Jacek Gulanowski: Walka dawna i współczesna

19 marca 2011 17:562 komentarze

Beowulf
Epos walki tyleż średniowiecznej co i współczesnej
przekład: Robert Stiller
vis-à-vis/Etiuda
Kraków 2010

     Miniony już rok 2010 można określić jako rok, w którym ukazał się polski przekład Beowulfa. Trudno powiedzieć, ile właściwie polski czytelnik na ten przekład musiał czekać. Czy od 2001 roku, gdy na ekrany kin weszła pierwsza część ekranizacji Władcy Pierścieni, świat ogarnęła kolejna fala „tolkienomanii”, a co bardziej wyrobieni krytycy przypominali o inspiracjach angielskiego klasyka literatury (nie tylko fantastycznej)? Czy też od 1961 roku, gdy ukazał się pierwszy polski przekład (autorstwa Marii Skibniewskiej) Tolkienowskiego eposu? Czy raczej od 1978, gdy miał się ukazać pierwszy polski przekład Beowulfa? Dobrą cezurą mógłby być rok 1936, gdy J.R.R. Tolkien w Beowulf: the Monsters and the Critics zwrócił uwagę na znaczenie tego utworu dla literatury anglosaskiej. Jeszcze wcześniejszym przełomowym momentem był rok 1815, gdy epos po raz pierwszy ukazał się drukiem. A być może czekaliśmy już od 1705, gdy Humfrey Wanley ogłosił w Katalogu manuskryptów anglosaskich istnienie Beowulfa? A może od XVI wieku, gdy Lawrence Nowell odkrył go w klasztornych zbiorach? Czy już od schyłku X wieku, gdy powstała ostatnia istniejąca pergaminowa kopia? Czy raczej już od VIII wieku, gdy jak zakłada wielu badaczy, Beowulf został ułożony?

Nieważne, ile czekaliśmy – 10, 100, 300 czy 1300 lat. Ważne, że w końcu się doczekaliśmy i dostaliśmy do rąk Beowulfa solidnie przełożonego i takoż wydanego. Jak przeczytać możemy na karcie tytułowej, Beowulfa „przełożył ze staroangielskiego wierszem aliteracyjnym i uzupełnił kilkoma suplementami Robert Stiller”. Postać świetnie znana nawet średnio-zaawansowanym czytelnikom. I równie kontrowersyjna – wystarczy przypomnieć, że Stiller wśród osób, które darzy szacunkiem wymienia Jerzego Urbana i Janusza Korwin-Mikkego i już wiadomo, że będzie co najmniej ciekawie. Tym razem nie obyło się bez kontrowersji, ale o tym w dalszej części.

     Warto zaznaczyć, że dobre wrażenie robi już samo wydanie od strony technicznej. Twarda oprawa, czarno-biało-czerwona okładka, kilka niezłych ilustracji, przyjazna dla oka czcionka. Zżymać się można jedynie na pasek reklamowy przywołujący oczywiście Tolkiena. Ale z drugiej strony – jakoś książkę trzeba rozreklamować. Poza tym Tolkien miał tyle zasług dla krytyki i popularyzacji tego dzieła, że można to uznać za spłacenie należnego długu.

     Najobszerniejszą i najważniejszą część książki stanowi oczywiście tekst samego eposu. Oprócz tego znaleźć w niej można wstęp, solidnie opracowane przypisy, posłowie, uproszczoną i skróconą prozatorską wersję eposu (wbrew pozorom pomocną przy porządkowaniu całości po pierwszej lekturze) oraz na deser kilka naprawdę interesujących tekstów. Po pierwsze – garść felietonów Stillera z cyklu Pokaż język!. Porusza w nich kilka niezwykle interesujących problemów: podstawowych zasad przekładu, istoty poetyki, historii Beowulfa, pracy nad przekładem. Jest to prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjna część książki. Otóż Stiller – nie bez powodu – twierdzi, iż jego przekład jest jednym z najlepszych w ogóle – o ile nie najlepiej wykonanym, wymagającym o wiele więcej pracy i talentu tłumacza niż przekłady np. na niemiecki, z racji specyfiki polskiego jak i innych słowiańskich języków. Polacy są raczej nieprzyzwyczajeni do chwalenia zarówno swoich osiągnięć jak i samych siebie, stąd pewnie wielu będzie na takie podejście tłumacza sarkać. Na dodatek Stiller przedstawia losy ukończonego przekładu w nader ciemnych barwach – można odnieść wrażenie, iż polscy wydawcy, literaci i akademicy zawiązali mniej lub bardziej tajny spisek, mający na celu uniemożliwienie Stillerowi ukończenie pracy nad Beowulfem. Można wierzyć lub nie wierzyć – ale są na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom… Sporo obiekcji i polemik wywołać mogą także ataki Stillera na niekompetentnych tłumaczy i wydawców. O ile nie jestem ekspertem w dziedzinie teorii przekładu, więc trudno mi ocenić, na ile tutaj tłumacz przesadza (choć przytaczane przez niego dowody są przekonywujące), to z całą siłą przyklaskuję kolejnemu atakowi – tym razem wymierzonemu w pseudo-przekłady zaśmiecające polski rynek książkowy. Mowa tu oczywiście o sandomierskim wydawnictwie „Armoryka”, które nabiera złaknionych wiedzy i tekstów źródłowych poszukiwaczy na kurioza w rodzaju przestarzałych „przekładów” z przestarzałych francuskich „przekładów” Eddy czy Ramajany autorstwa Lelewela czy Langego czy – w przypadku Beowulfa – na tragiczny amatorski „przekład” najprawdopodobniej hiszpańskiego „przekładu” z przekładu angielskiego. Na te zabiegi o tyle łatwo się nabrać, iż samo wydawnictwo nie chwali się jakością swoich książek, więc w przypadku zakupów na odległość najczęściej prawda wychodzi na jaw w momencie, gdy książka dotrze już do czytelnika. Jak podkreśla Stiller – takie zabiegi to zwykłe naciąganie, nieuczciwość, oszukiwanie czytelników i „psucie kultury”. W tym wypadku chyba nie ma innego wyjścia jak tylko nagłaśniać sprawę i ostrzegać potencjalnego klienta. Wracając do zawartości książki – dopełnienie literackiego deseru stanowią teksty już nie polemiczne i kontrowersyjne: kilka drobnych przekładów z poezji staroangielskiej i esej Felixa Grenzmera Jak powstał Beowulf? Dużym plusem książki jest z pewnością fakt, iż Stiller nie rzuca czytelnika na głęboką wodę, lecz przedstawia mu także zawiłe losy samego eposu, jego tło historyczne, jego recepcję przez literaturoznawców i historyków oraz możliwe interpretacje co bardziej spornych fragmentów tekstu.

     Co jednak z samym eposem? Czy faktycznie da się to czytać? I czy Beowulf jest w stanie zainteresować kogokolwiek poza pasjonatami literatury staroangielskiej czy historii wczesnego średniowiecza?

     Fabuła jest dosyć prosta, zgodna z mitologicznymi schematami i dość dobrze znana. Beowulf z ludu Geatów, przybywa na dwór króla Danów Hrodgara, którego nęka potwór Grendel. Zabija Grendla, jego matkę, a następnie wraca do swojego kraju, gdzie zostaje królem Geatów. Na koniec swoich rządów – i bohaterskiego żywota – stacza walkę ze smokiem atakującym jego kraj, jednak ginie w wyniku ran odniesionych w walce. Fabuła opowiedziana jest w porządku chronologicznym, aczkolwiek z dygresjami, choć do szkatułkowości Mahabharaty oczywiście jej daleko.

Przejdźmy teraz do kwestii języka. Beowulf spisany został w języku staroangielskim wierszem aliteracyjnym. Aby pokazać jak bardzo staroangielski różni się od współczesnego angielskiego, przytoczmy trzy początkowe wersy eposu w brzmieniu oryginalnym:

„Hwæt! We Gardena in geardagum,
þeodcyninga, þrym gefrunon,
hu ða æþelingas ellen fremedon.”

A teraz w przekładzie Francisa B. Gummere’a:

„Lo, praise of the prowess of people-kings
of spear-armed Danes, in days long sped,
we have heard, and what honor the athelings won!”

Na pierwszy rzut oka i ucha jest to równie odległe od oryginału co polski przekład:

„Otóż Duńczyków dawnych z Włócznią,
wodzów ludu, z walk poznaliśmy,
jak wówczas możni męstwo czynili.”

Nie ma więc co polski student filologii zmuszany do przebrnięcia przez Beowulfa rozpaczać nad swoją niedolą, wiedząc, iż jego brytyjski kolega ma równie twardy orzech do zgryzienia. (Na marginesie: warto rzucić okiem i uchem na recytację prologu w wykonaniu Benjamina Bagby’ego http://www.youtube.com/watch?v=Y13cES7MMd8)

     Polski przekład udanie oddaje charakterystyczne brzmienie staroangielskiego oraz wiersza aliteracyjnego. No właśnie – wiersz aliteracyjny… Z początku nie bardzo mogłem sobie wyobrazić, jak miałoby to w praktyce wyglądać i jak to się sprawdzi w naszym języku, ale gdy dotarłem do czwartego wersu:

„Nieraz Skyld Skefing skruszył wrogów”

     Od razu nie tyle zrozumiałem, co wyczułem, o co właściwie chodzi. Wiersz aliteracyjny – jak na moje ucho – doskonale sprawdza się w języku polskim. Aż dziw bierze, że jest tak rzadko wykorzystywany.

     Pozwolę sobie przytoczyć kolejny fragment – o walce Beowulfa z Grendlem:

„Gmach grzmiał, cud, że nie runął w gruz,
oparł się walczącym i że ocalał
piękny dom ziemski: lecz był żelazem
związany wewnątrz i na zewnątrz”

     Nic dodać, nic ująć. Doskonały przykład, jak za pomocą najprostszych środków można osiągnąć wyznaczony cel.

I kolejny cytat – o stosie pogrzebowym Beowulfa:

„Niechże teraz żar pożre podporę
wojowników, tego, co często stawał
w ulewie grotów, gdy burza strzał z cięciw
drżała nad murem tarcz i drzewce
robiło swoje, prąc zadziorny grot,
w przód, przynaglane przez swe upierzenie.”

Słowa godne kremacji pierwszego spośród wojowników!

     Zatem największym plusem przekładu jest to, iż potwierdza tezę stawianą onegdaj przez Tolkiena: Beowulf to ważne i wartościowe dzieło literatury, nie tylko anglosaskiej, ale europejskiej w ogóle, o ile nie światowej. Powstało na styku mitologii i literatury, kultury pogańskiej i chrześcijańskiej, świata barbarzyńskiego i klasycznego. I co najważniejsze – łączy w sobie ponadczasowość mitu z konkretem i umiejscowieniem oraz osadzeniem w czasie dzieła literackiego.

     W interpretacji Stillera Beowulf to przede wszystkim opowieść o walce. Nie tylko o zwycięstwie Beowulfa nad Grendlem, ale też wezwanie do boju przeciw wszelkiego typu potworom. Przeciw represyjnemu państwu, biurokracji, idiotycznym przepisom, totalitarnym zapędom polityków, hiperkonsumpcji, niszczycielom kultury. Przeciw konkretnym i nazywalnym siłom i osobom. I walka ta nigdy nie ustała i nigdy nie ustanie. Jak głosił Heraklit z Efezu: „wojna jest ojcem wszystkich rzeczy”. Zatem walka ta jest najważniejszym celem w życiu człowieka, a historia Beowulfa powinna dodać jednostce sił do dalszych zmagań.

     Takie postawienie sprawy może tylko cieszyć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie ekranizacje Beowulfa. Płaskie, „humanitarne”, pozwalające przemówić przeciwnej stronie, w których zachęca się widza do zrozumienia smutnego losu Grendla. Jest to w dużej mierze obracanie kota ogonem i przenoszenie teorii o złym wpływie środowiska, strukturach grzechu w obce im środowisko – krótko mówiąc rzutowanie współczesnych pomysłów na dawny epos utrzymany w całkiem innym duchu. Tego typu eksperymenty mogą wydawać się ciekawe, ale w sytuacji, gdy dana historia jest dobrze znana i zakorzeniona w lokalnej kulturze. W przypadku polskiej kultury o Beowulfie się słyszało, ale dotychczas nie był on w niej obecny, dlatego dobrze się stało, że pierwszy przekład utrzymany jest klasycznym rozumieniu tego eposu, zgodnym z duchem samego tekstu.

     W rozważaniach dotyczących tła historycznego tekstu Stiller najwyraźniej skłania się ku tezie głoszącej, że Beowulf jest w gruncie rzeczy przedchrześcijańskim eposem, którego chrześcijańskie elementy stanowią naleciałość wynikającą ze spisania go i kopiowania przez mnichów. Wbrew pozorom nie jest to wcale oczywiste, niektórzy badacze twierdzą wprost przeciwnie – że jest to dzieło utrzymane w konwencji średniowiecznego chrześcijaństwa, w którym sporadycznie pojawiają się odniesienie do pogańskiej kultury Anglosasów. Trudny temat: można się odnieść do Georgesa Dumézila i jego koncepcji trójfunkcyjności nie tylko indoeuropejskiej mitologii, ale całego Weltanschauung, odpornej na chrystianizację czy nawet sekularyzację. Ale można się też odnieść do Josepha Campbella, który doszukał się pewnych wątków wspólnych dla mitologii (zwłaszcza heroicznej) w ogóle.

     Stiller w swoich tezach posuwa się bardzo daleko – stwierdza, że psucie kultury jest równoznaczne z jej niszczeniem. A z kolei niszczenie kultury to niszczenie narodu. Jak pisze Stiller: „po to, aby zniszczyć naród, niekoniecznie trzeba go wysyłać do komór gazowych Oświęcimia, Treblinki lub Sobiboru, do mordowni w lochach moskiewskiej Łubianki, do rąbania przerębli na podbiegunowych Sołówkach lub do Katynia. Wystarczy go pozbawić języka. Obyczajów. Kultury.” Jeśli tak postawimy sprawę, to faktycznie – z kulturą nie ma żartów i nie ma miejsca na nieudane próby literackie czy translatorskie. Takie podejście można też potraktować jako charakterystyczne dla określonej grupy – zeświecczonej mniejszości etnicznej, która silnie utożsamia się z kulturą większości ( w tym przypadku – polską). Mam tu na myśli nie tylko Żydów, którzy nie są już żydami i którzy swoją tożsamość budują wokół kultury i języka. Z jednej strony – trudno im się dziwić, w końcu czują się Polakami, ale kulturowo, zachowują pewną etniczną odmienność, którą na swój sposób pielęgnują. Nie są to jednak ortodoksyjni Żydzi, jeśli nawet wciąż pozostają judaistami, to usiłują godzić to z polskością – rozumianą właśnie jako tradycje przede wszystkim kulturowe i językowe. Być może z tego wynika ogromna waga, którą przywiązują do tradycji słowa pisanego. Można też odnieść się do Mircei Eliadego i jego tezy o degradacji symbolu czy degeneracji hierofanii. Gdy zanika religia, uczucia religijne przeniesione zostają na inne obszary – np. politykę czy kulturę właśnie. Innymi słowy – jeśli biblia staję się nie świętą księgą, ale wielkim dziełem literackim, wtedy obrona literatury urasta do rangi obrony wiary. Z jednej strony można określić taką postawę jako idolatrię i mylenie sacrum z profanum. Z drugiej – można zastanowić się, jaki byłby stan kultury, gdyby nie jej fanatyczni obrońcy.

     Warto na koniec nadmienić, że Beowulf to męska literatura. Męska nie w rozumieniu hiperkonsumpcyjnych magazynów life-stylowych, kupowania kolejnych „niezbędnych gadżetów”, cackania się z samym sobą, kumulowania zbędnego kapitału, tworzenia swojego „imydżu”, pracy nad redukcją tkanki tłuszczowej czy narcystycznego przeglądania się w oczach kolejnych zdobytych kobiet. Mowa o świecie walki, wojen, zwycięstw i klęsk, ideałów, honoru, w którym pieśń sławiąca wojnę nie została jeszcze zastąpiona ironicznymi i niezobowiązującymi gierkami słownymi. O sytuacje naprawdę ekstremalne, w których zabija się i umiera w imię konkretnych wartości. I o dzieło, które nie ma na celu budowania integralności artystycznej autora, ale opowiedzenie historii i sławienie bohaterów najlepszymi dostępnymi środkami wyrazu.

     Na koniec krótko mówiąc: Beowulf to pozycja obowiązkowa, (najwyraźniej) świetnie przełożona i świetnie wydana. Polecam czym prędzej udać się do księgarni albo przeszukać sklepy internetowe. Podpowiem, że swój egzemplarz dopadłem w jednym z wrocławskich sklepów z tanimi książkami za grosze: wartościowa literatura za bezcen. Zresztą Beowulf wart jest o wiele większych sum i wielu lat czekania.

Jacek Gulanowski

Tags:

2 komentarze

  • Niesamowita ta recenzja. Uwielbiam (i podziwiam), gdy ktoś z takim przekonaniem walczy o wartościową literaturę. Bezcenna ta walka o wartościową literaturę za bezcen. Moje osobiste małe podziękowania dla recenzenta.

  • /Nie ma więc co polski student filologii zmuszany do przebrnięcia przez Beowulfa rozpaczać nad swoją niedolą/

    (Niegdysiejszy) polski student filologii angielskiej w osobie piszącego te słowa wsłuchiwał się swego czasu w jęki, wrzaski i piętrowe bluzgi rusycystów i slawistów toczących zaciekłe boje z SCSem. I, patrząc na Beowulfa, myślał sobie, że dobrze to może i nie jest, ale przecież zawsze mogło być gorzej;)

    A poważniej: /Warto na koniec nadmienić, że Beowulf to męska literatura./ Ja wiem, czy „męska”? Dla mnie osobiście Beowulf to opowieść o świecie, gdzie nie ma „naszych” i „naszych inaczej”. Jesteśmy „my” i są „oni”. I nawet, jeśli to w gruncie rzeczy fantastyka, to czasem dobrze potęsknić nieco za takim światem.

    Na koniec w kwestii Stillera: o ile te jego teorie spiskowe okraszone pieniami nad własną – excusez le mot – zayeahbistością są z jednej strony idiotyczne, z drugiej zwyczajnie irytujące, tak nie da się zaprzeczyć, że facet odstawił kawał dobrej roboty. I za to na pewno należy mu się głęboki ukłon.

Zostaw odpowiedź do Elwira