Jarosław Kolasiński: Sceny muzyczne z Dolnego Śląska

19 marca 2011 17:5815 komentarzy

– Czego słuchasz, misiek? – zainteresowałem się kiedyś w zakładowej stołówce, widząc dużo ode mnie młodszego towarzysza broni zakorkowanego słuchawkami empetrójki.
– Co?
– Jakiej muzyki słuchasz, pytam.
– No tej, co leci.

Odkąd tylko mój słuch muzyczny osiągnął już etap wyższy niż ten, na którym odróżnia się czy grają, czy przestali – staram się słuchać nie tego, co leci ale tego co chcę, gdyż albo to lubię, albo chcę poznać. Jakoś dziwnie mi się to nie udaje i obawiam się, że nie jestem w tym odosobniony.

Od dziecka słucham głównie tego, co inni.

/rys. Michał Zięba/

W połowie lat sześćdziesiątych w Lubinie mieszkał pod nami pewien górnik miedziowy. Jak na blok będący na poły hotelem robotniczym, na poły blokiem mieszkalnym – był pan Rożek człowiekiem niespotykanie spokojnym. Nie trzeba go było przeskakiwać idąc do piaskownicy, bo w odróżnieniu od większości sąsiadów nie pił poza domem, więc i trudzić się powrotem nie musiał, przez co nie zalegał. Pan Rożek był melomanem, ale nie jedynym w naszym bloku. Byli i inni. Rożkowy vis a vis (funkcjonariusz straży przemysłowej KGHM) w sylwestra zwykł odpoczywać na schodach pod drzwiami, za którymi barykadowała się trzeźwa część jego rodziny i śpiewał. Co śpiewał – nikt nie był w stanie odgadnąć. Były to wszakże piosenki o rytmie niespiesznym, stosunkowo melodyjne, z ewidentnie głośniejszym od zwrotek refrenem. Czasem pieśniarz zacinał się i kontrapunktował wokal butelkami „Czystej” rzucanymi w swoje lub cudze drzwi. Co kilka miotnięć pudłował i marnował dary boże o ścianę, co perfekcyjnie łączył z brawurowymi analizami zawodu wykonywanego przez jego teściową, o czym jej zabarykadowana córka kwieciście była informowana. Na parterze mieszkał grabarz z Polkowic, rudy taki, który ani wokalnie ani instrumentalnie się nie udzielał. Zostawiał to żonie i dzieciom, które w kwartecie płakały na głosy, uciekając przed głową rodziny uzbrojoną w siekierę niewiadomego pochodzenia, a jeszcze mniej jasnego przeznaczenia (w bloku było CO).

     W porównaniu z nimi pan Rożek (ojciec Zbycha, z którym bawiłem się w strzelanego i który był jedynym, którego wówczas dawałem radę skopać co jakiś czas) pijał skromnie, przez co środków płatniczych miał więcej i skutkiem tego państwo Rożkowie posiadali od czasu do czasu finansowe rezerwy w walucie miejscowej. Pewnego razu zaszaleli i wydali je na adapter „Bambino”. Drugi (po naszym) w bloku. I tak się zaczęła moja muzyczna edukacja z użyciem sprzętu grającego.

     Utworem, który zapamiętałem szczególnie i  do dziś jestem w stanie zanucić (w odróżnieniu od wszystkich pozostałych, z jakimi kiedykolwiek się zetknąłem), była ulubiona piosenka państwa Rożków zatytułowana „Sełodkie fijołki”. Tak to przynajmniej było słychać. Gwoli ścisłości dodam, że wspomniane fijołki były „sełodsze, niż wszystkie róże”, ale rzecz w czym innym. Najważniejsze było to, że Rożek sobkiem nie był, ni sknerą – swoją muzyką obdarowywał sąsiadów hojnie i unforgiven. Tylko trzaskający mróz lub nadobfite opady mogły naruszyć jego co niedzielny rytuał polegający na tym, że o ile adapter wraz z nadzianą na bolec jego talerza płytą pocztówkową kładł na parapecie w mieszkaniu, to głośnikiem dzielił się z nami wszystkimi – mocował go na parapecie zewnętrznym. Wraz z pierwszym zerwanym fijołkiem, zawsze górnik Rożek zamykał okno. Dlaczego tak robił? Długo mnie to gryzło.

     Po przeprowadzce do Wrocławia (koniec lat 70-tych) kupiłem sobie „Fryderyka” z kolumnami 30W i masę tanich jak barszcz (bo były to czasy tłamszącej kulturę komuny) płyt Poljazzu. Zaczepił mnie kiedyś w windzie dziadyga-sąsiad i stwierdził, że nigdy nie przepadał za jazzem, ale teraz, skoro nie ma innego wyjścia, to już go lubi. Przez chwilę było mi głupio, ale rychło o tym zapomniałem, ponieważ doznałem olśnienia: identycznie jak górnik miedziowy Rożek ze swoim „Bambinem”, tak i ja nie tyle słuchałem tego, co lubię, ale chwaliłem się, że mam odpowiedni sprzęt i nie waham się go używać. Parkerem, Coltrainem, Namysłowskim i Urbaniakiem ogłuszałem okolicę dokładnie z tych samych powodów, co  granatem od pługa oderwany Rożek obsiewający swoimi „Fijołkami” połowę Lubina. Z identycznych powodów młodzież kiedyś nigdzie się nie ruszała bez tranzystora w skórzanej pochewce, przyssanego do ucha. W dobie konsumpcyjnej mizerii każdy po prostu chwalił się tym, co miał i czego słuchał.

      Państwo ludowe też się chwaliło. W latach 50-tych szczególnie – za pomocą „kołchoźników” zawieszanych gdzie się tylko dało. W wersji hard – nie można było głośnika ani wyłączyć, ani nawet ściszyć. Kiedy już trochę dorosłem (5 klasa podstawówki) paradowanie z tranzystorem przy uchu wyszło z mody. Szpanowało się masterhitem stereo i w domu. Spacerujący gostek z tranzystorem był już synonimem tzw. glebora („radio, szwedka i beretka, spodnie w pasy, adidasy”). Miano to pochodziło od gleby, gruntu, roli, którą dany delikwent i jego przodkowie od wieków uprawiali, nie mając nic wspólnego z jakąkolwiek ogładą towarzyską i miejską. Miano to niesłusznie wyszło z użycia, a szkoda, bo wciąż mi się podoba  – i na prywatny użytek nadal często je stosuję i to bez związku z aktualnymi wyborczymi wynikami „Samoobrony”.

     Co się zmieniło od tamtych czasów? Wiele. Kiedyś szczytem obciachu było zamachać do kamery TV, dziś potrafi to zrobić nawet premier (jak dotąd tylko włoski, ale jednak). Kiedyś puszczanie własnej muzy w tramwaju (pomijam już nieunikniony opieprz współpasażerów) nie wchodziło w grę z przyczyn antygleborskich, dziś wreszcie odmiana… Ale po kolei: parę lat temu, ktoś kontrowersyjny wpadł na pomysł, żeby we Wrocławskich tramwajach puszczać z głośników muzykę poważną.  Lud natychmiast to oprotestował, wychodząc z założeń nader na pierwszy rzut oka słusznych. – całe życie człowiek w hałasie, to niech przynajmniej w miejskiej komunikacji będzie cicho. Czego zatem można dziś posłuchać we wrocławskim tramwaju? Tego, co inni słuchać chcą. Z pewnością nie Ravela czy innego Moniuszki. Tego rodzaju „muza” zamilkła i sama sobie winna, skoro wystarczyło parę telefonów do lokalnych mediów, parę listów. Muzyka poważna ani w mordę nikomu dać nie potrafi, ani piwem z opróżnianej właśnie puszki łba mu nie zrosi, ani też nie narzyga na kolana. Z tych to przyczyn właśnie cudzych ajfonów wciąż słucham w tramwajach, ale za to bez ograniczeń. Podobnie jest z techniawą uwielbianą przez sąsiadów w bloku.

     Chopinem zagłuszać Chopina? Koterski poszedł na łatwiznę. Kilkanaście lat przed premierą „Dnia świra” zdemolował mnie psychicznie sąsiad, który rożkował na pół osiedla przebojem „It’s my life”. Po serii telefonów do dzielnicowego, który za każdym razem traktował mnie po wrocławsko (czyt. – olewał), wystawiłem na balkon moje archaiczne trzydziestki i przypomniałem światu o grupie „Deep Purple”. Już w połowie pierwszego utworu w oknach pojawili się rozwścieczeni sąsiedzi: – A co to za ryki?! – Nie pamiętam tytułu – odwrzasnąłem i zatrzasnąłem drzwi balkonu, kończąc w ten sposób koncert, ponieważ kabelki uległy przecięciu. I tak przegrałem i bitwę, i wojnę.

     Od tamtej pory już nie walczę, po prostu słucham tego, co chcę. A czego chcę? Jak się nie ma co się lubi, to lubi się, co się ma. Ja mam sąsiadów. Słucham więc tego, czego (i kiedy) chcą oni. To w domu. W zimie, na ośnieżonym stoku pomaga mi się zrelaksować sieczka z wyciągowych głośników, nie inaczej latem na basenie, przez cały rok natomiast podczas zakupów pieści ucho me ulubiona muza właścicieli sklepów, w tramwaju natomiast grają mi zapruci gówniarze, natomiast gdy idę chodnikiem – wsłuchuję się (a mam inne wyjście?) w dupcyś-dups z dudniących bryk śmigających ulicą. Wratislavia dudnians – na co dzień, bo od święta, to cantans.

     Kiedyś pewnie nie zdzierżę w tym moim nader muzykalnym, pełnym fantazji Wrocławiu. Polska, na szczęście, to wolny kraj i mam wolny wybór: zawsze przecież mogę wsadzić łeb do piekarnika i odkręcić kurki. Niestety – blisko od nas do Czech, więc wzorem bohatera filmu „Pod jednym dachem” – gówno nic mi z tego wyjdzie: podobnie jak on, ja też piekarnik mam elektryczny.

Jarosław Kolasiński

Tags:

15 komentarzy

  • Czuje się zdenerwowanie piszącego – nie dziwota.

  • A dziadkowie z rysunku pana Zięby, to już nawet stroje mają stosowne – długo przy takiej muzie nie pociągną.

  • Ja to się z Autorem solidaryzuję, ze względu na pewną wspólnotę losów, chyba.

    Mój sąsiad był na szczęście Ukraińcem, a jak wiemy wszystkie Słowiany są bardziej muzykalne od Polaków, to i przyjemnie słuchać było tych wszystkich dumek i czastuszek.

    Co do polubienia dżazu, albo czegoś innego. Polubiłem kiedyś M.C. Hammera. Kolega wziął, z sobą jedna kasetę, only. Trzy tysiące kilometrów w Reno Number Five, tam und z powrotem, swoje robi. Drogą powrotną, co fajniejsze kawałki, wybierałem .

    Natomiast sąsiada, który w każdy niedzielny poranek nauczał kilkutysięczne osiedle panelaków – hiphopu, pokonałem.

    Umarł Maciek, umarł, już leży na desce…
    gdyby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze,
    bo w Mazurze taka dusza,
    gdy zagrają to się rusza.
    Oj da dana…

    Muzykę poważną z komunikacji miejskiej wycofano, nie ze względów politycznych a zdrowotnych. Jak muzyka poważna, to i opery. Tam są co jakiś czas, takie …Iiiiiiiiiiiiiiiiii, albo Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa, albo Buuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu, itd. Po prostu, gorzej niż w TV-reklamach. KRRiT zajęła się już reklamami, ale niema na razie czym mierzyć, tych no … debi… debi … debi … acha …decybeli. No i wzięła się, za na opery!

    Dźwięki w przestrzeniach handlowo-konsumpcyjnych, sankcjonuje Kodeks Pracy. Obsługa nie może się nudzić. Jak wiemy, obsługa zmuszana jest, od czasu do czasu do zmiany położenia, dlatego musi mieć nagłośnienie na fól. Na ogół wystarczy poprosić – czy można prosić o ściszenie ? Oczywiście ryzyko istnieje, że nam do pizzy naplują. Ale …

    Na koniec. Panie Autor! Pan się nie poddawaj! Mamy strefy bezdymne, będą i bezdźwiekowe. Rada Bezpieczeństwa się tym już zajmuje – Świt Ciszy. Na razie akcję blokuje Spółdzielnia Świt, która ma zastrzeżony znak słownograficzny – Świt.

    • :))))))))))))

      To mi przypomina jeden taki sąsiedzki epizod: osobiście mieszkam na pierwszym piętrze, ale lokum na parterze stoi zazwyczaj puste (co miewa i złe, i dobre strony: zimą nieco od podłóg gwiździ, za to moje dzieci mogą tuptać bez ograniczeń). Zazwyczaj, bo raz na jakiś czas zjeżdżają doń, zamieszkali na stałe w USA, właściciele. Ściślej – albo właściciele in personam (przemili państwo ciut po sześćdziesiątce), albo ich starszy syn (równie miły facet koło czterdziestki) z (równie fajną) małżonką, albo syn młodszy (wyjątkowo zgówniarzały knur, dla którego określenie „glebor” byłoby stanowczo zbyt hojnym komplementem).
      Niestety, opcja druga zdarza się najrzadziej, opcja pierwsza raz od wielkiego dzwonu, a opcja trzecia – mniej więcej co kwartał. Jedna z tych cokwartalnych okazji zastała mnie przy następującej dziennej rutynie: najraniej wychodziła z domu moja żona, potem ja odprowadzałem do przedszkola starsze dziecię, wracałem do domu i, wziąwszy prysznic oraz zjadłszy śniadanko, zabierałem młodsze dziecię do opiekunki, a stamtąd już bezpośrednio udawałem się do pracy. Wracam więc z tego przedszkola (daleko nie mam), niosę półśpiącą jeszcze Ł. na rękach i już słyszę, że jest ciekawie. Pukam zatem do sąsiadów, proszę o rozsądek i słyszę w odpowiedzi wymijające „spierdalaj”. Wchodzę do domu, zostawiam młodsze dziecię z kanapką i kakao i idę się myć. Wyłażę z łazienki, wchodzę do pokoju, a tam… kubek z kakao rytmicznie podskakuje – wraz z całym stołem – do taktu jakiegoś umcss-umcss. Ł., przerażona do szpiku, usiłuje wsadzić głowę pod kołdrę.
      Nie wytrzymałem. Położyłem głośniki swego grajła (o mocy, że się tak nieskromnie wyrażę, deko większej, niż 30W każdy) w pozycji membrana do podłogi, a do zmieniarki CD wpakowałem pięć ulubionych krążków grupy Slayer. Ubrawszy się naprędce, złapałem Ł., wyszedłem z mieszkania z pilotem w ręku i – przez zamknięte już drzwi – nacisnąłem „Play”, „repeat all”, położyłem na dłużej palec na „volume+”, po czym spokojnie udałem się na parking. Gdy po ładnych kilku godzinach wróciłem do domu, akurat kończyło się „Seasons in the Abyss”. Sąsiada nie było.

  • Dzień dobry.
    Na początek wyjaśnienie: jakiś czas temu zacząłem na powrót rozglądać się po znajomych portalach i znajomych nickach i co znalazłem? – jakieś mgliste odniesienia do kultury? kultury w necie? netkultury?
    Znalazłem i zacząłem się przyglądać, nawet czytać, gdzieś tak od lutego. I tak czytałem. Mądrze piszą, myślałem sobie.
    No.
    Aż przeczytałem o muzyce. I postanowiłem, wstrząśnięty, wyznać swoje winy:
    – gdzieś koło 68 roku (chodzi o rok 1968) zawieźliśmy z ojcem, ręcznym wózkiem, złom do skupu; złom pochodził z gospodarstwa moich dziadków (oddawali Państwu gospodarstwo, za emeryturę). Pieniędzy starczyło na radio „Arkona” z adapterem, jak się mówiło. I co zacząłem wkrótce robić? Puszczać na cały regulator „pocztówki dźwiękowe”, ale przecież nie byle jakie, tylko największe przeboje. A potem, bardzo szybko, zaczęli się „Skaldowie”, Nalepa i wreszcie Ludwig van. Całe szczęście, popołudniami, po powrocie ze szkoły, dręczyłem tylko jedynych naszych sąsiadów. Rodzice odpoczywali na działce (ogródku działkowym). Trwało to wiele lat. Moja wina.
    – gdzieś koło 76 roku naradził się tato z mamą (i babunia tyż to samo), że to już najwyższa pora kupić sobie Mister Hita. I miałem tego Mister Hita w pokoju ( na szóstym lub ósmym piętrze akademika na Wittiga, gdzie? we Wrocławiu of kors). Na piątym roku chodziło się na zajęcia tak koło dziewiątej, dziesiątej. Aby się zdopingować do wyjścia, raczyłem siebie i okolice Czajkowskim – Allegro, molto vivace z 6 Symfonii. Na mnie działało to skutecznie i wychodziłem na przystanek. Okolice mocno spały, albo były już bezludne o tej porze – w każdym razie nikt nie protestował. Jednak wina moja.
    – gdzieś już później kupiło się Elizabetkę i gramofon Bernard (działają w komplecie do tej pory) i zaczęli cieszyć się dobrą muzyką sąsiedzi w bloku. Potem znowu, za lat kilka, przyszła na nas (niby tatę z mamą) taka chwilka i kupiliśmy Technicsa. Cieszyłem sąsiadów Muzyką. Moja wina.
    – gdzieś znów później nie porzuciłem upodobań. Dalej umożliwiam sąsiadom Obcowanie z muzyką. Choć robię to coraz rzadziej (no, gdzieś tak raz na tydzień). Ale mają za to cały przegląd – od nowego orleanu, starego country, lat świetności (cokolwiek to znaczy), przez Piotrów, Amadeuszów, Ludwigów, Richardów, Antoniów … Wiem, moja wina…

    Ale, żeby prawdę powiedzieć, to takie słuchanie przez słuchawki jest na nic. Tylko słuch można sobie uszkodzić!
    Nie ma to jak dobre głośniki!
    A puste butelki to ja delikatnie odkładam na bok. No!

  • Ja miałem sąsiadów spod znaku rave and techno na dole a na górze ziołowych jak piec hutniczy rastamanów, dwa spostrzeżenia – po pierwsze płyta podłogowa idealnie filtruje techno z resztek melodii i zostaje sam bit, po drugie rodzimi rastamani poruszają się według czasu Kingston i musze powiedzieć, że mimo iz kontakt z młodzieżą jeszcze posiadam, a i sam co nieco jeszcze pamietam to ZACZYNANIE imprezy o 7.00 rano wzbudziło mój najgłębszy szacunek. 🙂

    A swoja droga uważam że najwiekszą paranoją jest mania kupowania do polskich m-3 wypasionych kin domowych od 5.1 do 7.1, szczęśliwy posiadacz najpóźniej po kilku dniach w najlepszym wypadku wycisza satelity i subwoofer, albo przełącza na stereo i szlus.

  • Jednym słowem – teza o tym, że słuchamy głownie tego, co nam puszczaja inni została udowodniona. Oczywiście pomijając przypadek kol. Hufnagla, który jest własnie tym, który nam „muzykę zabezpiecza”. Ciekawe. W kwestii Wittiga i znajdujących się tam akademików – juz wiem teraz, dlaczego cieszyły sie one specyficzną sławą (obecnie jest identycznie z ta drobna różnicą, że często tam bywa policja łupiąc fabryki piratów). Niedaleko Wittiga był uniwersytecki „pancernik” służący z reguły (jako żeński) do zadzierzgiwania więzów uniwersytecko-śrubokręckich. Ileż to dzieci teraz po ulicach chodzi, co tam zostały poczęte (zapewne przy dźwiękach muzyki płynącej z okien wittigowskich wieżowców.
    Ale wracając do tematu: czy ktoś pomoże mi zidentyfikowac piosękę o sełodkich fijołkach? Ja nie potrafię, a jako że czas już pisac pamiętniki, potrzebowałbym konkretnych namiarów na autorów oraz wykonawczynię;)
    ps.
    Już mam lepsze kolumienki. Ale stosowac się nie da – teraz mi już nit nie gra, tylko chleja na ławce pod balkonem i palantóka piętro wyżej zaiwania w obcasach o 1 w nocy. Nie da się tego rozwiązać głosnikami (ci z dołu są do rany przyłż i nie zrobię im tego)

    • Dziękuję wszystkim za miłe powitania. Obiecuję, że będę czytał.
      Kolego Yarre – sąsiad lubił Sławę Przybylską – to piosenka z jej repertuaru

      http://www.bibliotekapiosenki.pl/Slodkie_fiolki

      W jednym czy dwóch (na początku) akademikach na Wittiga zgromadzono całe towarzystwo mieszkające wcześniej w różnych Tekach na Placu Grunwaldzkim, a i pewnie w innych.
      Tam były dwa piętra, tu nagle ta wysokość! I widoki, na Wrocław! Nie można się dziwić, że odbijało bardziej niż zwykle. Byli tacy, którzy napełniali wodą wiadomo co i puszczali kilkukilogramową masę z wysokich pięter, celując we wchodzących.
      Ja tylko uruchomiałem Mister Hita.
      Tak, teza udowodniona – najczęściej zmuszeni jesteśmy słuchać czegoś, kogoś…

      Właśnie, może sobie posłucham??
      Ale tak pomaleńku.

      • Kolego Hufnagel;) Do Słąwy P. to ja juz dotarłęm, ale nie chce mi się wierzyć, że ona spiewała „sEłodkie fIJołki”. To musiała być jakaś podróba.
        Widoki z teków na Wittinga znam i pamiętam ale nie rozumiem dlaczego one zawsze były jakies takiej rozchwiane i rozmazane;))) To pewnie koledzy, któych odwiedzałęm dolewali mi czegoś do tej… no… jak jej tam? Herbaty?:)
        Te worki z woda łądnie latały nie powiem. A kolumienki już mam mocniejsze – dzisiaj moja żona testowała cierpliwośc sąsiadów za pomoca paki „Oysterband”:) oraz pani Caro Emerald

  • Mógł to być „Mały Władziu”

  • Nie miałem przyjemności poznać małego Władzia. jesli to jemu kolega insynuuje te fijołi, to nadmieniam, że śpiewała na 100% kobitka, w estetyce tercetu egzotycznego:)

Zostaw odpowiedź do Admin