istambułu jest stąd 330 km. Czy także tam sięgnie granica Unii?

Konstanca jest największym portem, ale to  położona u ujścia Dunaju Sulina jest najdalej obecnie na wschód położonym miastem UE. Nie prowadzi do niej droga lądowa. Dostać się tam można albo morskim desantem z Konstancy, albo statkiem z Tulcei, z polska zwanej też Tulczą. Trasa liczy 71 km, a jej pokonanie zajmuje cztery godziny. Do Suliny nie można wpaść na chwilę: statek przypływa o godz. 16, odpływa nazajutrz już o 7 rano; jeśli więc chce się coś zobaczyć, trzeba zostać co najmniej na dwie noce. Andrzej Stasiuk uznał Sulinę za miejsce, gdzie „kończy się kontynent i dobiegają kresu zdarzenia”. Niegdyś kwitnący port jest dziś nostalgicznym symbolem przemijającego czasu. O bogatej przeszłości Suliny przypominają zrujnowane budynki kapitanatu, dwustuletnia latarnia morska i cmentarz. Główna uliczka miasta, biegnąca wzdłuż Dunaju, jest wyłożona kostką, czysta i tętniąca życiem. Sklepy, bary, hotele. W barach bilard.

Siedziba stowarzyszenia ofiar represji komunistycznych, położona w głębi, zamknięta na głucho i zaniedbana. Gdybyście u siebie zrobili taką rewolucję jak my w grudniu 1989 r., wyładowalibyście swój gniew i nie musielibyście się teraz grzebać w gównie teczek – Michaly ma trochę w czubie, ale nie mąci mu to zdolności interpretowania zdarzeń. Na wszelki wypadek powtarza swoją myśl po rosyjsku i niemiecku.

Właściciel hotelu niechętnie odrywa się od stolika, by pokazać pokój. Później wraca do znajomych, by kontynuować dyskusję na temat miejsca Rumunii w europejskiej Wspólnocie. Porównują się z Hiszpanią, Francją, Polską. Nie wypada to wcale źle. Łatwiej będzie wyjechać do pracy. A tu, na miejscu, turystów będzie więcej. W przewidywaniu boomu już rozpoczął rozbudowę hotelu. Na razie pewnym problemem jest niska wydajność kuchni: wodę na herbatę i kawę gotuje się w rondelku; trzeba poczekać. Podobnie zresztą jak na zupę rybną, gotowaną w garnku, która za to serwowana jest w budzącej szacunek ilości i ma znakomity smak. Szczególnie jeśli doprawić ją świeżo wyciśniętym czosnkiem. Zapach czosnku trochę zwalcza aromat serwowanego na dzbanki wina. Latem może go już nie być, bo robione jest sposobem chałupniczym. Unia tego nie aprobuje, ostrzega właściciel i zachęca do opróżnienia kolejnego dzbanka.

Jak na portowe miasto przystało, są w Sulinie dwie profesjonalistki. Wedle klasyfikacji dyżurnego ruchu Całuska z Hrabalowskich „Pociągów pod specjalnym nadzorem” jedna jest dupiarą, a druga cycarą. Jedna ma dekolt, druga eksponuje koronkowe końcówki samonośnych pończoch pod kusą spódniczką. Jedna jest brunetką, druga blondynką. Wieczorem przechadzają się od baru do baru. Zamawiają wodę mineralną lub colę i czekają na oferty. Popyt jest umiarkowany, miejscowi nie chcą płacić za coś, co mają za darmo u znajomych amatorek, a przyjezdnych na początku stycznia jest niewielu.

W drodze na podmiejski cmentarz z wybrukowanej ulicy trzeba przejść na tylko utwardzoną. Przy szpitalu tablica informuje, że rozpoczęty w lutym 2002 r. remont ma się zakończyć w lutym 2004 r. Stan obiektu wskazuje na to, że jeszcze potrwa. Później uliczka jest jeszcze mniej utwardzona. Za miastem cmentarzysko statków, pas trzcinowych chlewików, później śmieci, aż wreszcie cmentarne ogrodzenie i kaplica. Historie morskich wypadków są opisane na kamiennych płytach nagrobnych pochowanych tu marynarzy.

Do Suliny nie ma drogi lądowej, trzeba płynąć promem 70 km. „Tu się kończy kontynent i dobiegają kresu zdarzenia.” Na cmentarzu w Sulinie odczuwa się to dojmująco.

Cmentarz w Sulinie fot. Sławomir Olzacki

I rzeczywiście jest to miejsce, gdzie kończy się kontynent i dobiegają kresu zdarzenia.

Szlaki z Europy

Wzdłuż granicy ukraińsko-rumuńskiej, na Bukowinie, zachowały się polskie wsie. Łukasz Juraszek z Poiana Micului jest bywały w świecie. Wnuczkę wyprawił na studia do Lublina. Sam przynajmniej raz do roku wyjeżdża do Francji dorobić. Zna wartość ekologicznej żywności.  I od kiedy stąd wyjeżdżam, doceniam piękno Bukowiny – wyznaje.

Bukowina Styczeń 2007, pierwsze dni Rumunii w UE. fot. Sławomir Olzacki

Łukasz wraz z sąsiadami rozpoczął więc malowanie turystycznych szlaków. Ma nadzieję, że teraz na Bukowinę przyjeżdżać będzie więcej Polaków i innych gości. Że będą to szlaki z Europy do Rumunii, szlaki nie przecięte już granicznymi zasiekami.


tekst i fotografie Sławomir Olzacki
– – – – – – – – – – –
*
– kontynuacją, rzec można, publikowanego tu reportażu S. Olzackiego z Rumunii jest zamieszczony w numerze 7 Netkultury inny reportaż zatytułowany „Opowieść o rumuńskich Polakach”.

 

 

 

Foto Post Scriptum

Fot. Sławomir Olzacki

Z tym pasterzem  wiąże się zabawne nieporozumienie. Fotografowany był 2 stycznia 2007. Najwyraźniej był jeszcze noworoczny. Twierdził, że nie chce ani papierosów, ani nic tylko – i tu pokazywał rekoma jakby jadł – „apa, apa, apa”. Zrozumiałem, że chce jeść i dałem mu suchą kiełbaskę (typowe menu Polaka starszej generacji w podróży). Nie wydawał się być zachwycony, chociaż jedzenie przyjął i zapozował. Później dowiedziałem się, że apa to tyle co H2O, czyli woda. Chłop miał kaca i pić mu się chciało, a ja go potraktowałem kiełbaską 🙂 Tak to bywa, kiedy się człowiek nie uczy języków zagranicznych.

Fot. Sławomir Olzacki

A tu sympatyczny zwyczaj z Transylwanii – pogłaskanie baranka w sylwestra ma zapewniać szczęście w nowym roku.

Bran (u podnóża zamku Drakuli), 31.12.2006. Fot. Sławomir Olzacki.

Tags:

9 komentarzy

  • Oj, refleksji mam wiele, ale dzisiaj króciutko powiem tyle, że Netkultura powstała na szablonie napisanym przez dwu bardzo młodych, sympatycznych obywateli Mołdawii z Kiszyniowa o rumuńsko brzmiących nazwiskach , po pierwsze takiej solidnej oferty wordpressowej nie widziałem w rodzimym necie, a po drugie panowie lat około dwudziestu kilku biegle posługiwali się angielskim i francuskim. Aż boję się zapytać jaki stereotypowy obraz Mołdawii mają nasi rodacy. Pewnie bida i koniak.

  • Bardzo ciekawy tekst i oczywiście zdjęcia.

    Ja tam, nie nie lubię Rumunów. Najbardziej lubię panią P. Tak zaradnej, gospodarnej i inteligentnej kobiety, ze świecą szukać.

    Wino. Ja tam, wychowany na J-23 marki „Peklowin”, jestem. Jakich win nie pijam? francuskich szczyn dostępnych w Polsce. Jakie pijam? Prawie wszystkie rumuńskie.

    UE – cholera znowu! Ale co się dziwić. Specyfiką docelową są, marchewka – owoc i ryba ślimak.

    Europeizuju, certyfikuju i homologuju.

    20 Grudnia w dzień świętego Ignacego – odbywa się w rumuńskich wioskach tz. ‘poświęcenie świni’. Zwyczajem tym zajęła się w roku 2007 Komisja Europejska. Grożąc Rumuni wstrzymaniem dotacji w wysokości około 180 milionów Euro. Co roku niezgodnie z dyrektywami Komisji rumuńscy chłopi szlachtują około 1,5 miliona świń. Prośba Rządu Rumuni o uznanie tego zwyczaju za ‘religijny’, została odrzucona. W tym samym czasie miliony zwierząt w Europie, było zabijanych zgodnie z rytami koszeru i halal.

    2008 – Unia Europejska pozwoliła na zachowanie w Rumunii tradycyjnego sposobu uboju świń.

    http://www.economist.com/world/europe/displaystory.cfm?story_id=10131771
    http://www.pk.org.pl/artykul.php?id=406&krajePage=2
    http://www.wydarzeniarolnicze.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1732&Itemid=40
    http://zb.eco.pl/zb/57/gw.htm

  • przeczytałam z ogromnym zaciekawieniem.. faktycznie, uświadomiłam sobie, ze tez czasem pozwalam ulegać stereotypom.. też mi się jakoś Rumuni kojarzą z Romami, a sympatia do tych jakoś nie pałam

    ale poprawię się 😉

    PS dzisiaj w drodze z pracy komunikacją miejską miałam taka oto rozrywkę, do mojego tramwaju wsiadła Romka, którą znam już doskonale z widzenia, a jej syna jeszcze lepiej ze śpiewu proszącego o pieniądze, życzącego „wsistkiego doblego i duzio zdrowia”, co ciekawe.. do tegoż tramwaju wsiadła również kontrola biletów.. sprawdzili wszystkich poza siedzącą wygodnie Romką.. cóż.. nie spodobało mi się to, gdybym akurat nie miała biletu chyba bym aferę rozkręciła.. Polakowi w Polsce nie wolno jeździć za darmo.. złapany dostanie mandat.. Roma w Polsce kontrola biletów unika

    ale to off topic, bo tu o Rumunach miało być 😉

  • Świetne zdjęcia.

    • zdjęcia swietne – jasne, że tak. Mnie z tymi zdjęciami pięknie konweniuje mądrość refleksji autora. Fotografować trzeba umić. Ale rozumieć, co na matrycę włazi i jeszcze na dodatek – po jaką cholerę – to już o wiele trudniej.

  • Ja tam lubię Rumunów,znam język i kulturę.Mają świetną literaturę,zwłaszcza poezję,znakomitą rzeżbe.Inteligencja dobrze zna języki.Przeważnie francuski i włoski.Rzadziej hiszpanski.W świecie romanskim są od dawna zadomowieni(Tristan Tzara,Ionesco, Eliade,)Urządzają fsjne imprezy kulturalne np festiwal poetycki na zamku Vlada Cepesa IV (Drakuli).Myhślę,że niecheć do Rumunów,z którymi przed wojną
    mielismy znakomite stosunki (ich król byl honorowym dowódcą pułku ułanów z Trębowli) została nam wcisnięta przez Rosjan.
    Na zasadzie ; dziel i rządz. Popularne rosyjskie powiedzenie głosi;” Rumuny,eto nie nacja ,eto profiesja; smyczok i atmyczok ” ( Rumuni to nie naród,to zawód; smyczek i wytrych).
    Rosjanie nie mogli Rumunom darować ani zajęcia Odessy ani
    dobrych kontaktów z Zachodem.Zabrali im Mołdawię. Tylko „Gazeta wyborcza” uznaje coś takiego jak język „mołdawski”,( rumuński zapisany cyrylicą ) lub naród mołdawski.Myślę,że prędzej czy póżniej dojdzie do zjednoczenia Mołdawii z resztą Rumunii a samozwańcza „Republika Nadniestrza” upadnie lub przyłączy się do Ukrainy.
    Na Polski stosunek do Rumunów ma równiez wpływ przekonanie,że połowa Rumunów to Cyganie,co jest oczywistą nieprawdą(w rzeczywistosci ok. 8-9%) .

    • A; Kluż ( rum.Cluj)to był po węgiersku Kalocsvar, Napoca to rzymska,łacińska nazwa tego miasta.A za Ceausescu „zmyłkowa” nazwa części tego dość dużego grodu.Za komunizmu wg konstytucji vicepremierem Rumunii „bankowo” musiał być Węgier. Teraz ,zdaje sie, jest gorzej i ten „parytet” nie obowiązuje.

      • Nie, nie obowiązuje. A kiedy jeszcze obowiązywał, to i tak obalanie Słońca Karpat zaczęło się w Siedmiogrdzie pośró tamtejszych Madziarów. (Zostawiając na marginesie tym razem wszelkie „przewałki” okołorewolucyjne, bo nie o nich tu mowa).

Zostaw odpowiedź do Admin