Jacek Gulanowski: Gutenberg umarł!

19 marca 2011 18:162 komentarze

    

Cała pieska czyta dzieciom /fot. Anna Kolasińska/

 

    Tegorocznej prezentacji wyników badań nad poziomem czytelnictwa Polaków tradycyjnie towarzyszyły pomstowania i „hańbowania” publicystów, komentatorów, internautów itp.

Media zalała coroczna litania pytań: „czemu Polacy tak mało czytają?”, „dlaczego jest tak źle?”, „co z nami będzie?” itp.

 

 

       Wtórują temu – niczym zgrana płyta – quasi-aforystyczne wypowiedzi o wartości książek, degeneracji kultury, zgłupieniu społeczeństwa czy złych nowoczesnych mediach. Brakuje tylko tradycyjnego mylenia analfabetyzmu wtórnego z funkcjonalnym, ale wystarczy cierpliwie poczekać, aż pojawią się wyniki kolejnych badań nad rozumieniem przez Polaków czytanego tekstu.

     Tymczasem na całą sprawę czytelnictwa Polaków można spojrzeć zgoła inaczej. W tym celu jednak trzeba postawić kilka nieoczywistych pytań i spróbować odpowiedzieć na nie w niezbyt popularny sposób.

     Po pierwsze: jaki właściwie jest ukryty przekaz badań i prezentowanych wyników? Ano taki, że czytelnictwo jest sprawą na tyle ważną, iż należy dokładnie mu się przyglądać, a prezentowaniu wyników poświęcać czas i miejsce w najważniejszych ogólnopolskich dziennikach czy telewizyjnych i radiowych serwisach informacyjnych. Skąd bierze się takie postawienie sprawy? Przede wszystkim z przekonania o tym, iż umiejętność czytania i pisania jest jedną z podstawowych i najważniejszych kompetencji współczesnego człowieka, który żyje w kulturze pisma.

     Warto się w tym momencie odwołać do poglądów jednego z najważniejszych badaczy współczesnego społeczeństwa i współczesnej kultury, Marshalla McLuhana, który przemiany mające miejsce w XX wieku uczynił głównym tematem swojej refleksji. McLuhan postawił tezę, iż ludzie pierwotnie żyli w społeczeństwie przedpiśmiennym, w którym mowa stanowiła najważniejsze medium. Wraz z popularyzacją druku nastąpiło panowanie pisma jako medium najważniejszego. McLuhan wiązał to z wynalezieniem ruchomej czcionki, stąd kulturę pisma nazwał „galaktyką Gutenberga”. Jednak galaktyka ta osiągnęła swój kres w momencie powstania i rozpowszechnienia kolejnych mediów. Trzeba tutaj podkreślić, iż McLuhan zmarł przed pojawieniem się internetu, stąd nie pojawia się on w jego refleksji, jednak to właśnie to medium najlepiej charakteryzuje kolejną epoką: epokę postpiśmienną. Odrodziły się w niej schematy myślenia czy zachowania charakterystyczne dla przedpiśmienności, co oddawać miał wprowadzony przez McLuhana słynny termin „globalna wioska”.

     Oczywiście można się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Można udawać, iż nie komputer osobisty i telefon komórkowy nie stały się (przynajmniej na tzw. Zachodzie i większej części Azji) dobrem powszechnym, nie istnieją portale społecznościowe, blogi, fora dyskusyjne… Można też przyjąć do wiadomości fakt, iż pojawiło się i upowszechniło tyle nowoczesnych mediów, że książka siłą rzeczy musiała stracić dominującą pozycję. Tylko tyle i aż tyle.

     Przejdźmy zatem do jednego z moich ulubionych niezbyt mądrych sformułowań, a mianowicie: „niech czytają cokolwiek, ale niech czytają”. Po co? Dlaczego? Za tym sformułowaniem chyba stoi przekonanie, że sama umiejętność czytania jest na tyle ważna, że należy ją ćwiczyć na dowolnym materiale. Jednak czy rzeczywiście umiejętność dobrego czytania jest niezbędna, żeby zdobyć dobry zawód i jakoś wiązać koniec z końcem? Jeśli przywoływane badania mówią prawdę i faktycznie większość ludzi również na kierowniczych stanowiskach nie czyta książek, to świadczy to o tym, iż czytanie stanowi raczej hobby niż warunek sine qua non zdobycia dobrze płatnej pracy. Co więcej – rzekomo wielu studentów i ludzi z wyższym wykształceniem nie czyta w ogóle. A więc wygląda na to, że wcale nie trzeba czytać, żeby zdobyć wykształcenie. W przypadku zdobywania stopni naukowych wyniki te faktycznie nie napawają optymizmem, ale z drugiej strony tego można było się spodziewać, gdy zaczęto namawiać „szerokie masy ludowe” do pójścia na studia. Ale sprawa czytania przez ludzi z najważniejszych grup zawodowych pokazuje raczej, że w wyniku przemian cywilizacyjnych książka nie stała się jedynym źródłem niezbędnej wiedzy czy możliwości podnoszenia swoich kwalifikacji. Czy warto zatem mydlić młodemu pokoleniu oczy i przekonywać ich o praktycznej wartości czytania? Kiedyś uważano, że książki nie są potrzebne przy nauce niektórych zawodów, być może nowoczesne media sprawiły, że znaleźliśmy się w podobnej sytuacji.

     Idąc jeszcze dalej ścieżką niewczesnych rozważań: czy trzeba czytać książki, aby być dobrym człowiekiem, rozumieć świat czy posiadać zdolność abstrakcyjnego myślenia? Czy w takim razie zakładamy, że wszyscy niepiśmienni (w tym chociażby Indianie północnoamerykańscy paręset lat temu, czy tworzący podstawy hinduistycznej metafizyki bramini przed rozpowszechnieniem pisma w Indiach) są jedynie niezdolnymi do myślenia ćwierć-ludźmi?

     Źródłem przywołanej dwa akapity wcześniej bzdury może być też inne fałszywe przekonanie: „każda książka jest dobra”. Albo przynajmniej lepsza niż „nie-tradycyjne” teksty kultury. Jednak i tutaj zastosowanie ma prawo Sturgeona, zgodnie z którym 90% wszystkiego to śmieci. Po wejściu do przeciętnej księgarni czy biblioteki wystarczy dobrze przyjrzeć się dziełom rozstawionym po półkach, żeby zobaczyć, że na jednego Dostojewskiego czy Yeatsa przypada tuzin Grocholi, Wiśniewskich, Larssonów i Danów Brownów. W jaki sposób czytania tego typu książek ma być bardziej rozwijające intelektualnie niż przeglądanie portali (popularno-)naukowych, czytanie komiksów Alana Moore’a, słuchanie Klausa Schulze czy oglądanie Siódmej pieczęci albo Deadwood. Kultura (także ta popularna) może dostarczyć wymagającemu odbiorcy dzieł na poziomie najlepszych książek. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem czytania „czegokolwiek”. O wiele lepiej jest powiedzieć: „obejrzyj coś dobrego zamiast czytać śmieci”.

     Warto również sceptycznie podchodzić do bałwochwalczego traktowania pisma. O ile w kręgu religii abrahamicznych księgi stanowiły ostateczny punkt odniesienia, a ich interpretatorzy najwyższe szczeble hierarchii społecznej, w przypadku innych tradycji, mających równie duże znaczenie przy formowaniu się naszego kręgu kulturowego (klasyczna, barbarzyńska i – idąc za Dumezilem – „indoeuropejska”), stosunek do pisma był zgoła inny. Jeżeli przyjrzymy się temu, co o piśmie pisał (!) Platon, widać, iż traktował je sceptycznie, jako nowinkę techniczną, która może doprowadzić do zwulgaryzowania wiedzy i ostatecznie zgłupienia ludzi. Nie przypadkiem Wedy funkcjonowały bardzo długo jedynie w przekazie ustnym, a w kształceniu druidów bardzo dużą wagę przykładano do zapamiętywania ogromnych partii tekstów bez posługiwania się pismem. Nie chodziło tutaj nawet o druk, ale o samą ideę pisma, do której podchodzono równie nieufnie, co obecnie do mediów elektronicznych.

     Zresztą tak jak pojawienie się pisma traktowano nieufnie, tak samo nieufnie niektórzy podchodzili do narodzin nowoczesnej książki. Dużo utyskiwano zwłaszcza nad powieściami, które miały demoralizować, odciągać od poważnych tematów, ogłupiać czy dostarczać jedynie prostej rozrywki. Jak się później okazało – zdarzają się i poważne powieści…

     Można też na wszystko spojrzeć jeszcze z innej strony. O podziałach klasowych mówi się już niechętnie, ale o konfliktach dzielących społeczeństwo i odrodzeniu plemienności chętniej i częściej. Niezależnie do którego terminu się odwołać – klasy, kliki, plemienia itp. – widać, iż jedna grupa (czyli czytający) próbuje narzucić swoje zdanie innym. W narracji stworzonej i propagowanej przez tę grupę książka i czytanie są wartościami autotelicznymi. Narracja taka umożliwia dokonanie quasi-gnostyckiego podziału na czytającą elitę i nieczytający motłoch. Lub – w wersji łagodniejszej – na oświeconych, którzy powinni ucywilizować nie w pełni ludzkich nieczytających barbarzyńców poprzez takie zabiegi kolonizacyjne jak przymusowa edukacja czy kampanie społeczne z rodzaju „cały wszechświat czyta dzieciom”. Jest to kolejna odsłona rzekomej walki dobrej „kultury wysokiej” ze złą „kulturą masową”. Grupa ta ma zresztą szczególne upodobanie do znajdowania form i konwencji niekoniecznie lubianych przez większość ludzi, np. opery czy malarstwa awangardowego. (Tak samo jak grupy stojące niżej w hierarchii społecznej lubią konwencje trudne do przyjęcia przez resztę społeczeństwa – np. gangsta rap czy narcocorridos.) I grupa ta równie chętnie zapomina o tym, co jej przedstawiciele swego czasu mówili o impresjonizmie, operze czy powieści. Prawdopodobnie za 50 lat jej przedstawiciele równie zawzięcie będą bronić przestarzałych gier komputerowych czy seriali. Całkowicie przy tym ignorując fakt, iż – powtórzymy raz jeszcze – większość dzieł kultury niesie za sobą „ludzkie, arcyludzkie” przesłanie wartości życia jako aksjomatu, minimalizacji cierpienia, rozmnażania się czy poszukiwania zmysłowego szczęścia; a więc jest w tym samym stopniu wyrazem „ideologii masy” co wyobrażony sobie przez wspomnianą grupę nie w pełni ucywilizowany „przeciętny człowiek”, wciąż stroniący od książek. 

     Na koniec zostawiłem najbardziej przewrotny z zarzutów. Spróbujmy całkowicie obrócić kota ogonem – o 180 stopni – i spytać „co z tego, że 44 % Polaków miało w 2010 roku przynajmniej jednorazowy kontakt z książką?”. Dochodzimy tu do powszechnego kultu procentów, liczb, statystyk, wykresów, słupków i innych bardzo efektownych, ale niekoniecznie efektywnych rzeczy. O wiele ciekawszym pytaniami byłyby bowiem nie: „ilu Polaków coś przeczytało?”, ale raczej: „co przeczytali?”, „po co to przeczytali?”, „jak odczytali ten tekst?”, „jakie wnioski wyciągnęli z lektury?”, „jak wpłynęło to na ich życie?”. To że ktoś przeczytał książkę, nie znaczy jeszcze, że ją zrozumiał. A to że ją zrozumiał, nie znaczy, że jest to jedyne możliwe odczytanie tekstu. Ziemię jałową jest w stanie przeczytać przeciętny nie-alfabeta, ale zrozumieć już nie każdy. Na dodatek jego interpretacja niekoniecznie musi pokrywać się z intencjami autora. Jednak na te postawione wcześniej pytania nie można odpowiedzieć za pomocą cyfr i procentów.

     Kończąc te okołoksiążkowe wywody – warto postawić sprawę jasno: Gutenberg umarł. I dodam – ciągnąc tę parafrazę dalej– zabili go jego uczniowie: wynalazcy, którzy stworzyli nowoczesne media. Najwyższa pora przestać płakać nad jego grobem czy bawić się w doktora Frankensteina wskrzeszającego prądem nadpsute zwłoki. Żyjemy w innej epoce, w której czytelnictwo zeszło na dalszy plan, a książka przestała być medium nadającym kształt współczesnemu światu. Proponuję powstrzymać się od wartościowania i po prostu spróbować żyć w nowej sytuacji. Do Internetu będzie trzeba się przyzwyczaić – tak jak do koła, stali, węgla, silnika spalinowego, elektryczności, karabinu maszynowego, radia, telewizji, bomby atomowej, książki, prasy, kuchenki gazowej czy telefonu. I warto też pamiętać słowa niemieckiego pisarza Ernsta Jüngera, który w swojej twórczości wiele uwagi poświęcił problemowi przemian współczesnego świata: „po trzęsieniu ziemi rozbija się sejsmografy. Nie możemy wszelako winić barometrów za tajfuny, jeśli nie chcemy zaliczyć się do troglodytów”.

Jacek Gulanowski

Tags:

2 komentarze

  • Pół biedy,jeśli Gutenberg umrze wśród „starych” – tych co mają już tyle lat, że kiedyś tam książkę czytali (może i niejedną). Ci znajdą sobie nowe źródła – aby obcować. Wiedzą też, że czasem warto sobie zadać ten niesłychany trud i przewrócić nawet kilkadziesiąt kartek, czytając co tam napisane.
    Gorzej jednak, gdy umrze wśród „młodych” – tych co uczą się w szkołach, a potem trafią do pracy. Są takie zajęcia, gdzie wystarczy powiedzieć: chwyć łopatkę i przesypuj z jednej kupki na drugą. Nawet można to narysować.
    Ale są miejsca, gdzie pracownik powinien przeczytać i zrozumieć kilkanaście! stron instrukcji (niby jak ma obsłużyć maszynę, albo coś tam wytworzyć, prąd, auto).
    Jeszcze dziesięć, dwanaście lat temu potrafili.
    A teraz?
    Dobrze, aby to była jedna karteczka ale najlepiej, to zwyczajnie… SMSa im wysłać. I napisać jak robić, jak to w smsach, skrótami. Albo wiadomość głosową, wtedy tylko posłucha.I wszystko będzie wiedział.
    Bo przeczytać? Niemożliwe.
    Wziąć do ręki coś, co nie ma kolorowych obrazków, książkę przypomina, jeszcze te kartki przewracać – to ponad siły. Lepiej Kazka zapytam jak on to robił!
    I będziemy żyć w nowej sytuacji, bo świat szybko się zmieni…

  • No właśnie. Mnie u Lisa wkurzył Najsztub, który w ogóle książki uznał za przeżytek, że po czym to płakać, że on od dwudziestu lat nie czytał książek i nic mu sie nie stało. Bardzo ładnie go oponenci skontrowali, że przestać czytać można bez szkody /o ile bez/ jak się jest już uformowanym przez dzieciństwo, dom rodzinny itd. Innymi słowy trzeba miec z czego tracić. Zgadzam się z Panem Hufnaglem w 1000% a jesli chodzi o Netkulturę to do kwestii czytelnictwa będziemy uparcie wracać w kolejnych publikacjach.

Zostaw odpowiedź do Rojewski