Andrzej Grzechot: Czarny czwartek czyli zostawcie Janka Wiśniewskiego.

19 marca 2011 17:530 komentarzy

„Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”
reż. Antoni Krauze
Polska 2010
100 min.

      Nie ukrywam, że na film „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł” w reżyserii Antoniego Krauze udawałem sie z pewną obawą. Bałem się tego „jankawiśniewskiegopadadła”. Bałem się taniej symboliki, uproszczeń podszytych emocjami, „jankowiśniewskiej” bezrefleksyjności, wreszcie manipulacji rodem z polityki historycznej, która ma to do siebie, że więcej w niej polityki niż historii, obojętnie, któremu /od lewa do prawa/ manipulantowi-ignorantowi socjotechniczny wolant wpadnie w rączki.  Bałem się, że film będzie patchworkiem naszych współczesnych okołohistorycznych spazmów i potraktowany zostanie jako pretekst dla całkiem niehistorycznej wojny polsko-polskiej.  

     Moje lęki uspokajała jednak osoba reżysera. Antoni Krauze to artysta doświadczony, dojrzały  i, co nie bez znaczenia, człowiek pamiętający dokładnie czasy PRL-u. Historię i historie umie opowiadać z dystansem i bez kiczowatych naleciałości, kto widział świetny film „Dla potomnego”, będzie wiedział od razu co mam na myśli. Wspominając zresztą ten właśnie film Krauzego o poetach w Powstaniu Warszawskim, nie sposób nie zacytować fragmentu recenzji Krystyny Wróblewskiej /”Poeci poszli do powstania”, „Polityka” nr 33, 2004r./

„Emocjonalna spirala filmu Antoniego Krauzego „Do potomnego” rozkręca się dość powoli. Dopiero gdzieś w połowie do widza docierają nie tylko obrazy, fakty, nazwiska, poezja czytana spoza ekranu, ale i jego przesłanie.”

     Podobnie odbieram „Czarny czwartek”. Film balansuje pomiędzy formułą fabularnego dramatu, a filmem dokumentalnym. Osią opowiadanej historii są wplecione w gdyńskie wydarzenia losy rodziny Drywów. Brunon Drywa, postać autentyczna, to zwykły, przyzwoity, polski everyman. Daleki od bohaterstwa, walczący o lepszy byt dla swojej rodziny, ginący tragicznie od przypadkowej kuli w czasie masakry idących do pracy gdyńskich stoczniowców. Tło dla mikroświata /ale jakże reprezentatywnego dla ogólnego obrazu życia w tamtych czasach/ Drywów stanowią oddane bardzo starannie sceny z najtragiczniejszych wydarzeń Grudnia 70′ i, niestety mniej realizacyjnie udane, obrazki z wnętrza peerelowskiej machiny władzy. 

     Tu pojawia się największy kłopot z oceną filmu. „Czarny czwartek” porównywany jest przez wielu z „Krwawą niedzielą” Paula Greengrassa. Niestety niesłusznie. „Czarnemu czwartkowi” nie udaje się bowiem osiągnąć uniwersalności przekazu właściwego dla tamtego filmu. Nie jest to ani wielkie fabularne kino, ani mogący naprawdę silnie wciągnąć  widza spoza Polski paradokument. Film jest czymś pośrodku, a różne plany na których rozgrywają się wydarzenia nie współgrają ze sobą idealnie, nie wspomagając się wzajemnie jeśli chodzi o siłę filmu jako dzieła filmowego. Zabrakło tu materiału na naprawdę wielkie aktorskie role, wątki dotyczące poszczególnych postaci pierwszego planu cechuje paradokumentalna oszczędność, a paradokumentalny  plan ogólny grudniowych wydarzeń nie nabiera epickiego charakteru. Nie jest to ani „Śmierć jak kromka chleba” ani „Katyń” ani „Przesłuchanie” czy „Nadzór”.    

źródło: materiały prasowe filmu

         „Czarny czwartek” jest jednak filmem dobrym przez duże D. Paradoksalnie może właśnie realizacyjna rezerwa pozwoliła mu ominąć pułapki, których lękałem sie przed projekcją. Film  unika dydaktyki, wiernie opisuje fakty, jest  solidnie zagrany i zainscenizowany.  Bardzo dobrze wypadają Michał Kowalski i Marta Honzatko w roli małżeństwa Drywów. Świetnie sprawił się scenograf Zbigniew Dalecki i równie znakomicie autor zdjęć Jacek Petrycki. Dzięki nim wyziera z ekranu peerelowska szarzyzna, a w scenach tłumienia demonstracji prawdziwy ludzki dramat i napięcie.

     Największy kłopot mają najbardziej uznani aktorzy, którym przypadły trudne role wcielenia się w partyjnych bonzów. Trudno powiedzieć, że zadanie ich przerosło, należy chyba zadać pytanie czy było ono w ogóle wykonalne. O ile trudno Wojciechowi Pszoniakowi z całą swoją charyzmą i osobowością wcielić sie wiernie w  Gomułkę /choć robi co może/, to przed Piotrem Fronczewskim z całym jego emploi stanęła rzecz niemożliwa do osiągnięcia – wcielenie się w prymitywnego Kliszkę. W efekcie jeśli chodzi o część „partyjno-rządową” filmu wielkich kreacji się nie spodziewajmy. Część ta, choć zrealizowana solidnie pozostawia niedosyt jeśli chodzi o scenariusz. W „kuchnię” ówczesnej władzy i partyjnych genseków, czyli tam gdzie należy szukać genezy /kuriozalnych z punktu widzenia logiki i socjotechniki/ wydarzeń grudniowych, wchodzimy bardzo powierzchownie. Jest to trochę zmarnowanie materiału, który mógłby stanowić kanwę dla politycznego thrillera i szkoda dla dokumentalnego wymiaru filmu /np. Kociołek i Szlachcic potraktowani zostali bardzo marginalnie/. Do sedna wewnątrzpartyjnych intryg film niestety nie dociera.     

źródło: materiały prasowe filmu

         O wydarzeniach grudniowych „Czarny czwartek” opowiada jednak  rzetelnie i przejmująco. I to już jest jego największą zaletą, zwłaszcza wobec innych historycznych produkcji ostatnich lat. Na sali było dużo młodzieży, kilkunastu studentów, spora grupka licealistów. Nie były to przymusowe wycieczki szkolne, a po kilkunastu minutach dzieciaki przeżywały film w ciszy jak makiem zasiał. Podobnie cicho było po seansie, a autor tej recenzji i jego towarzyszka dyskretnie ocierali łzy. Film ten zostanie we mnie na długo.  Polecam go jako solidne, uczciwe, dobrze zrealizowane kino. A w wymiarze własnej pamięci, czy poznawania tamtej rzeczywistości polecam „Czarny czwartek” jeszcze bardziej.

[vimeo 19790722]

P.S.
     Niestety po wyjściu z kina dopadły mnie od razu politycznohistoryczne i propagandowe demony. Nie podobają  mi się dystrybucyjne zabiegi – ten wyświechtany Wiśniewski, gra miejska w realiach Grudnia /sic!/, a Kazik ze swoją interpretacją jest przy wymowie tego filmu zwykłym hałasem /na szczęście w filmie słychać go dopiero przy napisach końcowych/.  

      Dlatego Drogi Czytelniku nie czytaj internetowych forów, nie rozważaj kto wyszedł z projekcji filmu w Sejmie, nie daj się zwiśnieczczyć. Bo to wszystko nieważne. Ważni są Brunon Drywa, Wiesław Kasprzycki i setki im podobnych. Bestialstwo oprawców w mundurach to nie żadna gra miejska, tylko odbijane nerki i łamane kręgosłupy. A „janekwiśniewski” to nie nowy hit Kazika i nie skoczny teledysk.  

 

Andrzej Grzechot

Tags:

Zostaw odpowiedź